- Powiadają, że zgubiony jest ów, który wszedł pomiędzy powaśnionych książąt - podjął Terteus. - Lecz i mnie, i wam życie nasze młode miłe jest, podobnie jak i królom, i bronić go będziemy nie gorzej niż oni. A skoro na całym wielkim morzu, które przemierzyliśmy, nie ma już grodu ani przystani, gdzie moglibyśmy bezpiecznie zawinąć, a straszliwe ramię Minosa ścigać nas będzie za dnia i w nocy, nie dając odetchnąć piersi, a oczom zaznać snu, musimy uczynić to, co postanowiliśmy uczynić, odbijając od przystani w Amnizos: płynąć dalej ku owej krainie bursztynu! Gdyż niczym są niebezpieczeństwa owej nieznanej krainy, które mogą być mniejsze, niż chce tego wieść podawana sobie przez tych, którzy nigdy tam nie byli, w porównaniu z niebezpieczeństwami, które nas tu otaczają. A jeśli uda nam się zdobyć ów bursztyn, wówczas być może założymy nowe królestwo lub dokonamy innego wielkiego czynu, albo też powrócicie do krainy swojej na wieść o śmierci Minosa. Lecz nie o tym wam chciałem rzec, gdyż nie wiem tego, co postanowią z nami bogowie. Wiem jedynie o tym, o czym wątpić nie możemy wcale: że pozostając tu, jesteśmy zgubieni.
- Jeśli król Troi pragnął zabić boskiego Widwojosa, czemuż miałby zezwolić nam na przepłynięcie owej cieśniny, której strzegą jego okręty? - zapytał głuchym głosem stojący przed nim barczysty, ciemnowłosy żeglarz.
- Nie wie on jeszcze, że pragniemy dziś odpłynąć. Nie wie także, że na pokładzie znajdować się będzie boski Widwojos, gdyż sądzi, iż jego ludzie zamordowali księcia i doniosą mu o tym rankiem, aby mógł udać przed nami i przed swym ludem, że cierpi i boleje nad śmiercią gości. Później zapewne wyprawiłby wspaniały pogrzeb księciu i młodemu Perilawosowi, a po zakończeniu obrzędów odprawiłby nas na Kretę. Po uroczystym pożegnaniu liczne okręty króla Tenedos opadłyby nas jak sfora psów i zatopiły na pełnym morzu z dala od Troi i oczu ludzkich. Zginęlibyśmy, gdyż najwaleczniejsi nawet muszą ustąpić przed liczbą. A gdyby tak się stało, któż kiedykolwiek w odległej ojczyźnie waszej dowiedziałby się prawdy o losach tej wyprawy? Na morzu tyle czyha niebezpieczeństw i przeciwności, że zaginięcie okrętu nie jest niczym nadzwyczajnym. Matki wasze opłakałyby was i z wolna czas przysypałby wasze imiona w pamięci ludzi. I tak oto jedna tylko pozostała nam droga ocalenia. Gdy weźmiemy nocą na pokład księcia i jego syna, skierujemy dziób ku północy i wpłyniemy pod osłoną ciemności w ów przesmyk, który jest, jak powiadają, tak długi i trudny do przebycia, że być może mieczem będziemy tam torować sobie drogę. A jeśli przedrzemy się, wówczas na owym morzu północnym stawimy czoła losowi, jaki nam przeznaczono, jak gdyby nic się nie wydarzyło, gdyż wszyscy byliśmy na to gotowi wypływając z Krety... - I dodał szybko: - A jeśli wyprawa nasza powiedzie się i będziecie służyli wiernie boskiemu Widwojosowi i synowi jego, wówczas któż może rzec, jakimi zaszczytami władca obdarzy swych tak wypróbowanych towarzyszy, gdy obejmie tron z woli bogów. On i syn jego są przecież jedynymi dziedzicami tronu Minosa! Bądźmy więc dobrej myśli, ufając wysokim bogom i sile naszych ramion, choć czeka nas długa i trudna droga!
Przez chwilę stali nieruchomo, jak gdyby oczekując dalszych jego słów. Nagle jak jeden unieśli miecze i wydali pradawny okrzyk, którym na polu walki lud ich obwieszczał swe zwycięstwo. Później poczęli cisnąć się ku Terteusowi i Białowłosemu wypytując o przebieg wydarzeń na górskiej przełęczy.
Niespodzianie na tyle Angelosa zabrzmiał okrzyk Eriklewesa.
- Okręty za nami! Zamilkli wszyscy.
- Do wioseł! - zawołał Terteus. - Niechaj każdy ma miecz i włócznię przy sobie, a łucznicy swe łuki i kołczany pełne strzał w miejscu łatwym do uchwycenia!
Rozproszyli się w mgnieniu oka. Rzędy wioseł wysunęły się i opadły na wodę.
Terteus przeszedł na tył okrętu. Dostrzegł za sobą sześć białych żagli, zaczerwienionych zachodzącym słońcem. Płynęły one od strony Troi i przesmyku, zmierzając ku Tenedos i dzioby ich zwrócone były ku wyspie.
- Nie ścigają nas... - rzekł Eriklewes. Czekali wpatrzeni w białe żagle, lecz malały one z wolna i wreszcie zniknęły za wyspą.
- Płyną one zapewne za swoimi sprawami... - rzekł Terteus. - Nikt nas jeszcze nie pragnie zatopić, gdyż król Troi sądzi, że po przywiezieniu zwłok Widwojosa i jego syna do miasta winniśmy wziąć udział w uroczystościach i igrzyskach pogrzebowych, a później rozstać się z nim w wielkiej zgodzie, tak aby całe miasto i wszyscy żeglarze z obcych krain, którzy zawinęli do przystani, mogli ujrzeć, że odpływamy w pokoju. Uderzyłby na nas później...
- Lecz mimo to miejmy się na baczności, gdyż nikt nie wie, co spoczywa na dnie serc królewskich-dopowiedział sternik powtarzając stare, krążące po wszystkich krainach słowa.
- Lecz mimo to będziemy się mieli na baczności... - powtórzył jak echo Terteus.
Zapadał zmrok, a wraz z nim ukazały się nad górami pierwsze chmury.
- Jeśli widzą nas jeszcze z wyspy - rzekł Terteus do Eriklewesa - winniśmy płynąć tak, jak gdyby była to przejażdżka po morzu, a nie ucieczka. Zawróćmy więc, lecz nie zbliżajmy się do brzegu, gdyż podpłyniemy tam dopiero wówczas, gdy zapadną zupełne ciemności.
Angelos zatoczył szeroki łuk i płynąc pod lekki wiatr, opuściwszy żagiel, począł posuwać się w kierunku Troi, trzymając się nadal z dala od niknących już w mroku brzegów. Dostrzegli jeszcze okręt nadpływający z południa i zatoczywszy łuk na morzu, wyminęli go w tak wielkiej odległości, że w zapadającym zmroku nie umieli nawet rzec, czy był to ciężki handlowy statek, czy też śmigły czterdziestowiosłowiec strażniczy. On także wyminął Tenedos, pragnąc najwyraźniej zdążyć do trojańskiej przystani przed zapadnięciem nocy.
Siedząc przy wiośle Białowłosy obrzucił przepływający okręt ciekawym spojrzeniem. Lecz zapomniał o nim po chwili, gdyż myśl jego powracała nieustannie do walki w szałasie.