Выбрать главу

    Kamon i Orneus na widok Białowłosego, którego spotkali na skraju drogi, wznieśli wesoły okrzyk.

    - Wszyscy tu rzekli; że nigdy cię już nie ujrzymy, co będzie z wielkim pożytkiem dla ciebie, gdyż ludzie

opowiadają tu, że wszystkich nas pożrą tam żywcem potwory wiekuiście głodne i nie znające litości! -Kamon roześmiał się.

    - Gdzież zamieszkujecie?

    - W wielkim domu opodal pałacu królewskiego, gdzie mamy stoły i posłania, gdyż król tego miasta gości nas wspaniale! Żal będzie odpływać!

    Orneus obejrzał się za jasnowłosą dziewczyną, która zatrzymała się, wybierając sztukę materiału, usłużnie rozłożoną przed nią przez brodatego kramarza.

    - Ojciec zezwolił mi popłynąć z wami, gdyż, jak rzekł, okryłbym się hańbą przed obliczem boskiego księcia, gdybym pozostał więziony trwogą przed owymi potworami! - Białowłosy także się roześmiał. - Nie wiecie, gdzie można odnaleźć Terteusa? -Z zaciekawieniem spoglądał na białe, wysokie mury miasta i otwartą bramę, w której dwu strażników w pancerzach i z długimi włóczniami przechadzało się leniwie, niewiele zwracając uwagi na wchodzących i wychodzących ludzi.

    - Zapewne pozostał dziś na przystani. Jest ona tak dobrze osłonięta, a nadbrzeże ma nowe i kamienne, że nie wyciągaliśmy okrętu, lecz stoi on uwiązany przy brzegu. Terteus trzyma tam nieustannie część załogi. Straże zmieniają się rano i wieczór, jak gdyby obawiał się, że ktoś może skraść nam okręt! -Kamon wzruszył ramionami. - Być może wie, co czyni postępując tak, gdyż choć do przystani-z miasta trzeba iść dobry kawał drogi, nieustannie stoi tam mrowie ludzi przyglądających się okrętowi. Nie widzieli nigdy podobnego, jak powiadają, i nie mylą się przecie, gdyż nigdy dotąd podobny Angelosowi okręt nie sunął po błoniach Posejdona. Lecz zapewne między owymi Trojanami kręci się niejeden rzezimieszek, a na niestrzeżonym okręcie zawsze znalazłoby się coś, co wielce by mu się mogło wydać przydatnym. Lecz ludzie nie są zadowoleni. Ma to być bowiem nasza ostatnia przystań, a dalej rozciąga się świat, w którym może nikt nas już nigdy nie ugości niczym... prócz strzały lub pchnięcia mieczem...

    - Każe nam także powracać na posiłki do owego domu opodal pałacu, gdyż pragnie wiedzieć nieustannie, czy nikogo nie spotkał jaki przypadek... Czyżby obawiał się, że niejeden może rozmyśla nad tym, co ludzie powiadają, i skryje się w chwili odpłynięcia okrętu, aby później powrócić do Amnizos wraz z przygodnym kupcem kreteńskim? Białowłosy wzruszył ramionami.

    - Żadnemu z nas nikt nie nakazywał towarzyszyć boskiemu Widwojosowi. Są tu jedynie ci, którzy sami tego pragnęli.

    - Młody jesteś jeszcze... - Orneus uśmiechnął się.

    - Bywa tak, że rzecz jakaś w pierwszej chwili zdaje się ponętna i piękna, lecz z biegiem czasu lęk zaczyna brać górę nad pragnieniem przygody... Cóż, ujrzymy to przecie. Wiemy, ilu nas tu przypłynęło. Ujrzymy, ilu odpłynie. Jak mniemam, to właśnie spędza Terteusowi sen z powiek nocą. Król ów gości nas pięknie, jak ci już rzekłem, wino leje się tu z dzbanów jak woda ze źródła, dziewczęta są wesołe, a ludzie tego grodu przychylni cudzoziemcom jak ich władca. Dla tej właśnie przyczyny Terteus narzuca owe obowiązki strażowania i zbierania się na wspólne uczty, gdyż tak trzeba je nazwać, a także obmyśla różne prace dla załogi przy ładowaniu okrętu i naprawach tego, co wcale jeszcze naprawy nie wymaga.

    - Cóż... - rzekł Białowłosy. - Gdybym był dowódcą okrętu, pewnie także frasowałbym się na myśl, że mogę utracić ludzi na miejscu, gdzie kończy się świat znany. Tam, dokąd płyniemy, nie znajdzie nowych, którzy ich zastąpią. A i nam gorzej będzie, gdyby przyszło do walki.

    - To prawda... - rzekł Kamon. Zasępił się nagle. Później czoło jego rozjaśniło się. - Będzie, jak zechcą bogowie! - zawołał siląc się na wesołość.

    Białowłosy pożegnał ich paru wesołymi słowami i skinieniem.

    Ruszył ku bramie i minął ją, odprowadzany ciekawymi spojrzeniami strażników, którzy widząc młodego wojownika w kreteńskim hełmie z czerwoną kitą, z mieczem w długiej skórzanej pochwie i potrząsającego lekkim oszczepem, który niósł w dłoni, wzięli go za przybysza z dalekiej wyspy, nie podejrzewając nawet, że jest on synem ubogiego trojańskiego rybaka.

    Pałac królewski stał na podwyższeniu wewnątrz murów, a jeden z przestronnych domów gościnnych władcy Troi znajdował się u jego stóp. Białowłosy dotarł tam wąską uliczką zatłoczoną ludźmi przesuwającymi się w obu kierunkach.

    Troja była grodem zasobnym, a miejsce, w którym się znajdowała, powodowało, że wiele okrętów z różnych stron znanego świata przybywało tu dla wymiany towarów.

    Białowłosy bez trudu rozpoznał miejsce, w którym król trojański umieścił załogę boskiego gościa. Przed wejściem do owego domostwa stało kilku ludzi z Angelosa, rozmawiając z jakimś człowiekiem, najwyraźniej przekupniem, który ukazywał im przyniesione przedmioty w małej drewnianej skrzynce zawieszonej na skórzanym rzemieniu przerzuconym przez ramię.

    Pozdrowiwszy ich Białowłosy wszedł do wnętrza i szczęśliwym trafem natknął się na Terteusa.

    - A, jesteś! - Przez zasępione oblicze młodego rozbójnika morskiego przemknął cień uśmiechu. - Jakże cię ojciec i matka przyjęli?

    - Sen mi oczy klei... - odparł Białowłosy szczerze. - Dwa dni i dwie noce opowiadałem im po stokroć te same przygody, które bogowie pozwolili mi łaskawie przeżyć!

    - Jakże się dziwić matce, skoro cię już zapewne opłakała? - Terteus rozłożył ręce, później opuścił jedną z nich na ramię Białowłosego i ścisnął je lekko. - Pójdź, chcę mówić z tobą.

    Ruszył pierwszy, a Białowłosy poszedł za nim. Gdy znaleźli się na ulicy i zatrzymali za pierwszym załomem muru, który odgradzał ich od ożywionej ulicy,