Więc byłażby to zemsta Minosa? Lecz co znaczyły słowa o innych synach i córach królewskich?
Ruszył ku swoim komnatom i przechodząc sień skinął na wiernego starego Pominiosa.
- Król Krety wzywa mnie do siebie. Odpłynę wraz z owym człowiekiem czekającym w megaronie, okrętem, który dziś o świcie przybył do przystani.
- Czym sprowadziłeś na swą głowę gniew Minosa, panie? - jęknął starzec ocierając łzy.
- Trudno rzec, jeśli nie jest to sprawa owego jasnowłosego młodzieńca. Lecz, jak rzekł mi ów dostojnik kreteński, być może nie w tym rzecz, gdyż mam zamieszkać na dworze królewskim Knossos wraz z synami i córkami królów innych krain zostających pod władaniem Minosa. Nie wiem, co by to miało oznaczać, lecz... - Zawahał się i nagle oczy mu zabłysły. - Być może szpiedzy Minosa donieśli mu, że rodzi się sprzymierzenie przeciw Krecie. Pragnie on więc mieć dzieci królewskie jako rękojmię posłuszeństwa ojców. Zapewne tak być musi, gdyż jaka inna przyczyna kazałaby mu tak postąpić?
Wszedł do swej sypialni i podniósł z kamiennej podłogi ulubiony miecz o długim ostrzu i drewnianej, rzeźbionej rękojeści wykładanej pożółkłą kością słoniową.
Sługa wsunął się cicho za nim do komnaty i czekał przy drzwiach spoglądając na swego młodego pana przerażonym wzrokiem.
- Czy ujrzę cię jeszcze, książę mój?
- Jeśli bogowie zechcą, ujrzysz mnie. Lecz teraz słuchaj ! - Tezeusz podszedł do niego i pochylił się kończąc szeptem: - Wiesz, że byli u mnie trzej królowie przyległych krain, i wiesz także, o czym mówiliśmy, gdyż naradzałem się z tobą nad ich słowami, gdy odjechali. Weźmiesz okręt i samotnie... słyszysz?... samotnie, jeśli nie liczyć twych wioślarzy, popłyniesz do Myken i Tirensu pod pozorem, że wieziesz towary ateńskie dla ich dworów. Dopilnujesz, aby rzecz ta wyglądała jak najzwyklejsza podróż kupiecka. A gdy staniesz przed obliczem królów, rzeknij im o tym, co mi się przytrafiło. Powiedz też, że przebywając w pałacu Minosa będę czekał na wieści od nich, że będę przypatrywał się wszystkiemu i badał sprawy owego królestwa, do którego mnie zaproszono wbrew mojej woli, że przyjrzę się wojsku i umocnieniom stolicy Minosa, a także wszystkiemu, co może być przydatne w dniu, gdy z pomocą łaskawych bogów ludy dotychczas podbite uderzą na Kretę. A jeśli bogowie zezwolą, a będziemy wiedzieli o chwili ich natarcia, wówczas być może ja i inni synowie królewscy, jeśli zechcą okazać się prawdziwymi synami królów, wspomożemy ich od wewnątrz, uderzywszy na obrońców. Nie wiem, czy uda się nam to, nie wiem także, czy Minos nie każe zabić nas dla nieznanej mi przyczyny lub by rzucić postrach na podległe mu królestwa. Jeśli nie stanie się tak i pozostanę przy życiu, niechaj sprzymierzeńcy moi próbują się ze mną porozumieć. Powtórz im to! Czy pojąłeś wszystko?
- Tak, panie mój! - Sługa ukląkł i objął jego nogi. - Żegnaj mi, mój królewiczu! Obym... - Nie dokończył, gdyż łzy stłumiły jego ostatnie słowa.
ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY
W dół runął głaz olbrzymi
Przecięli powrozy z łyka, którymi Kastoros był przywiązany do pala, i ponieśli ciało na okręt, gdzie złożono je pod masztem, na białej płachcie płóciennej, aby zabity żeglarz po raz ostatni mógł ujrzeć niebo, w które nigdy już nie miał spoglądać.
Gdy załoga zasiadła w milczeniu do wioseł i Angelos z wolna odbił od brzegu, kierując się ku środkowi powolnego, przeciwnego nurtu, Terteus pochylił się nad leżącym i ostrożnie, jak gdyby obawiając się sprawić zmarłemu ból, wyciągnął z jego piersi grot ułamanej strzały. Później podszedł do burty i wychyliwszy się, zanurzył koniec strzały w wodzie dla obmycia jej z krwi.
Powrócił do Widwojosa spoglądającego ze smutkiem i troską w nieruchome, szeroko otwarte oczy trupa, w których nie było już ni bólu, ni przerażenia, lecz jedynie biała mgła śmierci.
- Czy widzisz, boski książę? - Uniósł strzałę i ukazał mu wąski kamienny grot zmyślnie osadzony w drzewie.
Widwojos z trudem oderwał wzrok od oblicza umarłego człowieka i spojrzał na strzałę.
- Przebiła mu serce i padł nie wydawszy nawet krzyku...
Książę skinął głową. Nie zdjął jeszcze hełmu i wspaniały pióropusz nad jego głową zatoczył szeroki łuk dotykając niemal narzędzia śmierci.
- Tak zapewne było, lecz nie o tym rozmyślałem patrząc na nią. Jesteśmy w nie znanej nam krainie w obliczu nie znanych wrogów, więc strzała ta może nam rzec niejedno o nich.
- Cóż w niej takiego dostrzegasz? - Widwojos wyciągnął rękę, wziął strzałę z niedostrzegalnym niemal wahaniem i przyjrzał się jej z bliska. - Być może to jedynie, że choć grot ów uczyniony jest z krzemienia... - dotknął ostrza końcem wskazującego palca - uderzył równie silnie i wbił się równie głęboko, jak gdyby był wykuty z brązu.
- To prawda, jeśli jednak lud ów nie zna sztuki wykuwania mieczy lub grotów do strzał i włóczni, wówczas w otwartym boju oręż nasz pozwoli nam odnieść zwycięstwo choćby nad dziesięciokroć przeważającym wrogiem. Strzała taka wystarczy im dla osiągnięcia zwierzyny lub nie zakrytej piersi wojownika, który nie przeczuwa niczego złego. Lecz w starciu cóż mogą przeciwstawić naszym tarczom, pancerzom i spiżowym mieczom?...
Urwał i powiódł spojrzeniem po okalających rzekę wzgórzach, na których las zdawał się przerzedzać, ustępując miejsca kępom gęsto rosnącego jałowca.
- Nie wiemy jeszcze, kim są mieszkańcy tej ziemi... - Widwojos także poszedł wzrokiem za jego oczyma. -Być może nie ma tu żadnego wielkiego plemienia, które pragnie nas zniweczyć, a nieszczęsny Kastoros napotkał przypadkiem jednego lub dwu dzikich łowców, którzy zabili go z łuku, tak jak zabiliby każdego innego obcego.