Выбрать главу

    Angelos czekał kołysząc się na wodzie. Łucznicy ujęli w dłonie łuki, aby osłaniać ucieczkę towarzyszy, gdyby natrafili oni na straż wroga... Wszyscy wbili wzrok w ciemność, w której nie było widać już ogniska, gdyż zniknęło ono, zapewne zakryte zagłębieniem brzegu, gdzie je rozpalono dla ochrony przed wiatrem. Czas mijał.

    Nagle u burty okrętu rozległo się prycha nie i cichy głos ludzki.

    - Hejstos pozostał na brzegu i trzyma go mając miecz na jego gardle!

    - Któż to jest? - zapytał cicho Terteus pochylając się nad burtą.

    - Rybak, niemłody już. Przerażony wielce...

    - Czy był sam?

    - Sam. Drzemał przy ognisku. Pochwyciliśmy go i trzymamy.

    - Bogom niechaj będą dzięki... - wyszeptał Terteus dotykając dłonią czoła.

    - Cóż cię tak cieszy? - zapytał książę.

    - Albowiem mamy w naszej mocy człowieka, który zna te wody!

ROZDZIAŁ PIĄTY

Straszne są wieści, które mi przynosisz

Gdy minął dzień, a po nim drugi, a brat jego małżonki wraz ze sługami swymi nie powrócił, tak jak nie powrócił okręt księcia Widwojosa, choć nic nie wskazywało, aby załoga jego mogła w cudowny sposób pojąć, jaki los zgotowano jej wodzowi, król Troi uląkł się. Wysłał okręt do swego brata błagając, aby ów przybył do niego bez zwłoki. Był tak wzburzony, że machnięciem dłoni zbył swych dworzan, którzy donieśli mu, że na innym kreteńskim okręcie przybył pewien kapłan egipski, który usilnie błaga o posłuchanie.

    - Niechaj czeka! Niechaj czeka, aż zechcę go ujrzeć, co może nastąpić jutro lub za lat dwoje! - krzyknął, gdy przypomniano mu o tym ponownie.

    Jedna myśl tylko tkwiła w zalęknionym umyśle króla:  jakże mogło stać się tak, że brat jego małżonki nie powrócił ze zwłokami Widwojosa? Nie powrócił wcale ani on, ani jego ludzie. Konni, których wysłał wreszcie drogą ku Białej Przełęczy, dotarli aż do stad po drugiej stronie gór i powrócili. Nie, boski Widwojos ani nikt z towarzyszących mu ludzi nie dotarł tam. Nie napotkali ich także w drodze, choć znaleźli wiele śladów kopyt, świeżych śladów, które były zapewne śladami księcia Widwojosa, jego syna i towarzyszących mu Trojan. Kończyły się one na Białej Przełęczy, a później plątały się z innymi, licznymi śladami, lecz ciężko było orzec, dokąd odjechali, gdyż nocą spadł ulewny deszcz i zatarł wiele śladów, szczególnie na ścieżkach górskich, którymi spływały rwące potoczki wody.

    A okręt Widwojosa, który wypłynął późnym popołudniem i krążył po zatoce z dala od brzegów aż do zmierzchu, nagle rozpłynął się i zniknął. A nie ujrzał go nikt, odkąd opuścił przystań trojańską. Lecz król wierzył, że być może brat jego sprawujący rządy nad wodami będzie miał o tym jakieś wieści.

    Gdy król Tenedos przybył, zastał władcę Troi przechadzającego się po wielkim megaronie.

    - Rzeknij mi, cóż mam czynić teraz? Nie wiem, co się stało z tym przeklętym Kreteńczykiem i jego synem! Nie wiem także, co się stało z jego okrętem! Czy uwierzyłbyś w to, gdyby ci ktoś rzecz tę opowiedział!?

    - Musi mieć to jednakowoż jakieś wytłumaczenie. Gdzież jest brat twej małżonki, który wyruszył z kreteńskim księciem?

    - Nie powrócił ni on, ni ludzie jego!

    - Zaiste przedziwna to rzecz... - Król Tenedos zasępił się. - A przecież załoga okrętu pozostała wówczas w grodzie. Nie mieli też sprzymierzeńców. Nie wiedzieli zresztą, co grozi im i ich księciu. Nie pragniesz mi przecie rzec, że ów zniewieściały Kreteńczyk i syn jego, który jest niemal dzieckiem, zabili brata twej żony i trzech krzepkich wojowników, a później ukryli ich ciała tak, że nie możesz ich odnaleźć, i sami zbiegli bez wieści!

    - Nie pragnę ci rzec tego, lecz nie pragnę także rzec ci czego innego. Wiem jedynie, że nie wypełniłem woli króla Krety, a jeśli spyta mnie on przez swych posłów, co stanęło mi na przeszkodzie, nie będę umiał mu rzec ni prawdy, ni nieprawdy, gdyż nie znam ni jednej, ni drugiej. A minęło już dni kilka od owego poranka, gdy Widwojos wyruszył na spotkanie losu, który pragnąłem mu zgotować.

    Król Tenedos z troską pokiwał głową.

    - Abyś nie sądził, żeś sam jeno postąpił nieroztropnie, chcę ci rzec, że odprawiłem owego dnia dostojnika kreteńskiego mówiąc mu, że los Widwojosa dobiegł kresu i może zanieść tę wieść panu swemu. Odpłynął owego dnia i zapewne doniesie to, co mu rzekłem. Tak więc, gdy Minos pozna prawdę, nabierze pewności, że uczyniliśmy coś wbrew jego woli, aby pokrzyżować mu zamysły wobec brata. Będzie pewien, że puściliśmy Widwojosa wolno, mając w tym jakiś cel nie znany mu, zapewne pragnienie obalenia go, choć bogowie mogą zaświadczyć, że nie dbam o to, kto rządzi Kretą, a wiem, że i ty nie dbasz... Nie wiem zresztą, co pomyśli władca Krety? Wiem natomiast, że zapała ku nam nienawiścią. Musimy więc zbroić nasze okręty, gdyż nie wiadomo, jak zechce tę nienawiść okazać.

    - Niechaj będzie przeklęty! - rzekł król Troi z bezsilną wściekłością... - Przecież rzecz wyjaśni się w końcu, gdyż musiało wydarzyć się coś nieprzewidzianego. Być może Widwojos spoczywa w grobie, a ludzie moi zostali napadnięci przez zbójców w drodze powrotnej lub zginęli w sposób, o którym dowiem się jeszcze... Cały gród jest poruszony. Szpiedzy przynoszą mi coraz to nowe wieści. Przedziwnym zaiste musi wydawać się ludowi owo zniknięcie kreteńskiego okrętu. A cóż mam rzec mym dworzanom?

    Brat jego machnął ręką.

    - Mniejsza o lud i o twych dworzan. Chciałbym wiedzieć, jak to się odbyło... gdyż sam nie pojmuję, jak to się mogło stać.