- Jak dawno wyruszył? - zapytał Białowłosy.
- Człowiek ów przybył mówiąc, że książę odjechał z synem na krótko, nim tu przybyłeś...
- Jeśli pojechali ku Białej Przełęczy - rzekł Białowłosy - znam ścieżkę w górach, którędy przejdą konie... Krótsza to znacznie droga, lecz niewygodna i łatwo tam może zbłądzić ów, który jej dobrze nie zna. Prowadzi przez wzgórza, które widziałeś z dala, schodzą one ku brzegowi, do miejsca, gdzie stoi dom mój. Znam tam każdy krzew i każde drzewo.
- Jedźmy nie zwlekając! - rzekł Terteus.
Ruszyli szybkim krokiem ku stajniom przyległym do domu.
Stajnie królewskie znajdowały się w obrębie wewnętrznych murów pałacowych, lecz straż w bramie przepuściła ich bez słowa, rozpoznając gości kreteńskich.
Na rozległym dziedzińcu Terteus skręcił w lewo. Białowłosy, który choć był Trojańczykiem, nigdy nie przekroczył świętego obwodu domu królewskiego, rozglądał się ciekawie dokoła.
Dziedziniec był niemal pusty, gdyż słońce grzało mocno i pył unosił się spod stóp, gdy szli po luźno wybrukowanym płaskimi kamieniami podejściu do bocznego skrzydła niskiego budynku, przylegającego do właściwych komnat królewskich.
Przed otwartymi podwójnymi wierzejami stajni siedziało kilku ludzi na kamiennej ławie.
Na widok Terteusa jeden z nich, ubrany okazalej niż inni i mający na szyi srebrny łańcuch, dźwignął się i skłonił lekko.
- Czy pragniecie pojechać do przystani, mili goście kreteńscy? - zagadnął stojąc pomiędzy nimi a ciemnym wejściem stajni.
- Tak, o ty, który władasz stajniami króla! - rzekł Terteus oddając mu ukłon. - A raczej... nie do przystani, gdyż wszelkie sprawy związane z załadowaniem naszego wielkiego okrętu powierzyłem dziś memu sternikowi, który jest doświadczonym człowiekiem i dobrym żeglarzem. By rzec prawdę, pragniemy wykorzystać nieobecność naszego księcia i udać się na łowy w okolice waszego grodu. Ludzie tu powiadają, że macie wiele zwierzyny w lasach porastających wasze wzgórza. Pragniemy przed wieczorem powrócić. Książę nasz, jak mi donieśli, nie przybędzie dziś do Troi, lecz przepędzi noc przy waszych stadach za górami, więc nie będzie nas dziś wzywał do siebie. A bogowie jedynie wiedzą, kiedy znów uda nam się dosiąść koni i pogonić za zwierzyną? Wiesz przecież, jak wielką i groźną wyprawą dowodzi boski Widwojos.
- Wiem i pełen dlań jestem niezmiernego podziwu jako i inni mieszkańcy tego grodu. To prawda, że boski wasz książę może nie powrócić dziś, gdyż droga do naszych stad jest daleka i prowadzi przez góry. Boskiemu bratu króla Krety także zapewne uśmiechała się przejażdżka po tak długiej podróży morzem. Uzbrójcie się jednak w cięższe włócznie i łuki, gdyż możecie napotkać lwa albo niedźwiedzia, a nie są to wrogowie, których można ułowić lub odpędzić lekkim oszczepem. Dam wam także śmigłe i zaprawione w trudach konie umiejące się wspinać, gdyż wszędzie tu, prócz wybrzeża morskiego, droga wasza będzie biegła przez doliny i wzgórza.
- Dzięki ci, panie! - Terteus raz jeszcze skłonił przed nim głowę. - Jeśli upolujemy zwierza godnego twej uprzejmości dla nas, zezwól, abyśmy ofiarowali ci jego skórę!
- Niechaj bogowie dadzą wam dobre łowy i doprowadzą was na powrót szczęśliwie do bram tego grodu, a wówczas i ja będę szczęśliwy.
Po wymianie owych grzeczności główny stajenny wybrał im dwa rosłe konie, na których odjechali ulicą ku domowi przeznaczonemu dla załogi Angelosa, torując sobie z wolna drogę przez tłum. Gdy znaleźli się tam, wzięli łuki i cięższe oszczepy, lecz nie pozbyli się mieczy. Terteus zapowiedział załodze, że powrócą późnym popołudniem lub o zachodzie słońca, i ruszyli kierując się ku południowej bramie, tej samej, którą Białowłosy wszedł wczesnym rankiem do grodu.
- Czy w tym kierunku udał się Widwojos? - zapytał półgłosem Terteus, gdy zrównali się w wąskiej uliczce, jadąc wolno i wymijając ustępujących im pieszych.
- Nie! - Białowłosy potrząsnął głową. - Jeśli, jak ci rzekli, droga jego wiodła ku Białej Przełęczy, opuścił gród inną bramą, ku wschodowi. Rozpoczyna się za nią trakt wiodący przez góry ku leżącej za nimi rozległej równinie, gdzie wypasają się stada królewskie. Droga to łatwa i pozbawiona wielkich przeszkód, lecz jadący zatoczą wielkie półkole wspinając się przez lasy aż ku owej przełęczy. Droga, którą my obierzemy, bardziej trudzi jeźdźców i konie, gdyż wiedzie przez bezdroża, lecz jest niemal o połowę krótsza i wyprowadzi na ową przełęcz. Wszelako ludzie królewscy nie obraliby jej mając z sobą znamienitych gości, a nie wiem, by rzec prawdę, czy słyszeli o niej, gdyż, jak rzekłem, jest to bezdroże i dosiadając konia może je minąć jedynie ów, który zna tam każdy wąwóz i każde łożysko potoku.
- Nie pobłądzisz? - spytał jeszcze Terteus.
- Nie!. - Białowłosy potrząsnął głową. - Znam tę drogę. Ojciec wskazał mi ją, gdyż wiedzie przez gęsty bór, gdzie co prawda możesz napotkać niedźwiedzia, lecz nie napotkasz lwa, który upodobał sobie rozległe równiny i skraj lasów.
- Niechaj nie wiedzą, że jest nam spieszno... - rzekł Terteus pochylając się ku niemu nad głową konia. - Pognamy nasze zwierzęta wówczas, gdy nie będzie nas można dojrzeć z murów.
Chłopiec bez słowa skinął głową. Zbliżali się ku bramie miejskiej.
Konie szły tanecznym krokiem, podrywając głowy, jak gdyby przeczuwały wielką otwartą przestrzeń.
- Sądzisz, że przetniemy drogę księcia? Białowłosy spojrzał ku słońcu, które wspinało się powoli na wierzchołek niebios.