Выбрать главу

    - Jak długo ludzie wytrzymają przy wiosłach nie zaznawszy chwili wypoczynku? - spytał cicho Widwojos.

    - Jeśli wiedzą, że żywot ich zależy od tego, wytrzymają długo. Lecz nie dłużej niż siły im na to zezwolą, gdyż nadchodzi czas, gdy człowiek nie dba o śmierć swoją, a pragnie jedynie paść i usnąć bez pamięci. Dopływamy do miejsca, gdzie brzegi zbliżają się ku sobie. Cóż jest za owym miejscem? Jak mniemasz, boski książę, czy dobrze uczynilibyśmy zbliżywszy się nieco ku brzegowi, by dać odpocząć załodze?

    - I tu zastanie nas dzień?

    - Myślę tak oto: jeśli przybijemy teraz do brzegu i damy ludziom nieco wytchnienia, świt zastanie nas już z dala od Troi, gdyż blask ich płomienia przestał niemal do nas dobiegać, a był on widoczny na morzu z wielkiej odległości. Nie wiedzą oni przecież, że wpłynęliśmy na te wody, a sądzą raczej, że przeciwny wiatr i wysoka fala spotkały nas, gdy zapędziliśmy się zbyt daleko w przeciwnym kierunku, lub że pobłądziliśmy na morzu nie widząc gwiazd. Nie należy tedy przypuszczać, aby o wschodzie wyruszyli oni w pościg za nami. Zresztą to nie okręty trojańskie, lecz flota króla Tenedos strzeże tych wód, a nie pojmuję zgoła, jak mógłby on dowiedzieć się o naszej ucieczce i wysłać pościg z wyspy, który dopadłby tu nas tak wcześnie? Mamy nad nimi niemal pół dnia przewagi, choć do świtu upłynie nieco czasu. Tak więc przybijmy do brzegu i dajmy ludziom posilić się i usnąć na czas krótki, a gdy noc pocznie rzednąć, ruszymy dalej. Pragnąłbym, aby dzień ów był mroczny i deszczowy, gdyż widzielibyśmy, co się znajduje blisko przed nami, a ci, którzy pragnęliby ujrzeć nas z oddalenia, mieliby wielką trudność w uczynieniu tego. Tak więc mniemam, boski książę, że winniśmy przybić do brzegu i wypocząć. Jeśli nie uczynimy tego, możemy napotkać nieprzyjaciela nie mając sił ni by uciec, wykorzystując wielką ilość naszych wioseł, ni by mu stawić czoła w boju. A jak rzekłem, nie wierzę, aby mógł nas kto dopaść, jeśli będziemy płynęli popasając jedynie krótko dla nabrania sił. Trojanie są także jedynie ludźmi, choć lepiej znajdą owe wody. Oni także muszą płynąć walcząc z przeciwnym prądem i wiatrem, choć być może umieją odnajdywać miejsca, gdzie prąd ów jest słabszy.

    - Uczyńmy więc tak, jak tego pragniesz, Terteusie. - Widwojos łagodnie dotknął jego ramienia. - Oceniam twą uprzejmość, gdy pragniesz mi rzec, że jestem wodzem tej wyprawy, lecz że nikt nas tu nie słyszy, zapamiętaj jedno: ty nim jesteś, gdy znajdujemy się na morzu, jeśli chcesz znać prawdę, gdyż rządzić ma ów, który wie, jak z największą korzyścią sprawować władzę. A jeśli nie sprzeciwiam się, aby ludzie mniemali, że jest inaczej, czynię tak dlatego, iż wielka jest moc posłuszeństwa, którą mają dla władców. Nie pragną też, aby równi im rozkazywali.

    - Panie, uczynię, co w mej mocy, aby pod twym boskim przewodnictwem poprowadzić tę wyprawę tak, abyśmy ocalili życie nasze... - rzekł Terteus skromnie, . lecz w sercu swym ucieszył się bardzo pojmując, że książę kreteński jest człowiekiem rozumnym i pozbawionym pychy tak bliskiej ludziom stojącym niżej niźli on. Skłonił głowę i rzekł: - Zezwól więc, że wydam rozkaz, aby okręt przybliżył się do brzegu.

    Zniknął i Widwojos usłyszał, że idąc pochyla się i rozmawia cicho z wioślarzami.

    Książę pozostał na dziobie. W pewnej chwili okręt drgnął i dziób jego zwrócił się nieco w lewo, gdzie brzeg wydawał się niższy. Był to zresztą ląd leżący po przeciwnej stronie wód niż Troja.

    Widwojos obejrzał się. Na jednej z pogrążonych w mroku ław siedział jego syn pochylony nad wiosłem. Czy jeszcze przed rokiem uwierzyłby w to?

    Uśmiechnął się ponownie. Żyli obaj. Żyli i jeśli zdobędą się na to, aby stawić czoła temu, co czas miał przynieść, będą żyli nadal.

    Ciemny ląd zbliżał się. I zamyślony książę drgnął nagle. Nisko, tuż nad wodą, dostrzegł nieco na prawo od miejsca, ku któremu dążył Angelos, maleńki ogienek, nie większy z tej odległości niż świetlisty robaczek.

    Mrużąc oczy wpatrywał się przez chwilę w tę iskierkę blasku lśniącą wśród mroku. Potrząsnął głową. Lecz nie było to przywidzenie. Zawrócił więc szybko i ruszył ku tyłowi okrętu, gdzie Terteus półgłosem rozmawiał ze sternikiem.

    - Czy widzicie? - zapytał książę zniżając mimo woli głos i wskazując dłonią.

    Zwrócili głowy w owym kierunku.

    - Ognisko - rzekł Eriklewes cicho. - Czyżbyśmy płynęli wprost ku okrętom króla Tenedos, które przybiły tam, by przepędzić noc?

    - Zbliżmy się do lądu i wysadźmy dwóch ludzi, aby podążyli brzegiem, jeśli można nim iść, i przekonali się, kto pali ów ogień. Jeśli to okręty strażnicze, wyminiemy je i przybijemy dalej, wiedząc, że pozostawiliśmy je za sobą. Jeśli... - Wzruszył ramionami. Ruszył ku ławom. - Czy widzicie ów ogień? - zapytał szeptem. - Dwaj z was muszą zejść na ląd i upewnić się, kto go rozniecił? Okręt zatrzyma się u brzegu i będzie czekał na was. Któż chce pójść? Musi to być dobry pływak, aby mógł umknąć wodą, jeśli zostanie osaczony. A prąd tu jest silny.

    W ciszy dwaj ludzie unieśli się i zdjęli opaski z bioder, przepasując nagie ciała mieczami. Bezgłośnie okręt zbliżył się ku ciemnemu brzegowi, na którym nadal migotał maleńki ogienek.

    Byli coraz bliżej.

    - Spuścimy was trzymając za ramiona, abyście nie uczynili plusku wskakując do wody - szepnął Terteus.

    Okręt zbliżył się do brzegu, tak że dostrzegli jasną smugę piasku. A więc nie były to skały.

    Wolno, lękając się uderzyć o ostry, zanurzony pod powierzchnią głaz, który mógłby przebić dno, zbliżyli się jeszcze bardziej, wiosła zanurzały się miękko w wodzie, jak gdyby ludzie obawiali się uderzyć nimi w oblicze któregoś z licznych pomniejszych bogów tego żywiołu, zamieszkujących każdy skrawek jezior, rzek i zatok. Prąd był tu słabszy niż pośrodku cieśniny. Spuszczono obu ludzi w wodę, popłynęli i wkrótce znikli na tle ciemnych skał.