Później dwukrotnie jeszcze zeszli na krótko z koni w pobliżu źródeł, aby obmyć oblicza i dać zwierzętom napić się. Słońce pięło się coraz wyżej.
Wreszcie na jednym z łagodnych zakrętów drogi ujrzeli, ze drzewa, które zdawały się nieskończonymi szeregami rosnąć jedne ponad innymi, nagle zajaśniały prześwitami ukazującymi błękit nieba.
- Oto i przełęcz przed nami! - zawołał wesoło brat małżonki królewskiej. - Kres naszego wspinania się ku słońcu! Jest tam na zboczu szałas, gdzie w czasie swej wędrówki popasają ludzie strzegący stad. Jeśli zezwolisz, boski książę, rozniecimy tam ogień i spożyjemy posiłek, a niechaj i konie nasze najedzą się, gdyż trawa na przełęczy jest wysoka i piękna, a to dla dwu źródeł z obu zboczy, które ją otaczają. Oba przemieniają się w potoki. spadając ku równinie, i będą nam towarzyszyły, gdy poczniemy opuszczać się drogą ku dolinom.
Wkrótce znaleźli się na przełęczy. Widok stąd był zdumiewający, gdyż rozciągał się na dwie zupełnie różne od siebie krainy: przybrzeżną i drugą, leżącą po przeciwnej stronie rozległą dolinę pokrytą kępami gajów i szerokimi pastwiskami, które ciągnęły się daleko, aż ku następnemu pasmu gór, wyższych i groźniejszych niźli te, które właśnie przebyli.
Perilawos chciał zeskoczyć z konia, lecz brat małżonki królewskiej wskazał im niewyraźną ścieżkę, biegnącą wśród traw i znikającą pośród białych skał przełęczy.
- Zjedziemy z traktu w bok, bowiem tam, za drzewami, osłonięty kępą owych gęstych zarośli znajduje się duży szałas pasterski w miejscu dobrze chronionym od wiatru, gdzie rozpalimy ogień - rzekł wskazując wyciągniętym ramieniem. - Także i konie będą tam bezpieczniejsze, gdyż tu, jak widzisz, boski książę, rozciąga się strome urwisko i nawet spętany mógłby któryś z nich dojść do krańca polany i runąć w dół, co utrudniłoby nam dalszą podróż.
Ruszył przodem, obaj goście za nim, a trzej milczący dworzanie na końcu. Po kilku chwilach za załomem skalnym ujrzeli ów szałas ukryty na granicy lasu i wielkich białych głazów pokrywających grzbiet przełęczy.
Brat małżonki królewskiej zeskoczył z konia i trzymał uzdę wierzchowca Widwojosa, póki ów nie zsiadł.
Gdy znaleźli się wszyscy na ziemi, wojownicy spętali konie i jeden z nich zabrał się do rozniecania ogniska, nazbierawszy szybko gałęzi na skraju lasu.
Usiedli na kamieniach, czekając na ukazanie się ognia. Drugi z ludzi zdjął z konia oba skórzane worki i zbliżył się z nimi. Z jednego wyjął kubki i glinianą butlę dużych rozmiarów.
- Pójdę po wodę do źródła, panie? - rzekł zwracając się do brata małżonki królewskiej.
Perilawos nie znoszący bezczynności ruszył z wolna ku wejściu do szałasu, który był chatą zbitą z surowych bali drzewa, nie ociosanych nawet z kory, odpadającej długimi, wyschniętymi pasmami. Wewnątrz był półmrok, gdyż światło wpadało jedynie przez otwór wejściowy pozbawiony drzwi.
W rogu walała się kupa zeschłych liści i gałęzie, które ktoś przed niedawnym czasem przyciągnął tu zapewne, by uczynić z nich sobie posłanie, nieco miększe i wygodniejsze niźli naga ziemia stanowiąca podłogę.
Rozejrzał się i wyszedł na światło słoneczne, zaledwie jednak zrobił krok, pochwyciły go z dwu stron silne ramiona ludzkie, a ciężka dłoń spadająca na usta stłumiła okrzyk. Szarpnął się, lecz poczuł na gardle ostrze sztyletu.
- Jeśli poruszysz się, zginiesz! - rzekł uprzejmie brat małżonki królewskiej, głosem równie miłym jak w chwili, gdy upraszał ich, by zeszli z koni. -Zanieście go i połóżcie obok ojca jego, boskiego księcia.
Chłopiec poczuł, że silny sznur krępuje mu nogi. Porwano go w górę i jeden z wojowników trojańskich, człowiek najwyraźniej olbrzymiej siły, zarzucił go sobie jak piórko na ramię, przeszedł z nim kilkanaście kroków i rzucił go na ziemię obok ojca.
Bogom podobny Widwojos leżał na trawie spętany już, z rękami wykręconymi do tyłu i ściągniętymi mocno sznurem. Obok niego klęczał trzeci z wojowników trojańskich, a krótki, uniesiony w powietrzu miecz zawisł nad jego piersią.
Brat małżonki królewskiej pochylił się nad leżącym i uśmiechnął się niemal serdecznie.
- Zechcesz wybaczyć mi, książę, że miast wypoczynku, wody ze źródła i jadła ofiarować ci muszę najdłuższy z wypoczynków: śmierć. Nie żywię żadnej nienawiści ku tobie lub twemu synowi, lecz taka jest wola mego władcy. Musicie tu obaj zginąć.
- A czemuż miałby żywić nienawiść śmiertelną do mnie twój król? - spytał Widwojos unosząc nieco głowę i patrząc na niego wzrokiem, w którym mniej było przerażenia, a więcej rozpaczy, gdyż przepełniała go w owej chwili jedynie myśl o synu, którego ciężki oddech słyszał tuż obok siebie.
- On także nigdy by nie godził na twe życie i nie wydał nam owego straszliwego rozkazu, gdyby nie brat twój, władca Krety, Minos... - Brat małżonki królewskiej rozłożył bezradnie ręce. - Choć nikt ze śmiertelnych nie może poznać prawdy o tym, lecz ty i syn twój, skoro macie nigdy już nie opuścić tego miejsca żywi, winniście wiedzieć, kto jest waszym zabójcą, gdyż nie pragnę, aby dusze wasze mogły stawać na drodze życia mego lub tych ludzi, którzy także do was nie żywią nienawiści, a będą musieli wykonać ów czyn na rozkaz królewski. Brat twój, Minos, przysłał tu dostojnika kreteńskiego, który tak długo nalegał na mego króla kładąc na jedną szalę przyjaźń twego władcy, a nienawiść na drugą, jeśli Troja nie zgodzi się wysłuchać jego prośby, że król mój, mając na względzie dobro i bezpieczeństwo swego królestwa, zgodził się. Tak więc zginiecie obaj, a my powrócimy do Troi w żałobie, wioząc wasze ciała.
- Jak ukryjecie przed światem ową zbrodnię? Zamordujecie waszych bezbronnych gości, czego nie czynią nawet najnikczemniejsi barbarzyńcy?