Nie wiedział, że na pokładzie owego okrętu, który zniknął w nadchodzącym mroku, stał, patrząc na przesuwające się brzegi Troady, wysoki, lekko zgarbiony człowiek, ubrany w białą szatę i złociste sandały. Na palcu dłoni obejmującej drewnianą krawędź burty, oddzielającą wąski pokład od głębiny, lśnił złoty pierścień przedziwnej roboty: dwa węże oplatały na nim grzbiet wielkiego żuka, na którym wypisane były tajemniczymi znakami imiona panującego władcy Egiptu.
Het-Ka-Sebek także dostrzegł daleki okręt na powierzchni usypiającego morza, lecz i on nie zwrócił nań większej uwagi. Rozmyślał z niepokojem nad tym, czy cel jego wędrówki przez obce i wstrętne mu barbarzyńskie krainy jest blisko.
Okręty oddaliły się od siebie i gęstniejąca ciemność zatarła ich smukłe kształty. Słońce zaszło już.
Gdy nastała ciemność, Angelos począł zmierzać ku miejscu umówionego spotkania. Stojąc u ramienia Eriklewesa Białowłosy naprowadzał okręt ku skałom, których nie dostrzegał niemal, lecz znając je od dnia swych narodzin przeczuwał, gdzie mogą znajdować się w mroku.
Wreszcie wiosła uniosły się i okręt zatoczywszy mały łuk zatrzymał się w pobliżu ukrytego w ciemnościach wybrzeża.
Od strony gór począł dąć zimny wiatr, morze ożyło i Angelos począł tańczyć na krótkich falach z trudem utrzymując się w miejscu. Terteus dzięki składał w duchu bogom za to, że nadciągające chmury przesłoniły księżyc czyniąc noc nieprzeniknioną. Mimo to dostrzec można było nikły zarys wzgórz wyrastających w głębi za linią brzegu.
Białowłosy uniósł latarnię i opuścił. Później uniósł ją ponownie. Lecz nie odpowiedziało mu światło z brzegu. Czekał nadal. Powtórzył sygnał. Znowu nic.
- Cóż byś rzekł na to, gdybym zwlókł szaty i popłynął tam? - zapytał. - Być może nie widzą nas?
- Wstrzymaj się jeszcze... - Terteus położył mu dłoń na ramieniu. Cała załoga z orężem w dłoni czekała skulona u burt. Milczeli wszyscy, gdyż taki był rozkaz. Podpłynęli do brzegu tak blisko, że choć dmący od lądu wiatr głuszyłby zapewne słowa, lecz ktoś mógł ich usłyszeć, a Terteus pamiętał wciąż o tym, że okręty króla
Tenedos przepływały czasem nocą wzdłuż brzegów. Począł też myśleć z pewnym niepokojem o tym, co dzieje się na przystani trojańskiej. Być może jeszcze w tej chwili nieobecność ich nie wzbudziła wielkiego zaniepokojenia, gdyż mogli odpłynąć zbyt daleko i powracali na wiosłach pod wiatr, który wzmagał się. Wkrótce jednak zaczną tam zastanawiać się, czemu okręt księcia nie powrócił z wieczornej przejażdżki? Wierzył w to, że droga z przystani jest daleka i zanim dowódca straży nadbrzeżnej postanowi zawiadomić króla, minie jeszcze wiele czasu. A zanim ów powiadomiłby swego brata władającego okrętami na Tenedos, czasu owego musiałoby minąć jeszcze więcej. Zapewne przed rankiem nic im nie groziło. Lecz pragnął dopłynąć do ujścia cieśniny nocą i posunąć się nią w ciemności jak najdalej po tych nieznanych, najeżonych skałami wodach, po których nie można było płynąć szybko, nawet gdyby pragnął tego. Jakkolwiek się stanie, świt nie mógł go zastać na morzu nie opodal Troi.
Białowłosy ponownie uniósł osłoniętą lampę. Opuścił ją. Wpatrywali się wszyscy w ciemności.
Nagle dobiegł ich przytłumiony głos z niewielkiej odległości:
- Synu mój! Nadpływamy...
Dopiero po chwili dostrzegli małą łódź, a w niej trzy postaci. Z pokładu Angelosa wyciągnęły się liczne ręce i po chwili boski Widwojos i syn jego znaleźli się na okręcie.
- . Ojcze! - zawołał cicho Białowłosy. - Odpływam!
- Wiem! Niechaj bogowie prowadzą cię bezpiecznie, a z tobą owych dumnych książąt i dzielną załogę okrętu! Matka rzekła, abyś...
Powiał wiatr i Białowłosy nie usłyszał ostatnich stów.
ROZDZIAŁ CZWARTY
Pragnąłbym, aby dzień ów był mroczny
Trwał wychylony ponad krawędzią burty nadsłuchując. Zawołał raz jeszcze cicho. Lecz Terteus łagodnie położył mu dłoń na ustach.
Okręt drgnął i wiosła zanurzyły się. Odpływali. Białowłosy stał wpatrzony w ciemność, lecz nie mógł nawet dostrzec miejsca, gdzie ukryty wśród skał stał dom. Matka zapewne czekała na brzegu. Łódź przybije do brzegu, ojciec wciągnie ją w ciemności. Matka będzie szła obok niego, wspomagając go ramieniem, gdyż była silna, choć niewysoka. Później wejdą kamienną ścieżką do domu i zapalą kaganek. Spojrzą na siebie i nie rzekną słowa, aby nie usłyszeli Ci, Którzy Zawiązują Drogi Powrotu. Był ich jedynym synem.
Wyprostował się i uśmiechnął w mroku, choć w piersi czuł ciężar, jak gdyby niewidzialna dłoń złożyła mu na grzbiecie wielkie brzemię. Jakże musieli być dumni z niego! Jakże niepojętym wydawać się im musiał świat, z którego nadpłynął ku nim, by zniknąć ponownie! A brat króla Krety, największego z mocarzy świata, wszedł pod dach ich nędznego domostwa i spożywał jadło, które mu podali! Ukryte głęboko leżały gdzieś zapewne naszyjniki, które przywiózł, i piękna sieć. Ojciec będzie lękał się wypłynąć z nią, aby inni nie ujrzeli go i nie zapałali nienawiścią. Do tej pory nigdy złodziej nie zawitał do ich domu. Cóż by miał ukraść?
Drgnął, poczuwszy na ramieniu dłoń.
- Czy wiesz, o czym rozmyślałem teraz? - zapytał go cicho Terteus.
- O czym?
- Także i ja mam mój brzeg rodzinny, gdzie oczekują mnie. A choć wiedzą już od stryja mego, że nie zmarłem i jak ojciec twój i matka twoja uradowali się zapewne wieścią, że morze, które pochłonęło mnie, oddało mnie żywym na powrót, wszelako obaj ważymy dziś w myślach jedno: czy ujrzymy jeszcze brzegi rodzinne?