Podano jeszcze dzban wina zapieczętowany woskiem i dwie miski, jedną z prosem, a drugą z jęczmieniem. Dzban złożył Metalawos w głowach zmarłego, a obie miski u jego nóg. Gdy to uczynił, zbliżył się sternik Eriklewes trzymając w wyciągniętych dłoniach małe gliniane figurki: Wielkiej Matki o uniesionych błogosławiących rękach i błagalnika stojącego z dłonią przyłożoną do czoła, gdyż tak właśnie winien był stanąć Kastoros przed bogami Krainy Mroku.
A gdy złożono obie figurki na ziemi, tuż przy głowie zmarłego, Metalawos wydźwignął się z grobu i wraz z Eriklewesem opuścili na ciało białą płachtę. Później cofnęli się obaj i spojrzeli w milczeniu na księcia.
Widwojos pochylił się, ujął w dłoń garść świeżo wykopanej ziemi i rzucił na płachtę. Kolejno podchodzili i każdy czynił podobnie, aż odszedł ostatni i wówczas zaczęto spychać ziemię mieczami w głąb grobu, który szybko się wypełnił. Udeptali to miejsce i sypali dalej, aż wreszcie uczcili zmarłego małym kopcem kamieni i odstąpili.
Zmrok już zapadał szybko i jedynie na zachodzie niebo było nadal jasne. Okręt u ich stóp był niemal niewidoczny. Nad dalekim stepem wynurzał się księżyc.
Terteus zbliżył się do księcia i podał mu dwa małe dzbany, jeden z winem, drugi pełen oliwy.
Widwojos podszedł do grobu i pośród ciszy wylał je na kopiec mówiąc:
- Obyś nie błądził w obcej ciemności i wrócił się do ludu twego!
Lekko cisnął puste dzbany, które rozprysły się na kamieniach z cichym klekotem. Później odwrócił się i ruszył grzbietem ku skłonowi zbocza.
Lecz w pewnej chwili przystanął i zwrócił oblicze ku wschodowi.
Daleko na wierzchołkach niewidzialnych już wzgórz migotały ogniki: jeden, drugi, trzeci. Były odległe od siebie, lecz wyraźne w zapadającym mroku jak oczy nocnych zwierząt. Terteus, który zatrzymał się obok księcia, nie rzekł słowa.
Spoglądali wszyscy w milczeniu, a dalekie ognie to wznosiły się, to opadały, jak gdyby ktoś podsycał je i przesłaniał.
Wreszcie Terteus wzruszył ramionami:
- Obym się mylił, lecz mniemam, że oto wieść o naszym pojawieniu się biegnie właśnie przez tę krainę!
Ruszyli w dół ku Angelosowi, który spokojnie kołysał się przy brzegu na skraju łagodnego nurtu.
Gdy zapadła noc, rozpalili wielki ogień nad brzegiem i w jego blasku spożyli wieczerzę, gdyż, jak słusznie rzekł Terteus, jeśli ludzie owi z dala czuwają nad okrętem, niechaj widzą, że przybysze nie dbają o nich i nie lękają się ich.
Księżyc wzeszedł i w blasku jego nagie zbocza wzgórz i nurt rzeki widoczne były dla straży, rozstawionych wokół ognia, tak że Kreteńczycy nie musieli lękać się niespodziewanego natarcia pod osłoną ciemności.
Gdy orszak żałobny powrócił ze wzgórz, Białowłosy wraz z Perilawosem i Kamonem ruszyli wzdłuż brzegu, ścinając na ogień gałęzie rosnących nieco wyżej jałowców. Szli rozglądając się uważnie w bladym księżycowym blasku, gdyż za którymś z krzaków mógł się kryć wróg, podobny temu, który poraził strzałą Kastorosa. W pewnej chwili, gdy mieli już nacięte naręcza kłujących jałowcowych gałązek, Białowłosy zatrzymał się nagle.
- Nie uczyniliśmy tego! - rzekł półgłosem.
- Czego? - Kamon, który szedł nie opodal, zbliżył się ku niemu. Także i Perilawos idący nieco wyżej zbiegł ku brzegowi i stanął przy nich.
- Czemuż stoicie? - zapytał półgłosem. - Czy ujrzeliście coś?
- Nie! -Białowłosy potrząsnął głową. -Gdy chowaliśmy Kastorosa, zdało mi się, że zabrakło czegoś w jego grobie...
- W grobie? - Kamon wzruszył ramionami. - Jeśli człowiekowi brak czego w grobie, to żywota, który pozostał w górze i nigdy nie powróci! - Roześmiał się bezradosnym śmiechem.
- Mów! - rzekł Perilawos. - Nie pojmuję cię?!
- Owej deski ze strunami, na której lubił sobie wtórować, gdy śpiewał... - Białowłosy potrząsnął głową. - Naszą było sprawą, by zabrał ją z sobą na wędrówkę, z której już nie powróci. Czego nie daliśmy mu dziś, tego już nigdy mieć nie będzie.
Zbliżyli się z wolna ku ognisku, które właśnie urosło rzucając krwawy blask na spokojne, rozlane wody i czarny okręt.
- To prawda... - Kamon westchnął. -Wielu nas było, a nikt o tym nie pamiętał. Źle by się stało, gdyby nieżyczliwość jego poszła odtąd w ślad za okrętem, gdyż niezmiernie może mu brakować owej zabawki tam, gdzie dusza jego nie zazna już śmiechu ni wesela.
Podeszli do ogniska, rzucili naręcza gałęzi na inne, już zebrane, i spojrzeli na księcia, który siedział przy ogniu na rozpostartym płaszczu.
Nagle Perilawos ruszył ku ojcu i stanął przed nim.
Książę półgłosem naradzał się z Terteusem rozważając, czy po spożyciu wieczerzy i zagaszeniu ogniska nie wypłynąć pod osłoną mroku na rzekę i nie posunąć się tak daleko, jak się uda, by spędzić resztę nocy przy brzegu w innym miejscu. Co prawda księżyc świecił jasno, lecz nie była to jeszcze pełnia, a gdy jeden z małych, wędrujących nocnym niebem obłoków przesłoni jego oblicze, może uda się niespostrzeżenie dobić do brzegu w miejscu osłoniętym gęstym cieniem rzuconym przez wzgórza.
- Ojcze! - rzekł Perilawos. Książę uniósł głowę.
- Cóż takiego, synu mój?
Uśmiechnął się do niego swym zmęczonym, smutnym uśmiechem, w którym jednak ostatnio pojawiały się rysy prawdziwej wesołości, gdyż wbrew temu, co przypuszczał początkowo, surowe życie żeglarza i przywódcy okrętu, nie mającego żadnej przystani, do której mógłby powrócić, poczynało z wolna przemieniać go w innego człowieka Gdyby nie ciągła obawa o los dziecka, byłby może nawet szczęśliwy, a z pewnością odczuwał, że jest szczęśliwszy i spokojniejszy niż w Knossos pośród niewolników, różanych wodotrysków, wymyślnego jadła, wspaniałych naczyń i czci oddawanej mu jako potomkowi Byka i bratu monarchy.