- To prawda, lecz rzekniemy, iż nie zważając na nasze prośby ty i twój syn zapędziliście się w las, ścigając dzikiego zwierza, i tam rozszarpali was lew i lwica, polujący u stóp przełęczy...
- Czyżbyście chcieli rozszarpać nas? - Widwojos głęboko zaczerpnął powietrza. - Któż wam uwierzy?
- Przekonasz się, boski książę, że mamy ku temu skuteczne narzędzie, choć nie jesteśmy lwami. - Brat małżonki królewskiej uśmiechnął się lekko i spoważniał natychmiast, oblekając oblicze w smutek. - Rzekłem ci już wszystko, co winienem był rzec. Gdybyś był człowiekiem nikczemniejszego rodu, nie trudziłbym się, aby cię objaśnić, czemu stanie się tak, jak się stać musi. Lecz, jak rzekłem, lękam się, aby dusze was obu, którzy jesteście książętami i potomkami potężnych królów, nie szukały pomsty na mnie i na tych ludziach, gdy zabiją was za chwilę. A prócz tego, skoro jesteś wielkim księciem ludu władającego morzami, winienem ci uprzejmość nawet wówczas, gdy muszę śmierć ci zadać. Pamiętajcie obaj, gdy staniecie przed Tymi, Którzy Władają w Ciemności, że uczyniłem dla was wszystko, co mogłem uczynić, i nie popełniłem wobec was żadnego zbytecznego okrucieństwa, a także nie znieważyłem was niegodnym słowem. A teraz zechciej wybaczyć mi, książę, czas ucieka i słońce wkrótce pocznie zniżać się, gdyż dobiega południe.
- Jestem panem wielkich skarbów... - rzekł gwałtownie Widwojos. - Mogę cię uczynić człowiekiem
równie potężnym lub potężniejszym niźli twój król.
- A gdzież są owe skarby twoje? - Brat małżonki królewskiej wzruszył ramionami. - Na Krecie! Czy sądzisz, że brat twój, wszechpotężny Minos, zezwoliłby mi wziąć choćby odrobinę z nich, gdybym ci darował życie? On, który uknuł twą śmierć i ściga cię swoją nienawiścią, mimo że jedno zrodziło was łono? Zresztą niczym są dla mnie skarby świata całego, skoro król mój wydał mi rozkaz. Jeśli nie wykonam owego rozkazu, zginę, a na cóż mi wówczas skarby twoje lub jakiekolwiek inne? Bierzcie ich do wnętrza szałasu!
I pochylił się, by wraz z jednym z wojowników unieść za ręce i nogi Perilawosa, gdy dwaj pozostali uczynili to samo z bogom podobnym Widwojosem.
Wnieśli ich do szałasu i rzucili obok siebie na podściółkę z suchych liści.
- Tym lepiej... - rzekł rozglądając się po wnętrzu brat małżonki królewskiej. - Krew bluźnie na owe liście, które później spalimy, aby nie pozostało śladu po naszym uczynku, gdyż, jak wiecie, życiem odpowiadamy za to, by nikt nigdy nie dowiedział się, jak zginęli obaj...
Ludzie jego w milczeniu skinęli głowami.
- Sykosie, czas, byś uczynił to, co masz uczynić. Rosły wojownik, który wydawał się człowiekiem ogromnej siły, skinął głową i wyszedł z szałasu. Powrócił natychmiast, niosąc jeden z dwu worków, w których według słów brata małżonki królewskiej znajdować się miało jadło dla podróżnych.
Rozwiązał worek i przechylił go. Coś wyleciało ż cichym chrzęstem na podściółkę.
Leżący na ziemi spętani jeńcy w milczeniu wodzili za nim oczyma, starając się pojąć to, co miało stać się za chwilę. Gdy wojownik wyprostował się, z piersi Perilawosa wyrwał się okrzyk grozy.
Człowiek ów podniósł dłoń i poruszył nią, później wyciągnął ją ku stojącemu obok drugiemu Trojańczykowi.
- Zaciśnij mi rzemienie na przegubie, abym nie mógł z nich wyszarpnąć palców, gdy zagłębię je w ich ciałach - rzekł ze spokojem.
Palce jego wsunięte były w grube spiżowe pierścienie, zakończone ostrymi, zakrzywionymi szponami, lśniącymi lekko w półmroku. Widwojos pojął natychmiast, co miano z nimi uczynić.
- Zabijcie nas wprzódy. Gdyż nie pragniesz chyba, aby człowiek ów...
- Książę, muszę ci rzec ze smutkiem, że nie mogę tego uczynić. Rozmyślałem długo nad tym, jak można by was zabić nie zadając wam tak straszliwych cierpień, lecz nie znalazłem sposobu. Gdybym kazał was przebić mieczem lub oszczepem, a nawet udusić, aby później poorać ciała wasze pazurami, mógłby pozostać ślad. A prócz tego, inny, jak wiesz, jest człowiek żywy, a inny martwy. Załoga twego okrętu, która zapewne będzie chciała ujrzeć zwłoki wasze, gdy powrócimy z nimi do miasta, mogłaby nie uwierzyć, że zginęliście rozszarpani przez lwy, gdyby człowiek ów począł rwać pazurami wasze ciała już po zgonie. Być może krew nie rzuciłaby się z ran, a być może nie zdołałby zatrzeć śladu po ranach zadanych mieczem czy oszczepem. Władca nasz nie pragnie, aby choć cień podejrzenia mógł paść na niego czy innego Trojańczyka. Tak więc, skoro nie mogę temu zaradzić, będziecie żywcem rozszarpani, jak gdyby napotkał was lew... - I zwrócił się do rosłego wojownika: - Sykosie, uczyń to tak, aby obaj nie cierpieli zbytecznie.
- Tak uczynię, panie. Rzucę się im do gardła: najpierw owemu młodzieńcowi, a później ojcu jego. Inne rany zadam im, gdy będą już konali. Wówczas nie odczują bólu straszliwszego jak w pierwszej chwili. Tę jedynie łaskę możesz im okazać, jeśli zechcesz.
Widwojos przełknął głośno ślinę i przymknął oczy. Otworzył je szybko.
- Jeśli możecie wyświadczyć mi większą łaskę, czcigodny Trojańczyku, każ słudze twemu, aby zabił mnie pierwszego, gdyż... byłoby to... nędznym okrucieństwem, abym musiał patrzeć na śmierć jego i słyszeć, jak umiera...
- Ojcze! - krzyknął Perilawos. - Więc nie ma dla nas ratunku?
- Czyżbyś zapomniał, że jesteś potomkiem królów? - rzekł jego ojciec z nagłym straszliwym spokojem. - Oto mamy umrzeć przed obliczem barbarzyńców.
- Tak, ojcze... - rzekł cicho Perilawos i zamilkł przymknąwszy oczy, gdyż ujrzał, że rosły wojownik postąpił krok ku przodowi i uniósł nad leżącym dłoń uzbrojoną w straszliwe, zakrzywione pazury.
- Żegnaj, książę... - rzekł brat małżonki królewskiej - i pamiętaj, abyś dał świadectwo prawdzie, gdy ujrzysz bogów podziemi: nie miałem ku tobie nienawiści i uczyniłem jedynie to, 'co mi nakazał król, którego muszę słuchać.