Gdyż czająca się tam śmierć była bardziej prawdziwa i nieuchronna niźli ta, którą mogli przynieść mu barbarzyńcy zbiegający z wrzaskiem z owych ciemnych wzgórz, aby zgładzić załogę obcego okrętu płynącego przez ich krainę. Takiej śmierci spoglądali w oczy jego przodkowie, którzy uderzyli na dawne królestwo Krety, aby zatknąć nad nim swój znak podwójnego topora. I choć było to bardzo dawno, jednak krew owych wojowników płynęła w jego żyłach i z dnia na dzień tracił rozpaczliwą pewność, że jest wraz z Perilawosem skazany na śmierć, której nic nie zdoła odwrócić. Uniknął dotąd pułapek zastawionych przez nienawiść Minosa i przedarł się wraz z okrętem i dzielną załogą tam, gdzie potężne ramię brata nie mogło już dotrzeć. Przyszłość leżała w ręku bogów, jeśli istnieli, a z pewnością wiele zależeć będzie od jego roztropności, odwagi i siły, którą natchnie swych ludzi. Później, gdy być może odnajdą ową krainę bursztynu, powrócą, aby z dala, na jakimś małym skrawku lądu, założyć niewielkie królestwo i czekać, co los przyniesie. Albowiem Minos nie był wieczny, a któż był jedynym dziedzicem królestwa, jeśli nie Perilawos... Lecz wszystko to ukryte było za gęstą zasłoną nadchodzących dni i książę wiedział, że wiele jeszcze niebezpieczeństw i trudów znieść będą musieli obaj, nim ocalą życie i powrócą. Wystarczyłaby jedna pułapka jakiegoś barbarzyńskiego ludu lub zabłąkana strzała, aby wszystkie jego marzenia zostały zniweczone. Mimo to także i lęk o życie Perilawosa, choć nie minął, przemienił się jednak nieco. Nie drżał już nieustannie o los syna. Chłopiec musiał zostać dzielnym wojownikiem i wytrwałym żeglarzem, jeśli miał uniknąć tego, co leżało przed nim. I ta sama przemiana, której podlegał, kazała mu patrzeć z dumą na jedynego dziedzica coraz bardziej podobnego do otaczających go żeglarzy. Z radością spoglądał z dala na jego ramiona, które przypominały już ramiona dorosłego młodzieńca i z łatwością napinały ciężki łuk lub brały zamach, by miotać długą włócznią o spiżowym ostrzu lub lekkim oszczepem. Od chwili, gdy pojął, że miłość ojcowska, pragnąca uchronić dziecko przed każdym niebezpieczeństwem, niewiele może zdziałać w tej wyprawie, zagryzł wargi i pogodził się w duchu z myślą, że Perilawos będzie spotykać owe niebezpieczeństwa oko w oko jak inni. A być może zdobyta dzielność i doświadczenie staną się kiedyś podwaliną, na której powstanie nowe, potężniejsze królestwo Krety, pozbawione zniewieściałości i zdolne potężnym ramieniem swego władcy nakazać posłuszeństwo niezliczonym podbitym ludom.
- Kastoros, ojcze, przygrywał sobie zawsze, gdy śpiewał, a nie włożyliśmy mu do grobu owej deseczki o trzech strunach...
- To prawda... - mruknął Terteus. - Czyżby miał ją z sobą i zabrali ją jego zabójcy?
- Nie! - Perilawos zwrócił spojrzenie ku niemu. - Białowłosy rzekł, że spoczywa ona pod jego ławą wraz z węzełkiem!
- I cóż chcecie uczynić? - Książę uniósł brwi. - Stało się i pogrzebaliśmy go bez niej. Choć, być może, weselej by mu z nią było w owej Krainie Mroków. Siadajcie do wieczerzy, gdyż placki już się opiekają. A później odpłyniemy stąd, aby znaleźć miejsce na nocleg, dalej, w górę rzeki.
- Ojcze... - rzekł Perilawos.
- Rzeknij wreszcie, co masz na myśli.
- Czyżbyśmy nie mogli, Białowłosy, Kamon i ja, udać się tam i ułożyć ją przy nim? Nie zajmie nam to wiele czasu i wnet zbiegniemy ku wam...
- Lecz zachowajcie ostrożność...
Książę mimowolnie spojrzał ku górze, gdzie nad ich głowami odcinała się nieco od mrocznego nieba linia grzbietu wyniosłości.
- Tak uczynimy, ojcze!
- Bądźcie cisi i znalazłszy się tam, rozejrzyjcie się bystro, gdyż nie wiem, co nas otacza - dodał spokojnie Terteus i sięgnąwszy po misę, na której dymiły placki jęczmienne, podał ją księciu.
Perilawos zawrócił ku dwom towarzyszom stojącym za kręgiem ogniska i po chwili Białowłosy brnąc po pas w wodzie zbliżył się do okrętu i wdrapał na burtę.
W blasku księżyca odszukał miejsce Kastorosa i sięgnąwszy pod ławę wyjął spod niej ową deseczkę. Wyprostował się i przeciągnął palcami po strunach. Odpowiedziały brzękliwie i ucichły, jak gdyby śmierć pana odebrała im śpiewność.
Zsunął się z burty w wodę i dobrnął do brzegu.
Ruszyli w milczeniu i minęli dwu stojących na straży wojowników ukrytych za krzewem jałowca, tak aby mogli widzieć, a sami nie byli widziani z dala w blasku ognia.
Poczęli piąć się pod górę. Kamon szedł pierwszy, kołysząc w dłoni lekkim oszczepem. Zamykający pochód Białowłosy spoglądał w rozgwieżdżone niebo, z którego zdawały się spływać ku ziemi chłód i cisza. Noce były coraz zimniejsze, choć za dnia nadal słońce grzało mocno jak w znanym im świecie, który opuścili.
Przez chwilę rozmyślał nad tym, jaka pora roku była teraz na jego rodzinnym wybrzeżu, a jaka na Krecie? Musiała tam być już jesień, ciepła, niemal upalna, pora owoców i nieustannie rozkwitających kwiatów. Jak dawno wypłynęli z Amnizos? Ani on, ani zapewne nikt z załogi nie liczył dni od owej chwili. Wydawało mu się, że upłynęło ich już bardzo wiele.
Kamon zatrzymał się. Byli na szczycie wzniesienia. U stóp falowała w blasku księżyca nieskończona kraina traw, które wydawały się teraz srebrzyste i ciągnęły aż po krańce nocnego widnokręgu.
Z wolna podeszli do kopczyka kamieni. Perilawos z Białowłosym ostrożnie zdjęli ich kilka i odłożyli na trawę, starając się, by nie uderzyły o siebie. Później wygrzebali dołek w ziemi tam, gdzie, jak im się wydawało, była głowa umarłego i wsunęli deseczkę zważając, aby nie przerwać którejś ze strun. Uważnie zasypali dołek i położyli na powrót kamienie.