- Nim podał mi ów puchar - Białowłosy potarł czoło i zmarszczył brew - rzekł mi, że... że... wiem, co rzekł: "... że szlachetny ulega przemocy na równi z nikczemnikiem, lecz szlachetny usiłuje obronić się przed nią, a nikczemnik nie". I życzył sobie i mnie, aby bogowie spojrzeli na nas przychylnie, gdyż los człowieczy spoczywa w ich rękach... Tak, tak rzekł, a później wypiłem i przestałem widzieć i słyszeć cokolwiek.
- Czy pojmujesz coś z tego? - Zwrócił się książę do Terteusa.
- Nie, panie... - Zapytany potrząsnął głową. - Czyn jego wydaje mi się haniebnym czynem niedowarzonego głupca, a nie mogę pojąć zgoła, czemu udawał tak wiele i frasował się wraz z nami, gdy odpływaliśmy? Był tak przejęty poszukiwaniem i tak dzielnie sobie ze mną poczynał, strofując mnie surowo, gdy zwątpiłem w jego... - wskazał Białowłosego - szczerość, że nie do wiary wydaje mi się, aby mógł wiedzieć, że znajdowałeś się już na pokładzie.
- Całe miasto patrzyło na nas wówczas... -odezwał się nagle Perilawos, który wszedł i ukląkł przy ojcu. - Być może Tezeusz nie chciał zdradzić, że oddaje nam Białowłosego.
- A kogóż miałby się obawiać? - zapytał książę.
- Przemocy - szepnął niemal Terteus. - Przemocy, o której rzekł Białowłosemu podając mu ów puchar. Pragnął pozostać człowiekiem szlachetnym i przeciwstawić się jej. Nie wiem, czy tak było, lecz mogło tak być.
- I któż kazałby mu porwać Białowłosego? - pytał nadal Widwojos.
Nikt nie odpowiedział. A książę, jak gdyby odpowiedziawszy sobie w myśli, dodał:
- Po cóż by chciał go porywać? Mógł przecież wybrać ciebie!... - Wskazał Terteusa. - Jesteś dowódcą tego okrętu i wspomagasz mnie we wszystkim. Lecz jego? To jeszcze chłopiec. Kimże jest on dla potężnego władcy Krety? Ziarnkiem piasku, jednym z tysięcy.
- I ziarnko piasku nabiera wagi, jeśli wpadnie w oko człowiecze... - rzekł nagle Perilawos i roześmiał się. - Radzimy tu, lecz nie ma z nami jedynego człowieka, który mógłby dać nam godziwą odpowiedź, jeśliby zechciał. Pozostał w Atenach. Jest nim Tezeusz.
- To prawda - rzekł Terteus. - Wielce dziwna to sprawa, a jeśli nawet nie zakończyła się złowieszczo, sądzę, że koniec jej był inny, niż przewidywał ów, który rzecz rozpoczął, kimkolwiek on był. I dla tej przyczyny, boski książę, rad będę, jeśli zezwolisz mi rzec słowo.
- Mów, Terteusie! - Widwojos uśmiechnął się do niego.
- Mówiłem ze sternikiem, który poprowadzić nas winien do Jolkos. Rzekł on, że wygodniejsza to i bezpieczniejsza, choć dłuższa droga do Troi. A zna on krótszą znacznie, która wiodąc od wyspy do wyspy przeprowadzi nas na wschodnie wybrzeże morza, wzdłuż którego popłynąć możemy wprost do trojańskiej przystani.
- Czemu sądzisz, że należy obrać tę drogę?
- Gdyż w pierwszym mieście, w jakim stanęliśmy, wydarzyła się rzecz dziwna, której nie umiemy pojąć. A któż wie, co może wydarzyć się w Jolkos, gdzie także nas oczekują, gdyż wiedzą, że przybędziemy? Okręt nasz jest potężny, mamy stu uzbrojonych i dzielnych ludzi, na morzu nikt nas nie doścignie, gdyż okręt szybszy niż Angeles nie pruł nigdy dotąd fal. Czegóż więc mamy się lękać w miejscach, gdzie zawitamy niespodziewanie? Wierzę, że grozi nam wszędzie mniej niebezpieczeństw niźli tam, gdzie sięga władza twego boskiego brata.
- To prawda - rzekł Widwojos. - Skoro o tym mówisz, wspomnieć też trzeba owego człowieka, który przybył do mnie z pismem od boskiego Minosa. Działo się to w tym samym czasie, gdy uśpiono...
- Jakże mogliśmy zapomnieć o nim?! - Terteus zerwał się i omal nie rozerwał głową płótna namiotu, siadł więc zaraz na powrót i dodał szybko: - Siedzieliśmy w megaronie, ów książę ateński, pewien przyjaciel mój i Białowłosy, gdy wszedł sługa i rzekł, że oficer ów chce mówić z Tezeuszem na osobności. Ów wyszedł, a gdy powrócił, wypisane miał na licu, że złą otrzymał wiadomość.
- Więc może brat mój nakazał mu ustami owego posłańca swego uśpić Białowłosego, zabić go, a później w pithosie umieścić na okręcie, a Tezeusz nie pragnąc być nikczemnikiem, który morduje swego gościa, oddał go nam żywego?
- Być tak może, boski książę, lecz jedna to jeszcze przyczyna, abyśmy popłynęli inną drogą niźli ta, którą postanowiłeś przemierzyć będąc jeszcze na Krecie, gdyż znana jest ona zbyt dobrze twym wrogom.
- Zapewne... - Widwojos zastanawiał się przez chwilę. - Być może bogowie dali ci większy dar przewidywania niż mnie. Czyń więc, Terteusie, jak ci się wyda słuszne.
- Dzięki ci, boski książę! -Terteus wstał i nie czekając zniknął za osłoną wejścia namiotu.
- Zazdrościłem ci twych przygód! - zawołał wesoło Perilawos. - Lecz dziś widzę, że bogowie naznaczyli ci żywot przedziwniejszy niźli innym ludziom. Bo któż z nas zniknąłby i odnalazł później na morzu w pustym pithosie.
Roześmieli się obaj.
W tejże chwili okręt drgnął i zakołysał się lekko, zmieniając kierunek.
Miast ku północy dziób jego skierował się wprost na wschód.
ROZDZIAŁ TRZYNASTY
Jestem, matko
Najczcigodniejszy Skamonios podszedł do kamiennego obramowania tarasu przed domem królewskim i spojrzał w dół. Z najwyższym wysiłkiem opanował pragnienie gwałtownego cofnięcia się. Pod nim, głęboko w dole, morze łagodnie rozpryskiwało się na skałach. Było to tak głęboko, że nie dochodził stamtąd żaden dźwięk. Skamonios stał przez chwilę z dłońmi wspartymi na obramowaniu. Wiedział, że król wyspy Tenedos stoi za nim i przygląda mu się.
- W rzeczy samej, dostojny władco, przodkowie twoi osiedli w orlim gnieździe! - Odwrócił się i z uśmiechem podszedł do młodego wysokiego mężczyzny ubranego w krótką białą nie sięgającą kolan szatę, na którą narzucona była spływająca z pleców lwia skóra, tak że jej ogon wlókł się po ziemi, gdy król poruszał się. Najczcigodniejszy Skamonios kilka już razy w ciągu ostatnich pięciu dni chwytał się na dziwacznej myśli, że w ogonie owym pozostała jeszcze resztka życia.