- Uczynię tak!
Człowiek w białym płaszczu raz jeszcze przyłożył dłoń do czoła i odwróciwszy się, zawołał krótko do ludzi. Wszystkie okręty drgnęły, gdyż wiosła opadły jak jedno. Kolejno śmignęły przed dziobem Angelosa i poczęły się oddalać ku wyspie.
Okręt ruszył, uniesiono żagiel.
- Czy widziałeś, jak patrzyli na nas?! - zaśmiał się Terteus zdejmując hełm i odkładając tarczę. - Nic dziwnego. Nigdy nie widzieli tak wielkiego okrętu i zapewne nigdy podobnego nie zobaczą, jeśli nie ujrzą nas powracających z owej wyprawy.
Żagiel chwycił wiatr i okręt począł sunąć po powierzchni spokojnego morza, rozcinając drobne fale i okrążając łagodnym łukiem wyspę.
Białowłosy znów powrócił na dziób. Widząc, że książę i Perilawos zbliżają się tam także, usuną} się. Zdjął hełm, lecz był tak przejęty, że wciąż miał u boku długi miecz, a w ręce ciężką włócznię.
- Cóż to, pragniesz uderzyć na rodzinną wioskę?! - roześmiał się Perilawos. - Nie oczekują cię tam i jeśli ujrzą cię nadchodzącego po falach w pełnym uzbrojeniu, orzekną, że jesteś rozbójnikiem morskim i zabijacie, nim pokłonisz się ojcu i matce!
- Ojcu i matce... - rzekł Białowłosy cicho. Uniósł głowę. - Będziemy płynęli wzdłuż wybrzeża, gdyż okręt musi wyminąć płyciznę za przylądkiem. Gdybym skoczył do wody, dopłynąłbym łatwo do domu.
- Czemuż miałbyś to czynić? - zapytał książę. - Jeśli woda jest tam dostatecznie głęboka, a zapewne pamiętasz jeszcze, jakie dno ma ów skrawek morza, nad którym przyszedłeś na świat, zbliżymy się tak, abyś mógł wraz z darami dotrzeć do swego domu. A jutro lub pojutrze napotkasz nas w Troi, jeśli zechcesz nadal nam towarzyszyć. - Uśmiechnął się widząc, że twarz chłopca okrył rumieniec.
- Dzięki ci, panie...
Białowłosy nisko pochylił głowę. Później uniósł oczy i począł wpatrywać się w linię brzegu.
Mijali wyspę. Dym na wierzchołku skalnym nadal unosił się ku górze. Być może władca Tenedos dawał znak do Troi, że obcy okręt zbliża się ku przesmykowi.
I oto dostrzegł znajomy grzbiet przylądka. Wysoko w górze kołował nad wodami orzeł morski...
,, Czyżby był to ów ptak, którego ujrzałem wówczas?" - pomyślał Białowłosy. Stał nieruchomo, nie słysząc rozmowy księcia z Terteusem, wpatrzony w zbliżający się przylądek.
Z wolna... z wolna wysuwało się spoza przylądka pasmo lądu. Znajome... nierzeczywiste, jak gdyby wydobyte z owych snów, które tak często go nawiedzały i w których widział je z łodzi na chwilę przed
uderzeniem nawałnicy nadbiegającej spoza gór.
Mimowolnie uniósł wzrok, lecz nad górami lśnił gładki jasny błękit nieba.
- Tak, tam! - Nie mógł się mylić. Wyciągnął ramię i wskazując, rzekł niemal szeptem: -Tam jest . mój dom!
- Co rzekłeś? - Terteus, który właśnie zamilkł odpowiedziawszy na pytanie księcia, pochylił się ku niemu.
- Tam jest mój dom! - powtórzył Białowłosy. - Tam, gdzie owe dwie skały i zarośla. A wyżej las podchodzi do grzbietu wzgórza.
- Widzę tam same skały i zarośla! - roześmiał się Terteus. - Lecz jeśli widzisz już dom swój, podziękuj bogom.
Białowłosy pochyliwszy głowę i uniósłszy obie ręce, w myśli ukorzył się przed Wielką Matką, która rządzi ziemią, i przed Posejdonem, który wiódł go po morzach, składając im dzięki za to, że przywiedli go tą samą drogą, którą porwała go burza, by oto mógł ujrzeć rodzinną ziemię, choć tak wiele razy serce w nim upadało i przestawał wierzyć, że ujrzy ją jeszcze kiedykolwiek.
Spoglądali na niego w milczeniu, póki modlił się, a w serca ich wstąpiła również radość. Wydarzenie to zdawało się być dobrą wróżbą dla wyprawy.
Białowłosy opuścił ręce i patrzył. Byli jeszcze daleko. Pomiędzy nim a owym odległym miejscem wybrzeża rozciągało się pasmo wód, a na nim tkwiła maleńka samotna łódź rybacka, której ciemny żagielek odcinał się od roziskrzonego słońcem morza. Jakiś rybak łowił na skraju płycizny jak niegdyś on. Ileż tuńczyków musiało odwiedzić te wody od owej chwili! Być może niektóre z nich przepłynęły nie opodal Krety, a nawet nie opodal brzegów Egiptu? A ów, którego zabił? Czyżby był on zaklętym w rybie ciało groźnym duchem, który pomścił na nim swą śmierć, gnając go po morzach i lądach, od brzegu do brzegu? Lecz nie mógł to być duch wielce straszliwy, skoro udało mu się powrócić.
Angeles płynął teraz blisko brzegów, opuszczono ponownie żagiel i wioślarze posłuszni głosowi przodownika wolno zanurzyli wiosła, gdy sternik zręcznie prowadził okręt na skraju jasnej wody, oddalając się od niej i przybliżając, aż wreszcie zniknęła i znowu naokół morze przybrało mroczną zieloną barwę.
Mała łódeczka była coraz bliżej, zeszła z drogi okrętu i stojący w niej człowiek oparł się o maszt, zaprzestawszy połowu. Zapewne ze zdumieniem wpatrywał się w ogromny okręt, na jakim nigdy dotąd nie spoczywały jego oczy.
Zbliżył się do łodzi tak, że wyraźnie dostrzegł miejsce, gdzie żagielek był zszyty, świecąc nową łatą.
Białowłosy zmrużył oczy. Łódź była tuż przed nimi po lewej, pomiędzy okrętem a brzegiem, a dalej był pas niskich skał i miejsce, gdzie...
- Ojcze! - krzyknął nagle. - Ojcze!
Cofnął się i w pancerzu, rzuciwszy włócznię i miecz na dno, skoczył do wody, nurkując tuż pod uniesionymi wiosłami okrętu. Płynął przez chwilę pod wodą i wynurzył naprzeciw łodzi.
Stojący pochylił się, gdy chwycił rękami za burtę.
- Ojcze! - zawołał wypluwając wodę; - Ojcze! Poznałem cię z dala i oto jestem!
Zobaczył, że ogorzała twarz ojca zbladła gwałtownie. Dwie silne ręce pochwyciły go i jak piórko uniosły w górę.