Выбрать главу

    - To prawda, że ściga mnie jego nienawiść, lecz jakże mógłbym uwierzyć, że ty lub Białowłosy, lub też inni młodzieńcy, którzy wyruszyli ze mną wierząc, że powiodę ich ku sławie i bogactwom, zechcecie mi towarzyszyć? Czemuż miałbyś żyć ty lub kto inny z was z dala od swych bliskich i swej ojczyzny po to jedynie, aby wspomóc człowieka, któremu towarzyszy nienawiść największego z władców świata?

    - Wszyscy Kreteńczycy, którzy ci towarzyszą, książę, wiedzą, że nie ma dla nich powrotu, gdyż słudzy brata twego zabiją bez zwłoki żadnej każdego żeglarza z załogi Angelosa. Minos nie zezwoli żyć nikomu, kto mógłby rzec choćby słowo o tym, jak podstępnie chciał zgładzić cię rękami króla Troi. Ludzie płynący wraz z tobą na tym okręcie jasno pojmują, że jeśli bogowie zezwolą im ujrzeć brzeg rodzinny, może to nastąpić jedynie wówczas, gdy przywiedziesz ich tam ty lub syn twój Perilawos... A stać się to może nie wcześniej niźli w dniu, gdy zemsta królewska przestanie im zagrażać. Dzień ów wielce może być odległy. A jeśli rozważysz sprawy moje i Białowłosego, nie żylibyśmy już, gdybyś nam nie podarował żywota. I dlatego związaliśmy się z tobą i synem twym wielką przysięgą. Jesteśmy młodzi, obu nas wykarmiło morze, oczy nasze ciekawe są nowych krain, a w sercach naszych drzemie pragnienie nowych przygód. Wielka jest ta wyprawa, boski książę, a okrętu takiego jak ów, którym płyniemy, nie nosiły jeszcze fale. Bądź więc i ty dobrej myśli, jeśli wolno mi tak rzec, gdyż choć nas i przyszłość naszą otacza mgła, a nie znamy drogi, którą nam przebyć wypadnie, jednak nie nam pierwszym i nie nam ostatnim los każe spoglądać na nieznane wybrzeża. A reszta jest w ręku bogów i w sile naszych mieczy!

    Roześmiał się pogodnym, młodzieńczym śmiechem, a Widwojos także się rozchmurzył.

    Mgła rzedła z wolna. Poprzez postrzępione smugi oparu poczęli dostrzegać w oddaleniu niską linię brzegów po prawej na wschodzie, tam skąd dobiegały coraz cieplejsze promienie słońca.

    Rzeka w rzeczy samej zdawała się przemieniać w jezioro i gdyby nie powolny nurt rozlanych wód, kierujących się ku ujściu, można by sądzić, że znajdują się na wielkim śródlądowym morzu.

    Wiatr zerwał się i rozegnał resztki chmur dmąc z południa. Postawiono więc maszt i wciągnięto wielki żagiel. Ogromna głowa Byka zakołysała się nad wodami i Angelos pospieszył prując niskie fale wprost ku północy. Stojący przy wiosłach sterowych Eriklewes z uwagą wpatrywał się w nurt, gdyż znajdując się z dala od brzegów obawiał się, aby okręt nie minął miejsca, gdzie rzeka ponownie wpada w węższe koryto napływając z północy. Wówczas poczęliby błąkać się po ogromnym rozlewisku, a pragnęli opuścić jak najspieszniej tę niegościnną krainę. Wody zdawały się spływać ze wschodu, a więc rzeka zapewne zmieniała tu kierunek. Dalekie wzgórza w owej stronie przemieniły się w niską, zaledwie widoczną z dala płaską krainę nadbrzeżną, podczas gdy zachodni brzeg biegł łańcuchem stromych wyniosłości i zachodził ku północy.

    Choć było ciepło, wiatr dął coraz silniejszy i Angelos przebył do południa dwakroć tyle drogi, ile byłby przemierzył w ciągu dnia całego na wiosłach. Skręcili ku wschodowi i dostrzegli, że z wolna brzegi poczynają przybliżać się ku sobie. Byli u krańca rozlewiska.

    Wówczas Terteus dał odpoczywającej załodze rozkaz, aby zasiadła do wioseł, gdyż pragnął, jeśli się to uda, opuścić dziś brzegi zamieszkałe przez owo wrogie im plemię. Wyspa, na której zatrzymali się na nocleg, zniknęła już dawno za rufą okrętu.

    Prąd stał się wartki i na wodzie poczęły tworzyć się ' maleńkie oczka wirów, a brzegi przybliżyły się ku sobie bardziej jeszcze. Rozlewisko pozostało za nimi, a przed nimi szerokim kolanem rzeka skręcała wokół skalnego urwiska ku północy. Było ono tak strome, że wisiało niemal nad wodą, nagie i ciemne, choć na wierzchołku widać było kępy krzewów i zarośli.

    Przybliżając się unieśli głowy i poczęli przypatrywać się gładkiej skalnej ścianie, czarnej pośród morza żółtozielonych traw pokrywających oba brzegi.

    Angelos znalazł się niemal u stóp urwiska i wówczas Eriklewes skręcił nieco, widząc wodę pieniącą się na krawędzi skał.

    W tejże chwili olbrzymi głaz runął w dół ze straszliwym świstem i wzbił obłok wody tuż przed dziobem Angelosa. Za nim upadł drugi i woda rozbryznęła się u burty skręcającego gwałtownie okrętu, który zadrżał na całej długości i dźwignął się na wzburzonej nagle powierzchni. Równocześnie runął z góry grad strzał i mniejszych kamieni.

    Wierzchołek urwiska zaroił się od ludzi, którzy podbiegali aż ku samej krawędzi, miotając w dół przygotowane pociski.

    Lecz czy to wiatr dął zbyt mocno znosząc nieco strzały, czy też nacierający czekali o mgnienie oka zbyt długo, odległość stała się zbyt wielka, nie dosięgły one okrętu i padły za nim, burząc wodę na wielkiej przestrzeni.

    Wiosłując z całej mocy środkiem nurtu, bezpieczni już, lecz z sercami pełnymi przerażenia, jakie wywołał w nich widok lecących z góry ogromnych odłamów skalnych, z których każdy, gdyby trafił, roztrzaskałby okręt na drzazgi, wioślarze pochylali się i prostowali, odwracając głowy ku szczytowi urwiska, na którym widać było wyraźnie maleńkie postacie ludzkie dosiadające pospiesznie koni, zawracające i znikające. Zapewne jeźdźcy ci zjeżdżali w dół łagodnym niewidocznym dla patrzących od strony rzeki zboczem, które prowadziło na szczyt urwiska.

    Przez chwilę jeszcze widać było z dala kilku jeźdźców stojących nieruchomo i spoglądających za okrętem. Jeden z nich wysunął się przed innych i trwał jak posąg tak blisko przepaści, że przednie kopyta konia wsparły się niemal w jej krawędź.

    Wschodzące słońce oświetlało go wyraźnie i migotało na złotym wieńcu otaczającym wysoką spiczastą czapkę, którą miał na głowie.