- Tak. Dobrze uczyniłeś, Tezeuszu. Wiedz, że doniosę o tym panu mojemu.
- Dzięki ci, panie. Czy nie trzeba ci czegoś, co byłoby przydatne w podróży?
- Nie. Kazałem pobrać to, co było konieczne, ze spichrzów twego ojca. Żegnaj mi.
I odwrócił się plecami do młodego księcia, dostrzegłszy wyjeżdżający z wylotu portowej uliczki wóz zaprzężony w dwa białe woły i strzeżony przez dwóch uzbrojonych ludzi. Wóz zbliżył się ku brzegu. Kreteńczyk podszedł szybko, pochylił i z dala Tezeusz dostrzegł, że zajrzał pod okrywającą zawartość wozu matę. Później opuścił ją i ruchem ręki dał znak woźnicy, aby zbliżył się jeszcze bardziej do okrętu. Zabrzmiały suche rozkazy.
Tezeusz wskoczył na konia i skierował go ku widocznemu na dalekim wzgórzu domowi królewskiemu.
W tym samym czasie dostojnik kreteński wysłał żołnierza po młodego Su-Ti-Mesa, który oczekiwał w domu jednego z kupców egipskich.
Su-Ti-Mes przebiegł natychmiast wraz ze sługami swymi, a gdy okręt odbił od brzegu, kazał spętać śpiącego i przeciągnąć sznur przez pierścień masztu, tak aby młodzieniec ów przewidując być może, jaki los go czeka, sam nie próbował pozbawić się życia, skacząc w morskie fale.
Lecz ów najwyraźniej nie miał chęci uczynić tego. Gdy przebudził się, siadł patrząc na nich zdumionym wzrokiem, zjadł także to, co mu dano, lecz nie przemówił do nikogo w ciągu trzech dni podróży, a że wierny Su-Ti-Mes nie widział żadnej przyczyny, aby rozmawiać z nikczemnym świętokradcą, więc więzień siedział spętany i milczący, aż wreszcie w oddali żeglarze ujrzeli święty szczyt góry i unieśli ręce na znak czci. Tego samego popołudnia okręt zawinął do Amnizos.
Wierny Su-Ti-Mes rozluźnił nieco więzy chłopca i w otoczeniu swych czujnych sług wsiadł z nim do najętej lektyki, aby jak najprędzej znaleźć się przed obliczem swego pana. Wiedział bowiem, z jaką niecierpliwością oczekuje on wieści o wyniku wyprawy.
Gdy otoczywszy więźnia pierścieniem straży, nadal trzymając w zaciśniętej dłoni koniec postronka, zakołatał do bramy domu, odetchnął z ulgą. Oto wykonał swą powinność i nie popełnił niczego, co mogłoby mu przynieść naganę.
Czcigodny Re-Se-Net, jak gdyby przeczuwając, kto nadchodzi, nie wołany pospieszył ku drzwiom tuż za odźwiernym.
Wierny Su-Ti-Mes zgiął się w głębokim ukłonie.
- Witaj, panie mój! Oto on, zdrów i cały, jak mi nakazałeś.
Bez słowa Re-Se-Net zawrócił i szybko udał się do pomieszczenia, gdzie spoczywał najczcigodniejszy HetKa-Sebek, co prawda osłabiony jeszcze bardzo gorączką, lecz powracający już z wolna do zdrowia.
- O najczcigodniejszy! - rzekł kupiec stając w drzwiach z promieniejącym obliczem i składając mu pokłon. - Mam dla ciebie wieść, która uzdrowi cię zapewne szybciej niż leki, które przepisał ów lekarz kreteński. Su-Ti-Mes powrócił z Aten i ma z sobą owego świętokradcę... żywego i zdrowego.
- Chwała niechaj będzie wszechmocnemu Sebekowi! Na bladą twarz kapłana wystąpił rumieniec, który zdawał się nagle przywracać jej zdrowy wygląd. Uniósł się na łokciu.
- Każ, niechaj przywiodą go tu, abym mógł nasycić oczy me jego widokiem!
Re-Se-Net cofnął się i skinął na stojących. Podeszli i Su-Ti-Mes wepchnął chłopca do wnętrza.
Przez chwilę kapłan patrzył na niego szeroko otwartymi oczyma, później osunął się na łoże i przymknął powieki.
Lękając się, że radość mogła mu zaszkodzić, Re-Se-Net podbiegł i pochylając się powiedział:
- Najczcigodniejszy! Czyżby szczęście odebrało ci siły?
Het-Ka-Sebek powoli otworzył oczy. Był już spokojny, lecz oblicze jego stało się bledsze niż wprzódy.
ROZDZIAŁ DWUNASTY
Ziarnko piasku w oku człowieczym
Wypłynęli na szeroko rozlane wody, mając po prawej rozległą zieloną wyspę, zwaną Aigina, i widok dalekich gór Argolidy, a po lewej wznoszące się nieustannie coraz bardziej strome i nieprzystępne wybrzeże Attyki. Dzień był bezwietrzny, więc okręt płynął pchany siłą wioseł.
Terteus przeszedł wzdłuż okrętu starając się nie spoglądać tam, gdzie Perilawos zajął na ławie miejsce opróżnione przez Białowłosego. Wód zatoki nie marszczył najmniejszy nawet powiew i sunęli niemal bez kołysania.
Bogom podobny Widwojos stał pod masztem patrząc na mijane brzegi. Uśmiechnął się do przechodzącego, lecz nie wezwał go. Zniknięcie chłopca rzuciło cień na wyprawę, nim jeszcze zdążyła odbić od greckiego lądu.
Terteus zbliżył się do sternika. Był on znacznie młodszy niż ów, który prowadził ich morzem do Aten i miał poprowadzić okręt aż do Jolkos lub nawet do Troi, gdyż wiele pływał w tych stronach i, jak powiadał, nie było wyspy na północ od Aten, do której nie przybiłby choć raz, ani przystani, w której nie zjadłby placka i nie wypił kubka wina. Zwano go Eriklewes i był Ateńczykiem. Tego wszystkiego Terteus dowiedział się od niego na lądzie, dziś patrzył pilnie i radował w duchu, widząc, jak człowiek ów lekkimi poruszeniami rękojeści wioseł sterowych utrzymywał okręt na linii prostej, jak gdyby posuwali się ulica miasta, a nie pustym bezmiarem wód.
Terteus chciał podejść teraz do niego i wypytać o drogę wodną, którą mieli dziś przebyć, lecz nie podszedł i nadal stal, wsparty o jeden z olbrzymich pithosów z mąką, spoglądając na morze.
Pithosy owe, wykonane z jasnej gliny i ozdobione dokoła jaskrawo wymalowanymi pasami farby, stały wsunięte ostrymi końcami w otwory wielkich, przeznaczonych do tego belek, a przywiązane były oprócz tego sznurami i otoczone plecionką z trawy morskiej, aby nie pękły w czasie gwałtownych przechyłów na pełnym morzu. Terteus uśmiechnął się mimowolnie. Miody książę ateński zaopatrzył ich znacznie obficiej niźli tego pragnęli, jak gdyby okręt miał przebywać na morzu wiele dni nie widząc lądu. A przecież płynąć mieli wzdłuż wybrzeża, zawijając o zmroku do dogodnych przystani, jeśli wiatr nie będzie sprzyjający, a płynąć nocą jedynie wówczas, gdy rozpięty żagiel pozwoli wypocząć wioślarzom.