Выбрать главу

    - Ani ja... - rzekł król Troi z rozpaczą w głosie.

    - Panie mój... - odezwał się cichy głos w drzwiach megaronu. Ludzie bali się przystępować do króla od kilku dni, gdyż miotał się trawiony niepewnością i na nich wyładowywał swój niepokój.

    - Czegóż chcesz? Czy nie widzisz, że rozmawiam z bratem mym, królem Tenedos?

    - Panie mój... Sądzę, że jest to wieść, na którą czekasz. Boski Widwojos przesyła ci swe pozdrowienia i podziękowanie za gościnę...

    - Co? Cóż rzekłeś?! - zawołał król i podbiegł do stojącego człowieka, chwytając go za ramiona. - Kto ci przekazał tę wieść?...

    - Przed niedawnym czasem przybił do przystani okręt króla Tenedos, panie... -Człowiek skłonił się królewskiemu bratu, który stał jak skamieniały. - Dowódca jego oddał dowódcy straży nadbrzeżnej szkatułkę i rzekł, że napotkał okręt księcia Widwojosa u wylotu przesmyku na morze północne.

    - Gdzie?! - krzyknął król.

    - Na morze północne, panie mój... - powtórzył dworzanin. - Gdy okręty spotkały się, książę Widwojos oddał dowodzącemu okrętem ową szkatułkę i rzekł mu, aby po przybyciu do Troi przesłał ją tobie, mój władco. Dodał też, iż nie może odwdzięczyć się bogatszym darem, gdyż płynąc ku nieznanym krainom nie zabrał z sobą przedmiotów godnych, aby były podarunkami dla królów. Dodał jednak, że dar ów zapewne także cię uraduje.

    - Gdzież owa szkatułka?... - zapytał król cicho i potarł dłonią czoło. Wydawało mu się, że śni.

    - Sługa trzyma ją za drzwiami, panie mój. Czy ma wejść?

    Król bez słowa skinął głową.

    Szkatułka była niewielka, lecz wykonana z pięknego ciemnego drzewa, a na wieczku jej srebrnym drutem, wpuszczonym głęboko, wykonano misterny wizerunek podwójnego topora. Król pochwycił ją i otworzył. Spoglądał przez chwilę. Później przymknął oczy.

    Brat jego zbliżył się i zajrzał.

    Na dnie szkatułki leżał przedziwny przedmiot wykonany ze spiżu. W pierwszej chwili król Tenedos osądził, że są to liczne pierścienie, nanizane na grube druty. Lecz gdy wziął go w rękę, ujrzał, że przypomina on bardziej łapę zwierzęcia ze straszliwymi, zakrzywionymi pazurami.

    - A czemu przepuszczono okręt księcia przez cieśninę? - zapytał wreszcie król ochrypłym głosem.

    - Gdyż tuż przed nim nadpłynął okręt z Tenedos z rozkazem, aby ktokolwiek dostrzeże okręt boskiego księcia Widwojosa, bądź wymijał go, bądź udzielił mu pomocy...

    - Niech będę przeklęty! - rzekł cicho król Tenedos. - Niech będę przeklęty! To ja wydałem ów rozkaz do wszystkich moich okrętów na morzu i w przystaniach... Lecz uczyniłem to na twą prośbę.

    Z przerażeniem spoglądali obaj na straszliwy przedmiot, lecz myśleli nie o nim, a o królu Krety, straszliwszym jeszcze po stokroć Minosie.

    - Panie mój - rzekł dworzanin cicho. - Zezwól mi rzec, że niespodzianie przybyli tu dwaj królowie...

    - Co? - Potrząsnął głową nie pojmując, co słowa oznaczają. - Królowie?

    - Dwaj królowie - powtórzył dworzanin z lękiem spoglądając na jego mieniące się gniewem i trwogą rysy. - Władca Tirynsu i władca Myken... Obaj chcą widzieć ciebie i twego królewskiego brata. Przypłynęli niedawno i zbliżają się od przystani, a konny wysłaniec wyprzedził ich z wieścią.

    - Królowie? - powtórzył władca Troi. - Czegóż mogą pragnąć od nas królowie Tirynsu i Myken?

    - To krainy podlegające Krecie - rzekł półgłosem jego brat i zwrócił się do dworzanina: - Każ, niechaj natychmiast siodłają nam konie, gdyż wyjedziemy im naprzeciw!

    Byli obaj tak przybici, że z trudem owego dnia udawało  się im bawić dostojnych gości, którzy długo nie zdradzali przyczyny swego przyjazdu z tak odległych krain.

    Dopiero wieczorem, po uczcie, gdy czterej władcy pozostali sami, król Myken rozejrzał się i widząc, że nikogo prócz nich nie ma w pobliżu, rzekł:

    - Skoro niczyje ucho nie może nas już usłyszeć, zezwól, abym ci rzekł, bracie nasz trojański, że przybyliśmy tu w sprawie największej wagi, a tak groźnej, że życiem możemy przypłacić, jeśli nie utrzymacie jej w największej tajemnicy. Przybyliśmy po długim namyśle i rozwadze, gdyż sądzimy, że przyłączysz się wraz z siłami twymi i twego brata do naszego przedsięwzięcia.

    - - Jakież to przedsięwzięcie? - zapytał król Troi siląc się, aby słuchać go z uwagą, choć myśl jego błądziła daleko.

    - Gotuje się wielka wyprawa... wielka i mogąca odmienić losy wielu ludów. Czy przyłączylibyście się do nas i innych królów, gdybyśmy rzekli wam, że pragniemy uderzyć na królestwo Krety, by na wieki zmieść z oblicza ziemi najstraszliwszego z tyranów, który dławi całe krainy i dusi handel na morzach, czerpiąc zyski ze wszystkich czynów bohaterskich, których dopuszczają się inni?

    - Co?! Powtórz to raz jeszcze, boski królu! -wykrzyknął król Tenedos uprzedzając osłupiałego brata. - Nie pojmuję jeszcze, jaki jest wasz zamysł, lecz przyrzekam, że poprowadzę wszystkie moje okręty wam w pomoc, jeśli... jeśli wyprawa owa nastąpi wkrótce!

    l czterej królowie pochylili się ku sobie. Nikt w grodzie, nawet małżonka królewska, nie dowiedział się, o czym mówili, lecz następnego ranka władcy Tirynsu i Myken odpłynęli, a król Tenedos odprowadził ich daleko w morze, płynąc na jednym z ich okrętów, gdzie nadal naradzali się. Później przesiadł się na morzu na własny okręt i powrócił, nie do swego pałacu jednak, lecz do Troi, gdzie do późna w noc mówił długo o czymś ze swym bratem.

    Natychmiast po przybyciu do Knossos najczcigodniejszy Skamonios udał się do pałacu. Bogom podobny Minos wezwał go do niewielkiej komnaty przylegającej do rozległego tarasu, wyłożonego białymi i błękitnymi płytami.

    Skamonios stanął pochylony w głębokim ukłonie przy drzwiach, spoglądając na swego władcę, który przechadzał się zamyślony po tarasie, przystając od czasu do czasu przy niewielkim wodotrysku, który migotał w słońcu, opadając z cichym szmerem w krągłe wyżłobienie sadzawki, otoczonej jaskrawo malowanymi wazami, pełnymi białych lilii.