Sternik Eriklewes, oddawszy ster jednemu z ludzi, także zbliżył się do księcia.
- Okręty z Tenedos wypłynęły nam na spotkanie, boski książę! - rzekł. - Zawsze tak czynią. Lecz znam drogę do Troi. Gród ów nie leży nad morzem. Jest tam łagodna przystań i miejsce, gdzie łatwo wyciągnąć okręt na brzeg. Stamtąd prowadzi droga do miasta.
- A gdzież twój dom rodzinny? - spytał cicho Perilawos trącając Białowłosego w bok.
- Tam, za wyspą... - Chłopiec wskazał nieokreślony punkt na widnokręgu. - W połowie drogi między Tenedos a Troją. Jest tam brzeg i... i moje domostwo ukryte między skałami... - Potrząsnął głową. - O, Matko... - szepnął. - O, Wielka Matko... wysłuchałaś mnie... - I uniósłszy zwiniętą dłoń dotknął nią ukradkiem czoła.
Brzeg lądu przesuwał się z wolna, a wyspa zdająca się do tego lądu przylegać, lecz oddzielona od niego cieśniną, zbliżała się i wkrótce dostrzegli lasy porastające jej zbocza, a także nagi szczyt skalny górujący nad nimi.
- Czyżby góra ta należała do owych, które zieją ogniem? - zapytał boski Widwojos wskazując ręką wierzchołek skały, na którym pojawił się pióropusz dymu, pochylony wiatrem ku północy.
- Nie, panie! - Białowłosy nie odrywał oczu od znajomego widoku. - Jest to znak dla okrętów, że obcy zbliżają się do Tenedos. Pewnie nas to dotyczy, gdyż nie widzę dokoła żadnego innego żagla.
- Tak, boski książę - przytaknął Eriklewes. - Byłem tu kilkakroć. Okręty króla Tenedos strzegą ujścia przesmyku ku morzu na północy, a wraz z nim Troi, której przystań znajduje się u wejścia do owego przesmyku.
- Czy zapuszczałeś się także i w jego głąb? Terteus nie zwrócił na niego oczu zadając pytanie. Uważnie rozglądał się po okolicy, jak gdyby pragnął wbić sobie w pamięć rysy wybrzeży i wymierzał odległości.
- Nie, nigdy. Gdyż nie zezwalają oni obcym, aby minęli Troję. Wyprawa ta będzie zapewne pierwszą, która to uczyni.
- Lecz Trojanie wpływają tam?
- Tak - rzekł szybko Białowłosy. - Ojciec mój był tam kilkakrotnie, będąc młodzieńcem, król bowiem nakazuje często rybakom, aby pełnili powinność na okrętach strażniczych i kupieckich, gdy ludy z południa przybywają po zboże, które zakupujemy na północy.
- A więc i my napotkamy tam ludzi, nie potwory... - , Widwojos uśmiechnął się. - A jeśli zajmują się oni handlem, nie mogą być wrogami Troi i zapewne także od nas przyjmą podarki i wskażą nam drogę...
- Okręty! - zawołał Terteus. - Zezwól, panie, abym wydał załodze rozkaz uzbrojenia się, choć każdy z ludzi ma oręż w pogotowiu... - Przysłonił oczy dłonią. - Cztery! Lepiej będzie, jeśli ujrzą nas potężnie uzbrojonych i gotowych do obrony, choć zapewne nie natrą na okręt kreteński.
Cofnął się ku masztowi i donośnym głosem wydał kilka poleceń.
Ludzie poczęli dźwigać się na nogi, ucichła przerwana pieśń i po chwili na głowach żeglarzy zalśniły
skórzane hełmy nabijane pięknie oczyszczonymi płytkami z brązu. Pancerze mieli podobne, osłaniające pierś, brzuch i ramiona przed strzałą, a nawet cięciem miecza. Część zasiadła na ławach i ujęła wiosła.
Terteus znowu zakrzyknął i boki okrętu okryły wielkie tarcze, uczynione jak gdyby z dwu spojonych z sobą kół. Na wszystkich był ten sam wizerunek czarnego byka o pustych białych oczach spoglądających groźnie jak oczy śmierci. Obnażone miecze i włócznie leżały obok wioślarzy.
Stojący na dziobie także cofnęli się i unieśli zbroje, choć niechętnie, gdyż dzień zapowiadał się upalny, a skóra kaftanów, obciążonych naszytymi miedzianymi blachami, grzała niemiłosiernie. Wsparty na włóczni, powiewając wspaniałą kitą na okrytym złotym hełmie, boski Widwojos stanął pod masztem, mając u boku syna swego i kilku innych.
- Skręć ku nim, Eriklewesie - rzekł Terteus. - A na znak, że przybywamy w przyjaznych zamiarach, opuśćmy żagiel i z wolna przybliżmy się ku nim wiosłując.
Zdjęto liny z zaczepów i opuszczono reję wraz z żaglem, lecz nie składano go. Wkrótce znów pragnęli go podnieść, aby nie wyczerpać niepotrzebnie sił ludzi i nie zwalniać, gdyż do Troi było jeszcze daleko.
Okręty zbliżyły się. Były niskie, zwinne, a Terteus z uznaniem spoglądał na wiosła ich, unoszące się i opadające, jak gdyby jeden człowiek i jedna wola nimi kierowały. Zatoczyły łuk przed dziobem Angelosa i przystanęły kołysząc się na wodzie.
Okręt kreteński także zwolnił i wpłynąwszy pomiędzy nie, zatrzymał się. Był znacznie wyższy, tak że stojący na nim widzieli dobrze wnętrze owych okrętów. Wioślarze byli wpół nadzy, a pomiędzy nimi stali żołnierze, wśród których dostrzegli łuczników. Lecz mieli oni łuki przerzucone przez plecy.
Gdy zbliżyli się na odległość rzutu włócznią, stojący na dziobie jednego z okrętów człowiek w białym narzuconym na ramiona płaszczu zawołał:
- Jesteśmy żołnierzami króla Tenedos, który panuje na tych wodach! Kim jesteście i dokąd płyniecie?
- Okręt ten wiezie bogom podobnego Widwojosa, brata najpotężniejszego, boskiego władcy Krety Minosa, który udaje się w odwiedziny do króla Troi!
- Bądź pozdrowiony, boski książę! - odparł donośnie ów człowiek unosząc zwiniętą pięść i dotykając nią czoła. - Czy znacie drogę do Troi, gdyż w pobliżu przesmyku jest kilka zdradliwych skał i płycizna, na której mógłby utonąć okręt tak wielki jak nasz?! Mamy polecenie, aby przeprowadzić was, jeśli tego pragniecie!
- Sternik nasz zna te wody i bywał już w Troi! Lecz wdzięczni jesteśmy panu twemu, królowi tej wyspy, za przysługę, którą chciał wyświadczyć boskiemu Widwojosowi! Boski Widwojos pragnie, abyś powtórzył mu te słowa!