Brat jego westchnął, jednak po chwili rozchmurzył się. Nie wszystko pojął z owego potoku wymowy, lecz ufał przemyślności młodszego brata.
- Więc sądzisz, że nie mam się czym frasować? -rzekł niepewnie.
- Nie! - odparł tamten stanowczo. - Jutro odpływa na Kretę jeden z mych okrętów. Wyślę nim zaufanego człowieka, który powiadomi Skamoniosa, że rzecz została zakończona: Widwojos i jego syn zginęli z ręki twych ludzi, a okręt został zatopiony przez moje okręty. Później uczynimy tak, jak nam doradzą bogowie. Sprawy te same wkrótce ukażą swe oblicze.
- Jednego tylko nie pojmuję - rzekł król Troi. - Jaki los spotkał brata mej małżonki? Gdyż nie mam od niego żadnej wieści.
Lecz i na to pytanie znaleźli wkrótce odpowiedź. Gdy minęło kilka jeszcze dni, dzikie zwierzęta wywlokły ścierwo jednego z zabitych koni z rozpadliny skalnej, a pasterze trojańscy spostrzegli i odnaleźli zwłoki dworzan królewskich.
ROZDZIAŁ SIÓDMY
Ciemny pierścień zakrzepłej krwi
Płynęli już dziewiąty dzień, kierując się nieustannie ku północy wzdłuż porosłych lasami niskich brzegów owego morza, na których nie dostrzegli śladów życia ludzkiego. Raz jedynie na wysokim obnażonym cyplu ukazał im się człowiek siedzący na niewielkim brunatnym koniu. Gdy przybliżyli się, nawołując ku niemu nad wodą, stał przez chwilę spoglądając na nich, później nagle zawrócił konia i zniknął w lesie. Więc choć lasy owe były pełne zwierzyny, a ujścia niewielkich wpadających do morza rzek i potoków roiły się od ryb, kraina owa zdała im się bezludną lub zamieszkałą przez plemiona nie pragnące poznać obcych przybyszów.
Dziewiątego dnia w południe dostrzegli osadę na skalistym półwyspie, a że nie opodal była przystań, Widwojos wszedł do niej i wysłał kilkunastu ludzi wraz z Terteusem, aby wybadali, jacy ludzie tam zamieszkują, i próbowali dowiedzieć się, jak daleko jest do ujścia wielkiej, prowadzącej na północ, rzeki, która gdzieś winna była się w pobliżu znajdować.
Załoga czekała gotowa w pełnym uzbrojeniu, by przyjść towarzyszom z pomocą, jeśli przyjęcie okaże się nieprzyjazne, a ludzie owi dzicy i niegościnni.
Lecz z osady dostrzeżono ich zapewne wcześnie, gdyż Terteus powrócił wraz z ludźmi, wiodąc z sobą wysokiego męża odzianego w płócienny płaszcz i grube, ciężkie sandały niepięknej i domowej zapewne roboty. Mąż ów zachowywał się swobodnie i przyjaźnie, pozdrowił Widwojosa i przemówił łamaną mową trojańską:
- Wojownik twój rzekł mi, że poszukujecie ujścia wielkiej rzeki, która doprowadzić was ma do krainy, gdzie rodzi się bursztyn... Skąd przybywacie?
- Z dalekiej wyspy na południu, która leży o trzy dziesiątki dni drogi pod żaglem przy sprzyjającym wietrze... - odparł Widwojos - i pragniemy dotrzeć tam, skąd bursztyn przybywa.
- Tego nie wiem ani ja, ani nikt z mego ludu - rzekł człowiek potrząsając głową. - Przybywają tu okręty z południa po zboże, które siejemy my i nasi sąsiedzi, a sprzedajemy im je za miecze miedziane, ozdoby dla naszych niewiast i groty do naszych strzał i oszczepów. Nie zapuszczamy się daleko, gdyż nie jesteśmy ludem morskim. Wiem jednak, że dalej na północ żyją inne ludy. Owe bliższe nam także sieją zboże i sprzedają ziarno Trojanom. Lecz dalej za wielką rzeką rozpoczyna się świat, do którego okręty trojańskie już nie dopływają, gdyż nikt tam nie sieje, a nie słyszałem, by nad brzegiem było tam jakie miasto. Trojańscy żeglarze mówili mi, że lud, który tam zamieszkuje, dziki jest i gardzi handlem, a także nienawidzi obcych. Dziękujemy bogom naszym, że lasy nieprzebyte i bagna wokół owej wielkiej rzeki dzielą nas od nich, gdyż zapewne napadliby na sąsiadów naszych, a później na nas, będąc tak dzikimi jak są. A skoro tak wielką wagę przywiązujecie do owego bursztynu, którego nasze kobiety nie pragną, gdyż przedkładają nadeń brąz i srebro, są one bowiem piękniejsze i lśnią, rzucając blask piękny, rzeknę wam szczerze, że nie handlujemy nim i nie otrzymujemy go znikąd. Lecz sądzę, że Trojanie biorą go od sąsiadów naszych, mieszkających nad wielką rzeką na północy, ku której dopłyniecie przy sprzyjającym wietrze za dwa lub trzy dni. Oni, być może, więcej wam o tym będą mogli rzec, jeśli zechcą.
Podziękowali owemu człowiekowi za uprzejme jego słowa i wsiedli na okręt nie przyjmując gościny w owej osadzie.
Gdy znaleźli się na morzu, Terteus rzekł do księcia:
- A więc wkrótce dopłyniemy do wielkiej rzeki... Widwojos bez słowa skinął na niego i ruszyli w stronę śródokręcia, gdzie stał wsparty o maszt niewielki namiot. Perilawos wraz z Białowłosym siedzieli wewnątrz, przesuwając krążki po małej tabliczce pokrytej kwadratami z różnobarwnej polerowanej kości zwierząt. Młody książę nauczył tej gry przyjaciela i zabawiali się nią podczas długich dni na morzu, gdy okręt płynął pod żaglem, a wiosła były wyciągnięte i ludzie nie mieli wiele do czynienia prócz snu, śpiewania pieśni i snucia opowieści o tym, co ich dotąd spotkało niezwykłego w życiu.
Na widok księcia powstali i Białowłosy skierował się ku wyjściu, lecz Widwojos powstrzymał go.