I zdjąwszy pierścień z palca dał go rybakowi, który upadł przed nim na twarz i ucałował jego nogi, a później powstał. Książę podał mu szkatułkę.
Okręty przybliżyły się ku sobie. Człowiek przeskoczył z wyższej burty na niższą.
Terteus uniósł dłoń.
- Żegnajcie nam, dzielni żeglarze! Niechaj Wielka Matka czuwa nad wami, a z Nią Posejdon o Białym Obliczu!
- Niechaj czuwają oboje nad tobą i twoją załogą, boski książę! - zawołał kapitan.
I z wolna sześć okrętów przesunęło się obok nich płynąc w głąb przesmyku, a później zawróciło i ruszyło za nimi ku otwartemu morzu. Trzymały się jednak w tak dużej odległości, nie próbując zmniejszać jej, że Angelos począł oddalać się od nich, gdy załoga mocniej nacisnęła na wiosła i rozpięto żagiel, chwytając weń sprzyjający wiatr południowy.
- Nie pojmuję tego, boski książę... - rzekł Terteus cicho, aby stojący za nim ludzie nie usłyszeli go. - Czemuż król ów, który pragnął zamordować cię, łamiąc odwieczne prawa gościnności, uświęcone nawet wśród najbardziej barbarzyńskich ludów, teraz pragnie cię wspomóc w twej wyprawie, krótko po tym, gdy bogowie cudem niemal zezwolili ci uratować życie z rąk jego ludzi!
- Ja także nie pojmuję tego... - Widwojos mimowolnie uniósł kamienny dwusieczny topór i przyłożył go do piersi. - Odkąd stałem się dojrzałym młodzieńcem i począłem patrzeć na świat własnymi oczyma, a nie oczyma mych nauczycieli, powziąłem przekonanie, że być może bogowie są jedynie naszym wyobrażeniem tego, czego pojąć nie jesteśmy w stanie, a być może nie ma ich wcale. Lecz dziś, gdy uniknąłem już tak wielu niebezpieczeństw w tak krótkim czasie, a sprawy moje układają się tak przedziwnie... nie moje jedynie, lecz także losy mego syna... poczynam wierzyć, że być może myliłem się i... i... - Zawahał się. - Gdy uniosłem ów prastary topór, który przodkowie moi przynieśli na Kretę w czasach, gdy uderzyli na dawnych, barbarzyńskich władców tej wyspy, czy dostrzegłeś, Terteusie, jak owe wrogie okręty nagle przemieniły się w przyjazną nam flotę, a niebezpieczeństwo straszliwe, wiszące nad nami, zniknęło i rozwiało się jak sen płochliwej niewiasty?... Cóż więc mam sądzić?
- Nie jestem godzien, by pouczać cię, boski książę... - rzekł młody rozbójnik morski - lecz w moim mniemaniu śmierć, burza, gromy i błyskawice, a także cały los człowieka, leżą w ręku owych sił. Tak wierzyli moi ojcowie, tak wierzę ja, a jeśli będę miał synów, będę pragnął, aby i oni tak wierzyli. Gdyż usypiam spokojnie wiedząc, że los mój jest w dłoniach nieskończenie potężniejszych niźli moje. Nie znaczy to jednak, bym gardził ostrożnością i nie dbał o to, co się stać może. Bogowie najbardziej miłują tych, którzy najprzemyślniej umieją walczyć z przeciwnościami. - Roześmiał się. - Być może ów, który wierzy, i ów, który nie wierzy, postępują jednako i jednako bronią swego żywota. Lecz sen mój spokojniejszy jest zapewne niźli sen tego, który na sobie jedynie pragnie polegać, nie składając ofiar mogących ubłagać bogów lub nie składając im przysiąg, których łamanie karzą oni surowo.
- Cóż... - rzekł Widwojos uśmiechając się także - złóżmy więc ofiarę bogom, jeśli wydostaniemy się z tego przesmyku i swobodnie wypłyniemy na pełne morze. Albowiem wyprawa nasza, choć nie wiemy, jak się zakończy i gdzie nam powrócić przyjdzie, tu się właśnie rozpoczyna.
- Tak, boski książę! -Terteus poważnie skinął głową. - Źle byłoby, gdybyśmy nie podziękowali Posejdonowi, który prowadził nas pośród owych wirów i skał, a także Wielkiej Matce, która zezwoliła Białowłosemu i mnie przybyć na czas do owej chaty w górach trojańskich, abyśmy mogli uratować jej potomków, a dziś odwróciła od nas gniew przeważających wrogów. Lecz okręty owe nadal płyną za nami, choć nie rozwijają żagli i pozostają w tyle. Być może jeszcze, że inne okręty oczekują nas u ujścia przesmyku, a te służą jedynie, by odciąć odwrót?
Lecz mylił się, bo gdy wreszcie skały cieśniny opadły łagodnie i . po obu stronach otworzyła się daleka linia brzegów uciekających aż po krawędzie widnokręgu, morze przed nimi było puste.
- Rybak ów powiadał, że lewy brzeg, który, jak widzisz, boski książę, ucieka ku zachodowi przechylając się lekko na północ, doprowadzi nas do ujścia wielkiej rzeki leżącej na północy. Tam docierają ich okręty, płynące po zboże.
- Więc wyruszymy na morze, kierując się ku wschodowi - rzekł Widwojos. Obejrzał się. Okręty króla Tenedos nie ukazały się jeszcze w szerokiej gardzieli przesmyku. - Nie wiem, czy ci tak podszeptuje twa wiedza żeglarska, Terteusie, lecz przyznam się, że pragnąłbym zgubić owych tak przyjaznych nam dziś Trojańczyków i nie ujrzeć ich już nigdy. Być może goniec królewski oszalał lub przekręcił słowa swego władcy, a następny przyniesie im rozkaz, aby nas zatopili. Mniej musimy lękać się ich teraz na otwartym morzu, gdzie trudno byłoby im nas doścignąć. Lecz nie pragnę, aby śledzili oni drogę, którą posuwa się nasza wyprawa.
- Tak i ja mniemam, boski książę. Popłyniemy więc ku wschodowi, a gdy zgubimy z oczu owe okręty, przetniemy morze za widnokręgiem i powrócimy ku zachodnim wybrzeżom, aby zawinąć po zmroku do jakiejś ustronnej zatoki dla odpoczynku i nabrania słodkiej wody.
- Wydaj taki rozkaz, Terteusie.
Po chwili dziób Angelosa pochylił się lekko i skręcił ku wschodowi.
Gdy po pewnym czasie Terteus przeszedł na tył okrętu, ujrzał daleko za sobą wylot cieśniny, a przed nim kołyszące się na falach nieruchome okręty króla Tenedos.
Dalekie wzgórza otaczające przesmyk rozpłynęły się w południowej mgiełce. Słońce pełnego lata świeciło jasno i załoga zdjąwszy hełmy i odpasawszy miecze wylegiwała się nago na ławach. Wiatr cicho śpiewał w wielkim czarnym żaglu spoglądającym nieruchomymi oczyma świętego Byka na rozległe nieznane wody, po których nigdy jeszcze nie żeglował kreteński okręt, a nie wpłynąłby na nie, gdyby nie stało się to z wolą króla Tenedos.