Выбрать главу

    - W dół... - rzekł z wahaniem. - Każda woda opada w dół, jeśli może. Musi tam być jakaś czeluść...

    - Czemu więc wszystkie wody nie płyną w owym kierunku? - Kastoros potrząsnął głową. - Zawsze byłem tego najbardziej ciekaw, jak wygląda kraniec świata i co jest poza nim?! Dlatego gdy boski Widwojos ogłosił, że szuka młodych i silnych żeglarzy, którzy pragnęliby z nim popłynąć ku krańcom świata znanego i dalej jeszcze, zgłosiłem się. I oto jestem tu, dalej niż był kiedy jakikolwiek Kreteńczyk. Pomyśl, czyż nie jest to rzeczą zdumiewającą?!

    - Obyś nie ujrzał nigdy owej krawędzi, za którą tak tęsknisz!

    Białowłosy także roześmiał się. Weszli na polanę. Zapadał zmrok. Spod wielkiego stosu gałęzi pośrodku polany buchnął pierwszy cienki słup ognia i z sykiem począł wspinać się w górę, oświetlając oblicza stojących wokół ludzi.

    Białowłosy podszedł i rozwiązawszy węzeł płaszcza, rzucił swoje naręcze na stos innych. Cokolwiek miało się stać i jakiekolwiek niebezpieczeństwa czekały na nich za tajemną linią północnego widnokręgu, lubił tę wieczorną godzinę, gdy w kolisku blasku rzucanego przez ogień zasiadał pośród innych zbrojnych jak on i nie dbających o swe życie młodzieńców do prostego wieczornego posiłku, który wydawał mu się smaczniejszy niźli wszystkie przysmaki Egiptu i Krety, jakich zdążył już pokosztować podczas swego krótkiego żywota.

    W oczekiwaniu, aż nabite na ostrza mieczy, oskubane już i wypatroszone ptaki przyrumienia się, ktoś zanucił cicho starą pieśń o zatopionych okrętach. Inne głosy podjęły ją. I choć słowa jej były smutne i przejmujące, wydawało się wszystkim, że niesie im ona nadzieję nowego dnia i nowych przygód.

    A gdy najedli się i ułożyli do snu na gołej ziemi, okrywszy płaszczami, z wolna cichły rozmowy i usnęli pod wygwieżdżonym niebem, na które zaczął wchodzić cienki sierp księżyca. Na polanie i na okręcie czuwały jedynie otwarte oczy straży.

    Drugiego dnia ujrzeli ją.

    To, co z dala wydało im się rozległym, niskim lądem północy, było ujściem wielkiej rzeki, płynącej leniwie pośród nieskończonego morza trzcin, po bagnistych mierzejach, z których na widok nadpływającego okrętu zrywały się chmury ptaków tak gęste, że przesłaniały niebo.

    Rzeka wiła się wieloma odnogami, a jej główne ujście, toczące mętne, żółtawe, powolne wody, wydało im się niemal równie rozległe jak morze.

    Weszli w nie i płynęli przez pewien czas odsłoniętym nurtem ograniczonym z obu stron niską krainą falujących trzcin, sięgającą aż po granice widnokręgu, gdzie rysowały się dalekie wzgórza.

    Wreszcie, koło południa, ujrzeli lekką wyniosłość, a na niej pierwsze drzewa. Musiała to być wyspa o lądzie stałym, który nie był grzęzawiskiem. Gdy zbliżyli się, spostrzegli na niej kilka niewielkich drewnianych chat krytych sitowiem.

    Eriklewes z trudem doprowadził okręt do brzegu, gdyż wiosła sterowe nie chciały poruszać się posłusznie w jego rękach, spętane nie kończącymi się ramionami wodorostów, przez które kadłub Angelosa brnął, jak gdyby zanurzono go w smole.

    Białowłosy, Terteus i Kamon, którzy stali gotowi do zejścia, zeskoczyli i z uniesionymi oszczepami ruszyli ku chatom. Za nimi postępowali inni pod okiem łuczników czuwających na pokładzie ze strzałą położoną na cięciwie.

    Chata, do której weszli, była biedna i niemal pusta. Kilka prostych glinianych naczyń stało w popiele, w rogu rzucono pęk skór zwierzęcych. Służyły one najwyraźniej mieszkańcom za posłanie. Lecz gdzież byli owi mieszkańcy?

    Obeszli całą wysepkę zaglądając do wszystkich chat i nigdzie nie znaleźli żywego człowieka. Terteus pochylił się nad paleniskiem i dotknął go otwartą dłonią.

    - Ktoś zalał ogień wodą... - rzekł. - Ludzie ci uciekli przed niedawnym czasem. - Uniósł głowę ku otworowi w trocinowym dachu, służącemu zapewne, aby dym z paleniska mógł nim uchodzić ku górze. - Byli tu dziś ... - powtórzył.

    Wyszli. Terteus podszedł do Widwojosa, stojącego pośrodku wysepki i spoglądającego na leniwy nurt ogromnych wód opływających ją z cichym szumem.

    - Nie ma tu nikogo, boski książę! Ludzie ci uciekli zapewne widząc nasz okręt z oddali lub zostali ostrzeżeni przez tego, który ujrzał nas pierwszy, gdy krążyliśmy wokół ujścia... - Powiódł wzrokiem po nie kończącym się morzu trzcin. - Uciekli na łodziach - dodał z przekonaniem - gdyż nie ma ani jednej łodzi na wyspie, a przecież nie mogliby tu zamieszkać, nie mając ich. A nie odnajdziemy ich tam... - zatoczył krąg ręką - choćbyśmy tu pozostali do końca naszego żywota. Albowiem ich to jest kraina i znają ją oni lepiej, niż my ją kiedykolwiek poznamy.

    - Rozmyślałem nad tym - rzekł książę - czy jest to owa wielka rzeka Dun, która stanowić ma granicę świata, gdyż być może nieszczęśnicy ci mieszkają na jego krawędzi, a dalej kończy się on w bagnach i mgle wiekuistej?

    - Człowiek, którego napotkaliśmy wczoraj, mówił, że bagna owe są granicą między jego ludem a dzikimi plemionami. A płynie ona nie na północ, lecz ku zachodowi.

    - Cóż sądzisz więc? Co nam uczynić należy? - Widwojos końcem miecza uczynił krąg na piasku. - Cofnąć się i popłynąć dalej na północ, jak rzekł Ojciec Biblioteki? Dziwne, że ów starzec w podziemiu pałacu, który nie był tu nigdy, a nie mógł dowiedzieć się tego od żadnego z naszych żeglarzy, wiedział o owej rzece.

    - Zbyt wielka to rzeka, boski książę, aby wieść o niej nie dotarła do twego królestwa, choćby przed wielu laty... - Terteus rozejrzał się raz jeszcze. Perilawos zbliżył się ku nim i stanął u boku ojca.

    - Cóż postanowiliście? - zapytał.

    - Boski twój ojciec sądzi, że jest to owa rzeka Dun, i pragnie, abyśmy poszli za radą czcigodnego starca z Knossos i cofnąwszy się ku jej ujściu, popłynęli dalej na północ, póki nie ujrzymy ujścia innej żeglownej rzeki, którą moglibyśmy popłynąć dalej, wprost ku krainie bursztynu... -1 zwracając się do Widwojosa dokończył: - A więc zawracajmy, boski książę, skoro taka twoja wola.