- Królu, gdyby nie obawa, że zawadzam w tym pięknym pałacu będąc nieproszonym gościem, wyraziłbym większą radość z twej gościny! - Skamonios złożył ręce i pochylił nisko głowę przymykając na chwilę oczy, - Lecz jeden cierń tylko tkwi w mym sercu: drżę na myśl, aby jakaś siła nieznana nie pokrzyżowała naszych zamierzeń.
- Wydobądź z serca ów cierń, mój kreteński przyjacielu! - Król lekko wzruszył ramionami. - Jeśli brat Minosa nie wpadł, zmierzając ku Troi, na podwodne skały lub nie zginął na skutek innego trafu w falach morza, nic naszych zamierzeń nie może pokrzyżować. Spójrz! - Znowu obrócił się i wskazał wierzchołek góry. - Jeśli bystrooki strażnik, który czuwa tam zawsze, dostrzeże okręt płynący morzem otwartym lub przemykający się chyłkiem wzdłuż wybrzeży Troady, lecz nie zmierzający ku naszej wyspie, wówczas zapala bez zwłoki stos gałęzi na wierzchołku góry, aby zobaczyły go nasze okręty strzegące wejścia do przesmyku na północy, a także te, które nieustannie czekają w przystani, gotowe do odebrania tego znaku. Wypłyną one na spotkanie owego okrętu, aby doprowadzić go tu lub, jeśli płynie on do Troi w przyjaznych zamiarach, skierować go tam. Nie obawiaj się więc, czcigodny panie, że ktokolwiek mógłby przepłynąć obok mej wyspy nie dostrzeżony. A gdyby nawet uczynił to nocą i chciał się przemknąć na morze północne, wiedz, że cieśnina owa długa jest bardzo i zawsze panuje w niej prąd przeciwny tym, którzy płyną na północ, jak gdyby tamto morze wlewało się nieustannie do naszego, co zapewne jest prawdą. Nikt jeszcze nie przepłynął owej cieśniny ku północy szybciej niż w dni trzy lub cztery, a wszędzie na jej obszarze są albo moje okręty, albo strażnice. Bez naszej zgody nikt nie przedostał się jeszcze na północ ani nie przybył stamtąd.
Zamilkł. Siedzieli przez chwilę w milczeniu spoglądając na niezmierzoną pustynię błękitnych wód widomą za kamiennym obramowaniem tarasu. Na zachodzie i na północy tkwiły w morzu zamglone w słońcu dalekie wyspy i jęzory lądu z zarysem gór wyrastających jak gdyby z rozedrganego powietrza i nie wspartych podstawami o ziemię.
Król skinął ręką. Podbiegł niewolnik niosący złoty dzban, a za nim drugi z dwoma pucharami.
- Jest to wino z owych wysp... - Władca Tenedos wskazał dalekie wierzchołki gór. - A przemieszano je z miodem pszczół trojańskich i wysuszonym korzeniem pewnego ziela, które rośnie jedynie w naszej krainie. Czy zechcesz go skosztować?
Czcigodny Skamonios odrzucił wdzięcznym ruchem do tyłu długi ciemny warkocz, w który zapleciono mu rankiem włosy, i odparł, że byłby to dla niego niewypowiedziany zaszczyt i rozkosz równa tej, jaką odczułby przyjmując nektar z rąk bogów tej krainy, których, jak pojmuje, jest wielu, choć służą oni Wielkiej Matce, tej samej, która jest Panią Krety.
Niewolnik ukląkł u ich stóp, nalał wina do pucharów, uderzył czołem o kamienne płyty tarasu i cofnął się na klęczkach.
Unieśli ku wargom puchary. Król Tenedos, który był człowiekiem żywego usposobienia, wychylił swój szybko i powstał, aby raz jeszcze rzucić okiem na szczyt góry.
- Panie... - rzekł Skamonios odstawiając ostrożnie swój wspaniały puchar na ławę - wino to jest...
Los chciał, aby nigdy nie dokończył wypowiadać swej myśli. Król uniósł rękę.
- Stos na górze zapłonął! - rzekł szybko. - Nie oznacza to, że nadpływa okręt brata twego władcy, lecz może to być on!
Skamonios zerwał się i podszedł do obramowania. Stali przez chwilę wpatrując się w nieskończoną pustą powierzchnię wód, na której jedynie w kierunku Troi dostrzec można było kilka maleńkich łodzi rybackich. A jeśli to był Widwojos, nie mógł przecież znajdować się na północ od Tenedos.
- Tam! - rzekł król spokojnie i wyciągnął ramię wskazując kierunek. - Nic widać go jeszcze niemal, lecz musi to być w rzeczy samej wielki okręt!
Skamonios podszedł oczyma za jego wyciągniętą dłonią. I nagle dojrzał go!
Na błękitnej, białej niemal w promieniach porannego słońca, rozedrganej równinie morza dostrzegł maleńki ciemny kształt.
Z tej odległości przypominał on mrówkę posuwającą się powoli ku północy, a gdyby Skamonios nic widział, że okręt ów płynie pod żaglem wzdętym sprzyjającymi podmuchami, mógłby przysiąc, że stoi on w miejscu.
Nawet z tak wielkiego oddalenia wydało mu się, że dostrzega na owym żaglu ogromną głowę Byka o okrągłych spoglądających złowrogo oczach.
- Tenedos! Tenedos, boski książę! - Białowłosy uczuł, że głos mu się łamie. Pragnął powstrzymać wzruszenie, lecz nie mógł i zamilkł oddychając gwałtownie, jak gdyby po szybkim biegu.
Od świtu stał na dziobie wypatrując znajomego wierzchołka góry na widnokręgu. Teraz szczyt był jeszcze daleko, lecz za nim na prawo dostrzegł znajomy widok pasma Idy, zmieniony nieco, gdyż nigdy dotąd nie widział go z tej strony. Był pewien, że nie mogą to być inne góry.
Stali zbici w gromadkę na dziobie. Okręt płynął pod rozpiętym żaglem i wioślarze odpoczywali śpiąc lub wygrzewając się w słońcu. Kilku śpiewało tęskną pieśń o dziewczynie z gór, którą porwał rozkochany orzeł.