Выбрать главу

    Raz jedynie ujrzeli schodzącego ku wodzie jelenia, który na widok okrętu cofnął się z wolna i zniknął pośród wysokich traw nadbrzeżnych, tak wybujałych, że jedynie korona jego rogów zachwiała się ponad nimi, gdy odchodził, a całe zwierzę zakrywały one przed wzrokiem ludzi.

    Przypatrywali się też tysiącom ptaków wodnych, żyjących w nadbrzeżnych szuwarach. Było ich tak wiele, że z łatwością dały się zabijać z łuku, bowiem nie były płochliwe i zrywały się dopiero wówczas, gdy okręt, który zapewne nie przypominał im wrogiej istoty, a raczej pływającą wyspę, znajdował się blisko.

    Wiele z nich siadało na burtach i na rei żagla, lecz tych nie zabijano, gdyż jedynie krew ofiarnych zwierząt może zbryzgać pokład płynącego okrętu, a inne są gośćmi. A nikt nie mógł wiedzieć, czy nic zesłali ich bogowie tej krainy lub, co straszliwsze, czy któryś z nich sam nie był bogiem, który przyjął postać ptaka, by spojrzeć z bliska na śmiertelnych. A choć bóg każdy jest nieśmiertelny i strzała ludzka nie może mu uczynić krzywdy, jednak zabicie ptaka, w którego postaci przybył w gościnę, musiałoby wywołać jego zemstę. A któż pragnie zemsty bogów?

    Terteus pilnie wpatrywał się w roje nadbrzeżnego ptactwa, gdyż z zachowania ich pragnął pojąć, czy do brzegu nie zbliżali się od strony lądu jacyś ludzie, którzy zapewne by je spłoszyli.

    Lecz rzeka nadal była spokojna i gdy nadeszło południe, a później słońce pochyliło się ku wieczorowi i zawisło nad dalekim widnokręgiem, pomyślał z cichą nadzieją, że być może minęli już siedziby owego wrogiego plemienia i wpłynęli na zupełne odludzie, nie znajdujące się pod panowaniem człowieka.

    Mimo to po naradzie z księciem postanowił zatrzymać okręt na rzece, gdy nadeszła noc.

    Księżyc świecił jasno i świat naokół zatonął w ciszy. Usnęło ptactwo wodne i jedynie od czasu do czasu rozlegał się cichy plusk, gdy wielka ryba wynurzyła się ponad powierzchnię wody, by natychmiast zniknąć na powrót w głębinie.

    Terteus nie mógł usnąć. Siedział na uniesionym dziobie okrętu, owinięty w płaszcz, z mieczem leżącym na kolanach, i rozmyślał nad tym, czy nie dałoby się burt Angelosa wzmocnić płotami z wikliny, która była lekka i nie obciążając wielce okrętu, uchroniłaby wioślarzy od strzał, Bowiem można było przypuścić, że długo im przyjdzie wędrować korytami rzek, a wiele z nich może okazać się znacznie węższymi niźli ta, po której teraz płynęli, co zezwoliłoby zaczajonym w zasadzce wrogim łucznikom razić ich z brzegu.

    Wstał i ruszył cicho ku tyłowi okrętu, przestępując ostrożnie śpiące postacie i wymieniając skinienia głowy z czuwającymi przy burtach strażami.

    W pobliżu ładowni, gdzie stały pithosy z mąką i ziarnem, dostrzegł Białowłosego, który leżał z otwartymi oczyma wpatrzony w niebo, z którego znikły gwiazdy przygaszone blaskiem księżyca. Przysiadł na piętach tuż obok niego.

    - Nie śpisz?

    - Rozmyślałem... - odparł Białowłosy półgłosem i umilkł.

    - Nad czym?

    - Opowiedziałem ci już, jak to pojmali mnie Egipcjanie i miałem być rzucony w ofierze ich bogu-potworowi. Nie wierzyłem wówczas, że ocalę me życie. A dziś rozmyślam nad tym, że choć nie pragniemy tego rzec głośno, niewielu z nas, a zapewne żaden nie powróci żywy do swej ojczyzny. A jednak, gdybyś rzekł mi teraz, że bogowie nadali ci moc, dzięki której możesz sprawić, aby cały ów czas... to wszystko, co mi się przytrafiło od chwili, gdy burza pognała mą łódź z rodzinnej zatoki ku dalekim krainom, że możesz sprawić, aby rzeczy te zniknęły i bym znów był w owej łodzi, a wiedząc, że nastanie burza, zawrócił wcześniej ku domowi i uszedł nawałnicy... - Urwał ponownie.

    - Cóż byś uczynił? - zapytał Terteus.

    - Rzekłbym ci, że nie pragnę tego, albowiem nie znam piękniejszego losu i innego nie chcę, choćbym musiał pozostawić moje młode kości pod małym kopczykiem w nieznanej krainie nad brzegami obcej rzeki, jak się to przytrafiło Kasto rosowi.

    Terteus roześmiał się cicho.

    - Do dziś mniemałem, że wszyscy inni pragną dostatniego żywota, trzód, bogactw, wielu synów i spokojnego losu u boku urodziwej małżonki, a ja jeden naznaczony jestem przez bogów niepokojem i pragnieniem wałęsania się po świecie w poszukiwaniu strzały lub miecza, które uciszą wreszcie moje serce. Dziś pojmuję, że nie mnie samego skazali oni na wiekuistą wędrówkę! Przewidujesz więc, że nikt z nas nie uniesie głowy z tej wyprawy? Przewidywałem podobnie, gdy kapłani Sebeka mieli mnie w swej mocy, a przecież żyję i mówię z tobą!

    Roześmiali się obaj cicho. Jeden ze śpiących w pobliżu żeglarzy drgnął, wymamrotał coś i obrócił się na drugi bok. Na wschodzie niebo zaczęło blednąc.

    Rankiem ruszyli nie przybliżając do lądu i nie spożywszy ciepłej strawy. Po pewnym czasie brzegi zbliżyły się ku sobie, a przed dziobem okrętu ukazał się w dali jak gdyby niski taras rzeczny, z którego rzeka toczyła swe wody.

    Ujrzawszy go z dala Terteus zmarszczył brwi.

    Widwojos przysłonił oczy ręką.

    - Wydawać by się mogło, że zbliżamy się do rozległego, choć niskiego wodospadu.

    - Jeśli tak jest i Angeles nie będzie mógł posunąć się dalej, pozostanie nam jedno tylko, byśmy mogli nadal płynąć ku północy.

    - Czy sądzisz, że udałoby się nam przenieść go lądem? - spytał książę.

    - Jeśli przeniesiemy najpierw maszt, pithosy z żywnością, żagiel, wiosła i cały nasz dobytek, a pusty okręt położymy na krągłych, dobrze ociosanych pniach i będziemy pchali go, jak to czynią budowniczowie okrętów, nim spuszczą kadłub na wodę, wówczas możemy go przeciągnąć linami przez niewielkie wzniesienie, jeśli ziemia tam będzie twarda, równa i nie rozmokła. Gdyby droga okazała się trudniejsza, musielibyśmy rozebrać go, a przynajmniej wyjąć ławy i wszystko, co nie byłoby nagim kadłubem. Jeśli, co najgorsze, natrafilibyśmy na progi skalne, przez które nie dałoby się go przetoczyć, trzeba byłoby okręt rozbić i złożyć go na powrót, choć niewiele mamy w zapasie smoły, koniecznej, aby uszczelnić od nowa deski kadłuba.