- Dobrze się stało... - Minos skinął głową i przymknął na chwilę oczy. - Dobrze się stało... - powtórzył cicho, uniósł powieki i spojrzał w twarz swego doradcy. - Skamoniosie, jeśli wszystko, co rzekłeś mi, jest prawdą, a czemuż by miało nią nie być, zważywszy, że życiem swym ręczysz za wykonanie mych rozkazów w sprawie o tak niezmiernej wadze dla całego naszego królestwa, mogę dziś rzec, że ręce moje zostały rozwiązane, a oczy mogą zwrócić się ku sprawom mego ludu.
Umilkł i powiódł wzrokiem za jaskrawo upierzonym małym ptakiem, który siadł na ścieżce niemal, u stóp królewskich i podskakując na cienkich nóżkach, prędko przesuwał się po kamiennych płytach wzdłuż krawędzi trawy. Ptak zatrzymał się, podfrunął, opadł w wysoką trawę i po chwili uniósł się w powietrze, trzymając w dziobie długiego, wijącego się robaka. Skamonios stał nie spuszczając wzroku z królewskiego oblicza.
- Brat mój... - rzekł Minos zniżając głos jeszcze bardziej - miał zapewne słuszność mówiąc, że siły Krety podupadły, a lud nasz nie jest już tak mężny jak ongi. Dziś, gdy cierń tkwiący w mym panowaniu został wyrwany, będę mógł zwrócić oblicze ku sprawom mego królestwa... - Zamyślił się na chwilę, a później z nagłą łagodnością zwrócił się ku Skamoniosowi: - Ty, który byłeś mi i jesteś najwierniejszym z wiernych, powiedz, co dostrzegłeś zawijając w drodze do wielu przystani w miastach, których królowie składają pokłon podwójnemu toporowi?
Ujął swego powiernika pod ramię i ruszył z nim z wolna ścieżką pod kwitnącymi gałązkami drzew.
- Nie dostrzegłem niczego, panie mój, co mogłoby świadczyć o nieposłuszeństwie tych ludzi lub zbliżającej się próbie buntu przeciw tobie...
Skamonios zawahał się. Król ścisnął lekko jego ramię.
- Cóż chcesz rzec?
- Jak wiesz, mój boski władco, pragnę być okiem twoim i uchem wszędzie tam, gdzie mogłoby ci to przynieść pożytek. Stąd wielu mych szpiegów czuwa nad twymi namiestnikami wysp i krain rozrzuconych na morzu lub poza nim. Przesyłają mi wieści o ich rządach nad barbarzyńcami oraz o ich wierności dla ciebie. Mam ich także tam, gdzie rządzą królowie składający hołd i daninę, jak władcy Tirynsu, Myken czy Aten. Nie masz tam Swych wojsk i namiestników, lecz władasz tymi krainami na mocy traktatów, które czynią je wasalami, posłusznymi każdemu twemu skinieniu.
Minos zatrzymał się i puściwszy jego ramię, rzekł niecierpliwie:
- Nie pytałem cię o to, czy masz swych szpiegów wszędzie, gdzie sięga władza Krety! Wiem o tym! Pytałem cię o to, co dostrzegłeś!
- Tak, panie mój... - odparł szybko Skamonios. - Chciałem rzec jedynie, że sam niewiele mogłem dostrzec, lecz mając swych ludzi w każdym niemal mieście, zebrałem wiele wieści, które mogą ci się przysłużyć, jeśli zechcesz łaskawie ich wysłuchać. Otóż zarówno w Jolkos jak w Atenach mówili mi, że opowiada się coraz częściej, i to nie kryjąc się zbytnio nawet przed obcymi, że lęk przed Kretą jest jedynie częścią nędznego dziedzictwa przekazanego im przez przodków, których skruszyła potęga twych dziadów. Mówią, że wystarczyłoby, aby ludy podbite uderzyły, odrzuciwszy trwogę, na naszą wyspę, a królestwo twoje pęknie jak gliniany garnek i nikt nigdy go już nie sklei... - Urwał na chwilę. -Wybacz mi, panie mój, owe nikczemne bluźnierstwa, lecz pragnę, abyś wiedział wszystko.
- Słusznie czynisz... - Minos uśmiechnął się, choć w oczach jego nie było wesołości. - Ulżyłeś sercu memu,
Skamoniosie, gdyż teraz dopiero pojąłem do głębi, że śmierć brata mego i jego syna była jedyną drogą dla położenia kresu marzeniom owych barbarzyńskich psów. Jakże na rękę byłyby im kłótnie w łonie królewskiego rodu i zdrada wstrząsająca tronem Byka!...
Z wolna ruszył przed siebie i ponownie zatrzymał się.
- Skamoniosie, cokolwiek mówią ci ludzie, flota moja nadal jest najpotężniejsza na ziemi, gotowa do odparcia każdego wroga, a także do uderzenia na każdą z tych krain. Czy sądzisz, że któryś z owych królów mógłby odmówić mi posłuszeństwa i odeprzeć później mściwe uderzenie mych wojsk przewiezionych morzem?
- Żaden z nich nie mógłby się na to odważyć, panie mój... - Skamonios zawahał się, lecz dodał: - Gdyby był sam i zdany na własne siły...
- Cóż chcesz rzec przez to?
- Chcę rzec jedynie, panie mój, że gdyby zjednoczyli się oni przeciw tobie, Kreta padnie.
Milczeli przez chwilę. Skamonios pochylił głowę i trwał nieruchomo, wpatrzony w ziemię.
- Cóż mi radzisz czynić? - zapytał wreszcie Minos ochrypłym głosem. - Straszne są wieści, które przynosisz!
- Nie są one straszne, panie mój, póki dawny lęk trzyma podbite ludy na wodzy. Imię twe nadal napełnia serca ich przerażeniem. Gdybym ośmielił ci się poradzić rzecz jaką, panie, rzekłbym jedynie, że winieneś wzmóc ich lęk jakimś nowym wielkim czynem, aby świat cały poznał, że ramię Krety nadal jest szybkie jak piorun. Lecz nie umiem ci rzec, jakie miałoby być to przedsięwzięcie.
- Rozmyślałem nad tym... - Minos skinął głową. - W głębi serca mego, Skamoniosie, rozważałem, czy nie zebrać naszych okrętów z wszystkich wysp i nie uzbroić naszych wasali, by uderzyć na Troję. Teraz, gdy mój boski brat zginął tam, moglibyśmy rzec, że zabili go oni i zatopili jego okręt nie chcąc przepuścić Krety przez ów przesmyk na północ, skąd biorą zboże i bursztyn!
Spojrzał na Skamoniosa, jak gdyby oczekując okrzyku zdumienia i podziwu z jego ust. Lecz Skamonios jedynie skinął głową.
- I ja rozmyślałem nad tym, panie mój. Lecz wyspa Tenedos jest potężną twierdzą, jak mogłem się przekonać, i długo trzeba byłoby ją oblegać, a przedtem jeszcze liczne okręty jej władcy stawiłyby opór najazdowi. Także Troja to gród ludny i opasany potężnymi murami, mogącymi wytrzymać niejedno natarcie, a nie podeszlibyśmy jej znienacka, gdyż leży ona z dala od wybrzeża. Gdybyś więc zebrał wszystkie swe wojska i okręty, ogałacając z nich na długo Kretę, a także wszystkie wyspy i krainy pod twym panowaniem, wrogowie twoi, którzy dziś leżą u twych nóg całując ślad twojej stopy, mogliby wykorzystać to i uderzyć bezkarnie na stolicę, nie napotykając oporu.