Z wolna zbliżyli się do okrętu, wsiedli i odbili od wyspy, pozostawiając ją za sobą pośród ogromnego rozlanego nurtu.
- Czy nie sądzisz, że dni stają się nieco krótsze, a noc wydłużyła się od chwili, gdy wyruszyliśmy z Troi? - zapytał Perilawos.
Okręt płynął pełnym morzem. Nadal, jak co dnia, świeciło słońce i pomyślny wiatr pchał Angelosa ku wschodowi. Albowiem w kilka dni po opuszczeniu ujścia wielkiej rzeki ląd zakrzywił się i oto płynęli wzdłuż wybrzeża, ciągle na wschód, osiągnąwszy granicę owego północnego morza.
Lecz świat nie kończył się tu. Dzień po dniu przesuwały się przed nimi łagodne wzgórza porośnięte lasem i doliny, którymi spływały ku morzu niewielkie rzeki. Wyminęli kilka głębokich zatok i z wolna poczęła wzrastać w sercach ich niepewność.
A jeśli ląd znów zakrzywi się i skieruje ich ku południowi?
Czyżby miało to oznaczać wówczas, że opływają owo morze, by któregoś dnia powrócić do ujścia przesmyku strzeżonego przez trojańskie okręty?
Tak długo płynęli już nie napotykając ujścia żadnej wielkiej rzeki, że być może mogli jej już nigdy nie napotkać. A dni w rzeczy samej stawały się nieco krótsze. Lato mijało, choć nie pojmowali jeszcze tego.
Białowłosy, siedzący na ławie obok młodego księcia, spoglądał na odległe wzgórza. Później powiódł wzrokiem po niskich falach, na których kołysał się łagodnie Angelos. Powstał nagle.
- Spójrz! - rzekł cicho. Perilawos także pochylił się.
- Cóż takiego dostrzegłeś?
- Woda ma tu inną barwę....
I pozostawiając Perilawosa wpatrzonego w migotliwą powierzchnię, pobiegł na dziób, gdzie Terteus stał wsparty na łokciach i spoglądał na daleki ląd.
- Czy spostrzegłeś to? - spytał Białowłosy.
- Cóż takiego? - Terteus rozejrzał się.
- Wodę! Ma inną barwę! Mniemam, że minęliśmy z dala ujście jakiejś wielkiej rzeki! - rzekł Białowłosy głośno. Ludzie leżący na pokładzie unieśli głowy.
- To prawda - zawołał któryś z nich. - Ma słuszność! Spójrz, Terteusie!
W rzeczy samej morze miało tu inną barwę i wydawało im się, że płynie od strony lądu tworząc jak gdyby jasnobłękitną rzekę pośrodku ciemnozielonych wód morskich. Linia rozgraniczająca obie barwy biegła wyraźnie od strony dalekich wzgórz.
- Podpłyniemy tam! - rzekł Terteus. - Eriklewesie! Steruj ku owym wzgórzom!
Lecz miejsce, do którego dopłynęli, wydało się im nie ujściem rzeki, lecz wielką zatoką otoczoną ramieniem lądu. Mimo to wody wypływające z niej powodowały prąd tak silny, że Angeles wpłynął do owej zatoki na ciężko pracujących wiosłach.
I wreszcie, późnym popołudniem, dostrzegli szerokie ujście rzeki. Znajdowało się ono na samym krańcu zatoki, która odnogami uciekała między łagodne wzgórza.
Angelos zatrzymał się u jej ujścia. Stali wszyscy spoglądając na rozległy, czysty nurt znikający za dalekimi wyniosłościami na północnym zachodzie.
- Czy tędy wiedzie nasza droga, ojcze? - zapytał Perilawos.
Książę spojrzał na Terteusa i po chwili obaj skinęli głowami.
- Być może jest to właśnie owa droga, synu mój, jeśli tak zechcą bogowie! - rzekł donośnym głosem.
Wiosła opadły. Angelos drgnął i dziób jego skierował się ku rzece.
Następnego dnia w południe przybili do lesistego brzegu, gdyż wiatr ucichł, a załoga pracująca przy wiosłach i zmagająca się z przeciwnym nurtem wielce potrzebowała południowego odpoczynku, podczas którego pragnęli rozpalić ogień i spożyć ciepłą strawę.
Jak zwykle kilku ludzi zapuściło się w las w poszukiwaniu zwierzyny. Powrócili obładowani zdobyczą i weseli. A nikt niczego nie dostrzegł i dopiero gdy wsiedli znów na okręt i ludzie mieli zmienić się przy wiosłach, Kamon zawołał:
- A gdzież jest Kastoros?
Poczęto się rozglądać, lecz miejsce jego na ławie było puste i nie widać go było na brzegu.
- Czy widział go kto podczas posiłku? - zapytał Terteus.
Spojrzeli po sobie. Nie, nikt go nie widział. Przypominali sobie jedynie, że był pośród tych, którzy udali się na łowy.
Terteus zmarszczył brew, a później skinął na Białowłosego i kilku najbliżej stojących.
- Trzeba go odszukać!
Weszli w las nawołując i krążąc wokół miejsca, gdzie stał okręt. Lecz choć oddalili się dość daleko, nie odnaleźli go ani też żadnego śladu po nim.
Ze zwieszonymi głowami i sercami pełnymi niepokoju powrócili na okręt.
- Cóż uczynimy? - zapytał Białowłosy. - Cokolwiek mu się przytrafiło, nie zostawimy go przecież samego w obcej bezludnej krainie?
- Zaczekamy jeszcze... - Terteus był zasępiony. - Może zabłądził? - Spoglądał w las, jak gdyby pragnąc odczytać, co mogło spotkać młodego żeglarza.
- Jego węzełek i deska ze strunami, na której wtórował sobie, są tutaj! - rzekł Kamon.
Czekali, lecz Kastoros nie pojawił się. Gdy minął długi czas, Terteus rozkazał, aby dwa oddziały, po trzydziestu ludzi każdy, ruszyły przetrząsając las w dwie strony, a później zawróciły i szły ku sobie, póki się nie spotkają. Uczynili tak, lecz nie znaleźli Kastorosa ani też żadnych śladów, które powiedziałyby im, że rozerwał go dziki zwierz lub spotkała go inna przygoda, tłumacząca jego zniknięcie.
Wreszcie, po naradzie, ze smutkiem odbili od brzegu, nawołując wciąż i czekając odpowiedzi. Płynęli z wolna środkiem nurtu oglądając się nieustannie, czy nie ukaże się na brzegu wymachując ku nim z dala. Lecz nie ukazał się.
- Wie, że nie odpłyniemy dziś daleko! - rzekł Terteus pocieszając siebie i innych, gdyż Kastorosa wszyscy lubili za jego wesołość i piękny głos. - Jeśli odnajdzie się, będzie szedł nocą brzegiem, aż napotka nasze obozowisko lub dostrzeże z dala okręt wyciągnięty na brzeg.