Widwojos przymknął oczy.
- Czyń, co ci nakazałem! - zawołał ostro brat małżonki królewskiej.
Książę zagryzł wargi do krwi. Czekał, czując już niemal na szyi straszliwy chwyt pazurów. Wstrzymał oddech.
Usłyszał cichy, stłumiony okrzyk i drugi krzyk, głośniejszy, jak gdyby mordowanego człowieka, wydobywający się z przebitego gardła, okropny i chrapliwy.
- Perilawosie! - zawołał i otworzył oczy, szarpiąc z rozpaczą więzy.
W tejże chwili ciężkie ciało zwaliło się nań i krew zalała mu oblicze. Lecz nie była to jego krew. Nie czuł żadnego bólu. Tuż obok swej twarzy dostrzegł dłoń uzbrojoną w owe przerażające pazury.
Lecz nie godziła ona w jego szyję. Leżała bezwładnie, otworzyła się z wolna i zamknęła. Znieruchomiała.
Usłyszał jeszcze jeden okrzyk i nagle zapadła cisza.
- Ojcze! - krzyknął Perilawos. - Czy żyjesz?
- Żyje twój boski ojciec! - odparł młody, jasny głos i w tej chwili ktoś uniósł ciało leżące na ciele Widwojosa i odrzucił je na bok.
- Książę! –rzekł Terteus oddychając ciężko. -Błagam cię w imię przysięgi, którą złożyłem mówiąc, że nie opuszczę w potrzebie ciebie i syna twego, abyś nie oddalał się już tak nierozważnie od załogi twego okrętu!
Widwojos pragnął odpowiedzieć, lecz słowa nie chciały mu przejść przez gardło. Przymknął oczy i uśmiechnął się słabo. Na czoło wystąpiły mu wielkie krople potu.
- Perilawosie... - szepnął cicho. - Perilawosie, synu mój.
Gdy dotarli do przełęczy i ujrzeli ślady zwierząt skręcające za załom skalny, a później dostrzegli spętane konie, Białowłosy pragnął wyjść na polanę przed szałasem, lecz Terteus powstrzymał go. Przywiązali konie do drzew i zbliżyli się ku siedzącym, nie dostrzeżeni w gęstym poszyciu. Stało się to w tej chwili, gdy wojownicy brata małżonki królewskiej rzucili się na boskiego Widwojosa.
Terteus uniósł łuk, lecz byli zbyt daleko. Lękał się, że strzała mogłaby trafić księcia. Widząc, że Trojanie wiążą jeńców, a później unoszą do szałasu, rzucili się zaroślami za nimi i przyczajeni za ścianą słuchali.
- Gdy ów Trojanin będzie mówił... - szepnął bezgłośnie Terteus - podskoczymy do drzwi... Dwóch musimy przebić strzałami, a dwu następnych nadziejemy na włócznie... Nie spodziewają się natarcia, więc... - Urwał i przesunął się do otworu wejściowego.
Chciał wstrzymać się jeszcze chwilę, by usłyszeć więcej, lecz dostrzegł wysokiego Trojanina, który pochylił się nad jednym z leżących i uniósł dłoń. Ujrzał błysk.
Wówczas Terteus zwolnił napiętą cięciwę i słysząc świst strzały Białowłosego, porwał za ciężki oszczep.
Wpadli obaj do wnętrza szałasu. Obie strzały wysłane z tak bliska nie chybiły. Dwaj pozostali ludzie nie pojęli jeszcze zapewne, skąd nadbiegła śmierć, gdyż żaden z nich nie sięgnął nawet do krótkich mieczy, które zwisały im u pasów. Widząc przed sobą dostojnie odzianego Trojańczyka Białowłosy pchnął mieczem i uczuwszy, że zagłębił się on w miękkie ciało, wyrwał go, by uderzyć ponownie. Lecz człowiek osunął się, nie wydawszy głosu, do jego nóg. Kątem oka dostrzegł, że Terteus trzyma oburącz swą włócznię, którą przebił czwartego człowieka tak straszliwym uderzeniem, że grot jej wbił się w drewnianą ścianę szałasu za jego plecami.
Człowiek uniósł dłonie ku piersi, pochwycił drzewce rzężąc... ręce jego opadły i osunął się w dół. Drzewce pękło z głośnym trzaskiem. Człowiek padł na ziemię, bluzgając jasnym strumieniem krwi z otwartych ust.
Białowłosy, stojąc z uniesionym mieczem, rzucał szybkie spojrzenia naokół, przesuwając oczyma po ciałach powalonych wrogów. Lecz żaden z Trojan nie poruszał się już.
Terteus dysząc ciężko odstąpił, odrzucił ułamane drzewce włóczni i zepchnął z ciała leżącego Widwojosa zwłoki człowieka, który nadal miał nałożone na rozwartą dłoń owe straszliwe, lśniące pazury.
I wówczas Perilawos zawołał:
- Ojcze!
A Terteus odparł:
- Żyje twój boski ojciec!
I pochyliwszy się, odepchnął ramię umarłego, który wciąż jeszcze obejmował nim księcia, a później wyrzekł owe słowa o przysiędze.
Szybko rozcięli więzy leżących, którzy powstali z ziemi, na pół jeszcze oszołomieni owym wydarzeniem, które omal nie zakończyło się tak straszliwie.
Widwojos tarł ręce, do których z wolna powracała krew, gdyż słudzy brata małżonki królewskiej spętali je mocno. Zrobił krok ku przodowi i zatrzymał się nad martwym już bratem małżonki króla Troi.
Pokiwał głową w milczeniu, wspominając jego słowa o Bogach Ciemności, przed którymi zapewne oto stanął, jeśli za mroczną granicą śmierci było miejsce, gdzie przebywali. Oni lub ktokolwiek inny?...
Przeszedł go dreszcz i szybko zwrócił spojrzenie ku Terteusowi i Białowłosemu, ocierającemu w kraj szaty jednego z leżących swój pokrwawiony miecz.
- Ponownie uratowaliście życie syna mego i moje... a ja... ja co dnia mniej mam możności, aby okazać wam wdzięczność moją... gdyż, jak rzekł mi ów umarły człowiek sądząc, że za chwilę zginę, brat mój wymógł na królu trojańskim, aby zamordował nas... Owe pazury miały służyć po to, abyście wy i cała załoga sądzili, iż rozerwał nas lew w górach. Zapewne zabiliby podobnie i nasze konie... A później opłakiwaliby nas zdradzieckimi łzami... Choć jestem księciem i bratem króla, Terteusie, i choć wielu uczyłem się spraw i sądziłem, że udało mi się zasiać w sercu mym ziarno mądrości, okazało się, że jestem jedynie zwykłym głupcem, który rzucił los swój i syna swego na łaskę najemnych morderców, choć tylekroć ostrzegałeś mnie rozumnie, abym nikomu nie dowierzał w tej podróży. Wybacz mi!