- Czemuż więc nie porzucili lub nie ukryli ciała, zabrawszy broń, którą mogliby spożytkować? Czy pomyślałeś, boski książę, o tym, że wyprzedzili nas znacznie, ścięli młode drzewo, ogołocili je z gałęzi, wbili głęboko w ziemię na brzegu i przywiązali doń trupa, nim pojawiliśmy się na zakręcie rzeki?
- Cóż ci to mówi, Terteusie?
- Każe mi myśleć, że nie mógł to być jeden ani dwóch nawet wojowników, gdyż nie mogliby tak szybko przenieść zwłok po wzgórkach i dolinach, abyśmy napotkali je tam, gdzie chcieli, aby na nas czekały. A jeśli nawet było ich jedynie kilku, to z pewnością dosiadają koni i posuwają się czuwając nad naszymi poruszeniami. Bowiem jedynie koń pomógł im przenieść zwłoki Kastorosa tak daleko w tak krótkim czasie.
- Lecz mniemasz, że jest ich niewielu, gdyż w przeciwnym razie natarliby na nas, gdy wyszliśmy na brzeg?
- Tak, boski książę. Zapewne dostrzegli nas i być może jedni posuwają się wraz z nami, bacząc na to, co czynimy, a inni udali się tam, gdzie są siedziby ich ludu, aby powiadomić swych władców o naszym przybyciu.
- Jeśli jest tak, a nie wiemy, jak daleko stąd są owe czarne okręty, nakaż, abyśmy przybili do przeciwnego brzegu i pogrzebali naszego towarzysza! - rzekł Widwojos. - Jeśli rozumowanie twe jest słuszne, im prędzej tak uczynimy, tym lepiej, gdyż być może nie zdążą tu przybyć na czas w większej sile, by uderzyć na nas, nim powrócimy na okręt.
Terteus pochylił głowę i odwróciwszy się ruszył ku Eriklewesowi uważnie sterującemu i trzymającemu się środka nurtu, tak aby okręt nie przybliżył się do brzegu na odległość strzału z łuku.
Przed nimi rzeka płynęła rozlewając się pomiędzy dwoma pasmami wzgórz, z których ciągnące się wzdłuż lewego brzegu zdawało się wyższe i bardziej strome.
Terteus wskazał wyciągniętą ręką miejsce, gdzie skłon był łagodniejszy i odsłonięty, gdyż zbocza nie porastało nic prócz trawy.
- Tam przybijemy, Eriklewesie, aby pochować ciało mężnego Kastorosa.
Sternik bez słowa skinął głową.
Okręt z wolna zmienił kierunek, zbliżając się ku lewemu brzegowi.
Słońce nie zaszło jeszcze i dzień stał nadal ponad rzeką i wzgórzami, lecz promienna tarcza dnia nie była już widoczna spoza wierzchołków.
Pozostawiwszy dziesięciu ludzi przy okręcie, którego nie wciągnęli na mulisty brzeg, lecz zatrzymali tuż przy krawędzi głębokiego nurtu okręciwszy linę wokół wielkiego leżącego na piasku głazu, ruszyli w pełnym uzbrojeniu, pnąc się pod górę i otaczając czterech ludzi, którzy na płóciennej płachcie nieśli ciało.
Przed nimi postępowali na odległość rzutu włócznią Białowłosy, Metalawos o potężnych ramionach, jasnowłosy Enexeus rodem z Phaistos na południu Krety, a także Perilawos, który wysunął się naprzód wraz z Białowłosym, gdyż pragnął być wszędzie tam, gdzie jego przyjaciel. Szli z tarczami przerzuconymi przez plecy, a w rękach mieli napięte łuki ze strzałą osadzoną na cięciwie, aby dać pierwszy odpór, gdyby wróg nagle ukazał się w górze.
Zbliżywszy się do wierzchołka wzgórza odstąpili od siebie o kilkanaście kroków, aby idąc zbitą gromadką nie stanowić zbyt łatwego celu dla strzał i oszczepów zasadzki.
Było bardzo cicho, na tej wysokości nie dobiegał nawet szum wielkiej rzeki. Nie wiał wiatr.
Białowłosy wszedł na szczyt wzgórza i rozejrzał się szybko. Kątem oka dostrzegł, że pozostali trzej także osiągnęli już wierzchołek grzbietu.
W milczeniu spoglądał na niezmierzone morze wysokich żółknących gdzieniegdzie już traw, rozciągające się aż po widnokrąg i przecięte z rzadka samotnymi wzgórzami, które niknęły opadając ku wschodowi. Kraina na zachodzie zdawała się wyższa i bardziej pofałdowana. W blasku ostatnich promieni słońca wydało mu się, że daleko po lewej dostrzega linię ciemnych borów.
Bliżej, wzgórze, na którym stali, opadało ku płytkiej dolinie nie porośniętej drzewami. I zbocza, i dolina były puste. A więc wróg, znajdujący się na tamtym brzegu, nie przeszedł tu.
Odwrócił się i spojrzał w dół. Orszak żałobny był już blisko. Widział wyraźnie krwawe kity na hełmach wojowników, ich jasne, jak gdyby spojone z dwóch kół, długie tarcze i białą plamę płachty kołyszącą się miarowo.
Perilawos dał wspinającym się znak uniesioną dłonią, że nie dostrzegają żadnego niebezpieczeństwa.
Wzrok Białowłosego przesunął się dalej, ku ciemnej rozległej smudze rzeki, która na granicy widnokręgu zdawała się rozlewać w wielkie jezioro. Bliżej w dole nie było już słońca. Okręt stojący u brzegu wydawał się czarny w jasnobłękitnej wodzie odbijającej barwę nieba.
Później znów spojrzał w leżącą u stóp dolinę, która zdawała się cicha, piękna i gościnna, jak gdyby nie leżała w krainie, gdzie śmierć czeka na nierozważnego wędrowca, który samotnie oddali się od swoich.
W milczeniu załoga Angelosa weszła na grzbiet wyniosłości i zatrzymała się spoglądając na rozległy widok zamglony blaskiem wieczoru.
Widwojos wyciągnął miecz z pochwy okrytej drobną złotą łuską i nakreślił w trawie czworobok.
- Nie mając innych narzędzi wykopmy tu grób naszymi mieczami - rzekł donośnym głosem. - I przynieście nieco kamieni, abyśmy zbudowali mu dom!
Pierwszy wbił miecz w murawę, wyciął jej kawałek i pochyliwszy się, odrzucił go na bok.
Szybko poczęto poszerzać zagłębienie w miękkiej ziemi, a kilku odeszło, by zebrać pewną ilość niewielkich kamieni, które zaczęto składać obok grobu.
Był już zmierzch, gdy wykopali jamę dostatecznie głęboką, aby drapieżniki nie mogły wywlec ciała.
Wówczas Metalawos wszedł do grobu i ułożył równo kamienie pod ścianami.
Gdy skończył, rzekł:
- Podajcie mi ciało Kastorosa, aby spoczął! Ostrożnie zbliżyli się ludzie z płachtą. Metalawos wziął umarłego w ramiona i łagodnie złożył go w głębi jamy, po czym pochylił się, by, jak każe obyczaj, ułożyć go na boku z lekko podkurczonymi nogami i rękami podłożonymi pod głowę, jak gdyby spał.