Okręt był już daleko, gdy jeździec ów zawrócił i zniknął, a za nim zniknęli pozostali.
ROZDZIAŁ DZIESIĄTY
I rozpłakał się jak dziecko
Pośród dziewięćdziesięciu dziewięciu ludzi znajdujących się na pokładzie Angelosa był młodzieniec z Amnizos, imieniem Harmostajos, z którym Białowłosy często współzawodniczył, gdy okręt płynął pod żaglem i załoga skazana była na bezczynność.
Harmostajos niewiele umiał rzec o swym pochodzeniu, gdyż zapewne go nie znał, będąc jednym z owych dzieci włóczących się po nadbrzeżu, śpiących i żywiących się byle gdzie, a trudniących się po trosze kradzieżą placków ze straganów, zbieraniem odpadków jadła lub najmujących się za miskę strawy do pomocy rybakom przy patroszeniu ryb po połowie. Gdy tylko dorósł, najmował się jako wioślarz na okręty kupieckie, a gdy usłyszał, że boski Widwojos zbiera załogę, by wyruszyć poza granice poznanego świata, zgłosił się jako jeden z pierwszych. Terteus, który nie dbał o nic więcej prócz tego, by ludzie mający odpłynąć na pokładzie okrętu byli silni, młodzi i zżyci z morzem, przyjął go bez wahania.
Harmostajos okazał się pożyteczny nie tylko jako wioślarz. Surowe i głodne dzieciństwo nauczyło go wiele. Umiał polować na stworzenia morza trójzębem lub lekkim oszczepem niemal tak szybko i pewnie jak Białowłosy. Często, ku podziwowi całej załogi, tkwili obaj nieruchomo przy burcie, aby jednym błyskawicznym ruchem uderzyć w wodę i unieść broń, na której trzepotała przebita ryba. Obaj nie chybiali nigdy. Mimo tego współzawodnictwa wywiązała się pomiędzy nimi przyjaźń, a zabawy owe, dzięki którym wszyscy żeglarze mieli zawsze pod dostatkiem świeżych ryb, sprawiły, że Harmostajos począł uczyć Białowłosego także i innej sztuki, w której celował. Otóż będąc chłopcem nauczył się chwytać na trzymaną w ręce i rozkręconą nad głową pętlę małe zwierzęta w górach otaczających Amnizos, a był w tym tak przemyślny, że umiał zatrzymać w biegu zrywającego się do ucieczki zająca. Później doszedł w tym do tak wielkiej wprawy, że na długość trzymanego w ręce sznura umiał, biegnąc, rzucić pętlę i wyrwać z pnia drzewa wbity tam krótki nóż.
Białowłosy i inni żeglarze próbowali kilkakrotnie naśladować go w tym, lecz rzecz ta była niezwykle trudna i nie udawała się nikomu.
W ciągu ostatnich dni, tak wypełnionych wydarzeniami i smutkiem po stracie Kastorosa, wszyscy zapomnieli niemal o tych jego zabawach. Lecz oto teraz, gdy późnym popołudniem okręt nadal mknął pod żaglem trzymając się środka rzeki, która na szczęście nadal płynęła rozległym nurtem wprost z północy, Harmostajos, wbiwszy miecz w ławę, bawił się rzucając swą pętlę z odległości kilku kroków, tak aby nieuchronnie owinęła się wokół rękojeści. Białowłosy stał przy nim, biorąc od czasu do czasu sznur, lecz dopiero po dwakroć udało mu się zarzucić na miecz dość szeroką i niezdarną pętlę, która jednak zawsze zdążyła opaść na deski, podczas gdy Harmostajos podrywał ją tak szybko, że zaledwie znalazłszy się ponad wbitym mieczem zaciskała się na głowicy jak na szyi zwierzęcia.
Ludzie siedzieli naokół żartując i jedząc suche placki, a że byli młodzi, ani lęk przed nieznaną przyszłością, ani to, że nie wiedzieli, dokąd płyną i jakie niebezpieczeństwa mogą czekać ich za najbliższym zakrętem rzeki, nie chmurzyło im oblicza.
Tak ich zastał Terteus, który nadchodził właśnie od dziobu okrętu, aby naradzić się z Eriklewesem, czy nie przybić za dnia do niskiego, prawego brzegu, z którego roztaczał się rozległy widok na pokryty trawą, pozbawiony drzew step, skąd trudno było przypuścić niespodziane uderzenie. Rozmyślał nad tym, by dać ludziom wypocząć i upolować nieco zwierzyny, jeśli nadarzy się w pobliżu, a później, tuż przed zachodem słońca, pragnął odbić od brzegu i spędzić noc na wodzie posuwając się z wolna, jeśli księżyc będzie oświetlał drogę, lub utrzymując pośrodku nurtu do świtu, jeśli mrok będzie zbyt gęsty.
Zatrzymał się teraz i uśmiechnął widząc, że załoga nie straciła ducha, a poranne wypadki nie wpędziły ludzi w przerażenie, które pokonałoby ich w przyszłym boju prędzej niż sprawiłby to nieprzyjaciel.
Harmostajos stał właśnie z pętlą w ręku zamierzając się, by raz jeszcze uchwycić rękojeść wbitego w dno miecza, lecz widząc nadchodzącego Terteusa, opuścił uniesione ramię, aby go przepuścić.
- Rzuć, Harmostajosie! - rzekł Terteus. - Nie na mój miecz się zamierzasz, lecz na własny!
Zaledwie to wyrzekł, pętla jak zaczarowana wystrzeliła z dłoni młodego żeglarza z cichym sykiem nad pokładem i uczuł lekkie szarpnięcie, a po chwili ze zdumieniem ujrzał swój miecz nadlatujący powietrzem ku wyciągniętej ręce Harmostajosa, który pochwycił go zręcznie i skłoniwszy głowę podszedł trzymając go głowicą ku przodowi.
- Zechciej mi wybaczyć ów żart, lecz uczynek bywa czasem szybszy niźli myśl, a gdy wyrzekłeś owe słowa o swym mieczu, ręka moja nie zapytała mnie o zezwolenie, lecz sama uczyniła, to, co uczyniła.
Terteus, nadal nie mogąc uwierzyć swym oczom, dotknął pustej pochwy, wziął z jego ręki miecz i wsunął go do niej.
- Nie proś mnie o wybaczenie, Harmostajosie, gdyż piękną i przemyślną umiejętność posiadłeś, a nie znałem nikogo, kto by umiał rzecz taką uczynić! Oby przydała ci się kiedyś, gdy życie twoje zależeć od niej będzie!
Roześmiał się i położywszy przelotnie Harmostajosowi dłoń na ramieniu, minął go kręcąc głową z podziwem, a siedzący naokół ludzie pożegnali go wesołym okrzykiem. ł
Okręt sunął prosto rozległym nurtem, który zdawał się płynąć bez najmniejszych zakrętów, co najmniej tak daleko jak sięgał wzrok stojących na dziobie. Choć Widwojos, Terteus i dwu zwróconych ku sobie plecami bystrookich żeglarzy, stojących pod masztem i nie spuszczających brzegów z oka, nieustannie badało mijaną krainę, nie dostrzegli już śladu człowieka.