Terteus rzekł:
- Król gości księcia i Perilawosa u siebie, na zamku, co jest rzeczą słuszną i nie wzbudziło mych podejrzeń, choć trzymamy tu nasz oręż, aby załoga nie była zdana na łaskę władcy tego grodu, gdyby nagle zapragnął wyciąć nas do ostatniego. W głowie mi się wprawdzie nie mieści, aby mógł to uczynić w mieście, gdzie tylu żeglarzy przybywa ze wszystkich zakątków, gdyż wieść o tym rozniosłaby się po całym mieście, jako że Widwojos jest bratem najpotężniejszego monarchy na morzach. Myślałem o tym długo i gdybym był Minosem... - zniżył głos, choć nikt ich tu nie mógł usłyszeć - to właśnie miejsce lub ową długą cieśninę, która nas czeka po wypłynięciu stąd, wybrałbym, aby rozprawić się z mym bratem. Minos nie rządzi tu już, więc nie na niego spadłaby nasza krew, a równocześnie jest to ostatnia przystań, gdzie zemsta jego może nas odnaleźć, nim powrócimy z wyprawy za przyzwoleniem bogów. Gdy odpłyniemy z Troi i miniemy cieśninę, która znajduje się pod władzą goszczącego nas tu króla, któż będzie wiedział, gdzie jesteśmy i co się z nami dzieje?...
Jakież okręty kreteńskie i jacyż wysłannicy Minosa dopędzą nas lub odnajdą? Tak mniemam od chwili wypłynięcia z Aten. A nadal nie mogę pojąć tego, co cię tam spotkało. Musiał to być jakiś zamysł, który nie udał się władcy Krety. Być może wzięto cię za kogo innego? Za Perilawosa może, bo gdyby jego porwano, nie dziwiłbym się. Nie wiem, lecz nie była to rzecz zwykła w czasie, gdy oczekujemy uderzenia, a boski Widwojos winien pamiętać, że nienawiść królewska towarzyszy jemu i jego synowi...
Urwał na chwilę i odetchnął głęboko, gdyż był nie nawykły do długich przemówień, a teraz przemawiał szybko, gorączkowo, jak gdyby chciał zrzucić z serca ciężar, a raczej podzielić się nim z kimś, komu ufał.
- Oto przyczyna dla której pragnę odpłynąć jak najszybciej. Trzymam załogę w gromadzie. Nie mogę ich zamknąć w owym domostwie, lecz obmyślam sto zajęć, które pozwalają mi mieć ich na oku. Lękam się, sam nie wiem czego? A to jest najgorsze. Wiem, że choć wszyscy możemy znaleźć śmierć z ręki Minosa, lecz nie nas on nienawidzi, a brata swego i jego syna... - I dokończył niemal z wściekłością: -1 oto w takiej chwili, gdy wczoraj jeszcze ostrzegałem boskiego Widwojosa, aby miał się nieustannie na baczności, a nawet przeniósł pod byle jakim pozorem z pałacu, gdzie król oddał mu swe komnaty, do tego domu, gdzie się znajdujemy, a jeśli nie on sam, aby zezwolił Perilawosowi spać wśród nas, gdyż sądzę, że nikt nie uderzy na jednego z nich, aby oszczędzić drugiego. Dla Minosa bowiem jedynie śmierć ich obu może być celem. W takiej właśnie chwili, gdy odjechałem konno przed świtem do przystani dopilnować załadunku jadła, które zakupiliśmy tu w wielkiej ilości, nie wiedząc, co nas czeka, gdy wypłyniemy na północ z owej cieśniny... W takiej chwili, powiadam, przybywa do mnie sługa królewski, aby obwieścić mi, że boski Widwojos z synem i czterema dworzanami króla udał się na odległe pastwiska za górami, by obejrzeć stada trojańskich koni, które tam się wypasają i wybrać z nich kilka, gdyż król wierząc, że są to wierzchowce najpiękniejsze w świecie, pragnie nimi obdarować Widwojosa, aby zabrał je z sobą na okręt, jako że mogą być potrzebne wyprawie, gdy będziemy płynęli na północ pośród stepów wielką rzeką, którą mamy napotkać!
Odetchnął głęboko i zamilkł. Później dodał jeszcze:
- To prawda, że sam doradzałem boskiemu Widwojosowi, by zakupił tu kilka koni. Okręt jest wielki i znajdzie się na nim miejsce na przegrody dla nich, a jeśli mamy płynąć rzekami, nie ucierpią od podróży morzem, gdyż niektóre z nich nie znoszą jej i zdychają, jeśli są zbyt długo narażone na burzliwą falę morską... Nie pomyślałem, że zwiedziony uprzejmością owego króla zechce wraz z synem udać się stąd w nieznane miejsce z całkiem nie znanymi mu ludźmi!... A ma powrócić jutro, gdyż, jak powiadał ów dworzanin, zapewne boski książę i jego syn spędzą noc po tamtej stronie gór, znużeni długą jazdą. I cóż mam uczynić? Niechaj bogowie spalą swym piorunem wszystkich Kreteńczyków i ich mądrość, która okazuje się głupotą, gdy który z nich ma roztrząsać swe sprawy jak dojrzały mąż!
- Są tam stada... - rzekł Białowłosy niepewnie. - Wiem, że królewskie stada latem pasą się za górami.
- I ja pewien jestem, że ów król nie skłamał! Lecz stało się tak, że my jesteśmy tu, cała załoga, stu uzbrojonych ludzi! A Widwojos i jego syn znaleźli się daleko stąd i znajdują się za górami! To jedno pojmuję! Być może... - dodał spokojniej - jutro Widwojos powróci wiodąc z sobą owe konie, a król twój okaże się władcą gościnnym i prawym. Lecz źle się stało, a ja... a my przysięgliśmy, że nie opuścimy ich! - Znowu położył dłoń na ramieniu Białowłosego. - Słuchaj! Czy znasz owe strony? Wiem, że
Widwojos udał się ku stadom pasącym się za Białą Przełęczą. Tak rzekł ów człowiek. Gdzież się znajduje owa przełęcz?
Chłopiec skinął głową.
- Tak i ja sądziłem, gdyż tamtędy przepędzają stada na wiosnę. Inaczej musieliby gnać konie szerokim kręgiem nad morzem i nakładaliby drogi. Przełęcz owa leży w lasach pokrywających góry. Byłem tam kilkakroć, aby zebrać zioła dla matki.
- Mam tu konie... - Terteus spojrzał w ulicę, którą przechodził jakiś dostojnik, poprzedzany przez wrzeszczącego sługę z kijem... - Król Troi użyczył nam ich kilka, abyśmy mogli swobodnie docierać do przystani nie trudząc się. A Eriklewes czuwa dziś nad okrętem. Wydaje mi się doświadczonym i mądrym człowiekiem. Dobrze, że zabraliśmy go z Aten. Innych nie znam jeszcze. Zapewne poznam ich lepiej, gdy zanurzymy się w owym tajemnym świecie, ku któremu płyniemy. Tam każdy okaże swą wartość. I będę mógł im ufać, gdyż wspólny los połączy nas i żaden nie będzie mógł źle życzyć ani czynić innym. Sami bowiem będziemy tam pośród obcego świata. Lecz tu... - Zastanawiał się przez krótką chwilę. - Cóż byś rzekł, gdybyśmy udali się na małe łowy lub na przejażdżkę konną w okolice tego pięknego grodu? Być może droga zaprowadzi nas ku Białej Przełęczy... Nie wiem, czy napotkamy Widwojosa, lecz nie mogę tu tkwić bezczynnie. Lękam się o niego...