Выбрать главу

    - Będzie, jak zechcą bogowie... - rzekł cicho Białowłosy nie pamiętając, że powtarza ulubione słowa przyjaciela. Westchnął i odwrócił się.

    Z wolna podszedł do swej ławy, wsunął wiosło i odczekawszy, póki nie powróciły wiosła towarzyszy, opuścił je do wody.

    Okręt płynął nieco nierówno, gdyż fala rosła, a Terteus nie zezwolił, aby głosem podawano czas uderzeń. Każdy więc wyczuwał jedynie ruch innych, wpatrzony w pochylające się plecy tego, który siedział przed nim.

    O północy oddalili się już znacznie od brzegów i płynąc pełnym morzem zbliżyli się z wolna do ujścia cieśniny od północy, aby wyminąć w największej odległości przystań trojańską, której daleki płomień dostrzegli po minięciu północnego przylądka.

    Terteus rozkazał położyć maszt, aby okręt był najmniej widoczny na tle ciemnego nieba, gdyby nagle chmury rozstąpiły się i rozbłysnął księżyc.

    Cieśnina, której ujście Terteus badał oczyma wielokrotnie w dniach poprzedzających, stojąc na przystani trojańskiej, była nadal jeszcze szeroka, lecz jeśli go pamięć nie zawodziła, zdawała się zwężać coraz bardziej w miarę oddalania się ku północy. Okalały ją wzgórza, gdzieniegdzie opadające łagodnie, w innych miejscach zdające się schodzić ku wodzie ostrymi urwiskami. Tyle dostrzegł za dnia. Okręt płynął cicho, wiosła zagłębiały się  płytko i sunęły po powierzchni, aby czynić jak najmniej plusku.

    Tuż po minięciu północnego krańca cieśniny uczuli prąd i okręt niemal stanął. Musieli mocniej nacisnąć na wiosła, gdyż wiatr nadal był przeciwny.

    Stojąc na dziobie Terteus rozpaczliwie wytężał wzrok, starając się dostrzec niespodzianą skałę lub gorszy jeszcze być może niźli ona kształt trojańskiego okrętu.

    Lecz nie przypuszczał, aby krążyły tu one nocą. Nikt, kto nie był szaleńcem, nie wypłynąłby na te wody w ciemności. Szaleńcem lub człowiekiem w rozpaczy.

    Obejrzał się. Płomień nad przystanią trojańską migotał maleńki i daleki za nimi po prawej stronie okrętu. Musieli być już w głębi cieśniny.

    Ktoś stanął obok niego. Terteus obrócił głowę.

    - Nie usnąłeś, boski książę? Wierzyłem, że po tak straszliwym i pełnym niewygód dniu sen cię ogarnie.

    - Jakże bym mógł usnąć? - Widwojos uśmiechnął się w mroku. - Cokolwiek mogło dziś nastąpić, wyprawa, na którą wyruszyliśmy, rozpoczyna się, choć król Troi nie wyszedł na przystań, aby nas godnie pożegnać. Nie wiem, czy lepiej byłoby nam żeglować przy księżycu, czy też w takiej ciemności jak ta, która się wokół rozpościera? Jedno i drugie zdaje się nieść równe niebezpieczeństwa. Czy lękasz się zasadzki?

    - Skoro minęliśmy Troję, nie lękam się jej aż do wschodu słońca. Lecz trapi mnie co innego. Jakże będzie Eriklewes sterował okrętem, gdy zbliżymy się do miejsca, gdzie cieśnina się zwęzi? Nikt z nas nie zna tych wód.

    - Cóż, skoro nie możemy płynąć nimi za dnia, niechaj bogowie obmyślą nam bezpieczną drogę. By rzec prawdę, bardziej nam dotąd sprzyjają niźli napotkani śmiertelni.

    Terteus zdziwił się słysząc w głosie księcia wesołą niemal nutę. Cóż odmieniło duszę tego pochmurnego, smutnego człowieka?

    I niemal w tej samej chwili otrzymał odpowiedź.

    - Cokolwiek nastąpi - rzekł Widwojos - lepsze będzie niźli owe straszliwe pazury. Czy przyjrzałeś im się wówczas?

    - Nie gniewaj się, boski książę, lecz wziąłem je z sobą. Gdyż pomyślałem, że zarówno ty, jak i twój syn być może zechcecie kiedyś wejrzeć na nie i wspominać ową chwilę.

    Zamilkł czekając na odpowiedź księcia. Lecz bogom podobny Widwojos milczał. Dopiero po chwili rzekł:

    - Zapewne uczyniłeś słusznie, lecz nie pragnąłbym ich już widzieć.

    - A więc nie ujrzysz ich, panie.

    Terteus w ciemności skinął głową i pochylił się ku przodowi, próbując przebić wzrokiem gęstniejącą ciemność. W tej samej chwili uczuł na licu i obnażonych ramionach chłodne, lekkie uderzenie jedno... drugie... trzecie... Pierwsze krople deszczu spadły na okręt. Mrok stał się nieprzenikniony, wiatr jak gdyby zmalał i przycichł.

    - Cóż czynić teraz? - rzekł Terteus pochylając się w ciemności ku księciu. - Nie możemy płynąć dalej ani też przybić do brzegu, gdyż nie wiemy nawet, czy nie uderzymy w ostre skały, które roztrzaskają nam okręt. A prąd spycha nas na powrót ku Troi... Dobre w tym jest tylko jedno: żaden pościg nie może nas wypatrzyć i póki dzień nie nastanie, bezpieczni jesteśmy od naszych nieprzyjaciół.

    Mimo tych słów nie uczynił nic i okręt nadal posuwał się wolno, walcząc z prądem i wiatrem, który raz wzmagał się, raz opadał, tak że czyniło się zupełnie cicho.

    Po chwili deszcz przestał padać.

    - Wiele bym dał, aby wiedzieć, ile nam pozostało do świtu... - mruknął Terteus. - Nie pragnąłbym, aby dzień napotkał nas pośrodku cieśniny, na oczach straży spoglądającej z gór lub z okrętów ukrytych w zatokach skalistych... Mniemam, że nie upłynęliśmy zbyt daleko, a jeśli pamięć mnie nie zawodzi, cieśnina ta zwęża się dopiero tam, gdzie wzrok z przystani trojańskiej zaledwie sięga...

    Obejrzał się. Nikły płomyczek przystani nadal płonął w oddaleniu, lecz był o wiele słabszy niż wprzódy. Posuwali się więc mimo niesprzyjającego prądu.

    Nagle deszcz, który ponownie zaczął padać, ustał zupełnie. Zadarli głowy. Ponad nimi biegły nisko postrzępione obłoki, lecz stojący nad ziemią księżyc począł prześwitywać przez nie i niespodzianie ukazały im się czarne kształty gór po obu stronach szerokiego pasma wody, którego środkiem posuwali się z wolna.

    - Bogom niechaj będzie chwała! Nie zboczyliśmy... Jeśli owe chmury nie zejdą z niebios i woda nie pocznie odbijać księżycowego blasku, trudno nas będzie wypatrzyć. Bogom dzięki i za to, iż nie jest to pełne oblicze księżyca.