- Czemuż więc nie uderzą na nas? - Białowłosy wpatrywał się w rozfalowane morze traw, jak gdyby oczekiwał, że lada chwila zaroi się ono uzbrojonymi ludźmi lub że nadbiegnie stamtąd ze świstem obca strzała.
- Gdybym byt owym wodzem... - ciągnął Terteus przyspieszając, gdyż zaczęli podchodzić wzdłuż brzegu ku pierwszym skałom zapory - przepuściłbym dwu wojowników wysłanych na zwiady... takich dwu, jakimi my jesteśmy. Cóż mu bowiem z tego, że zabije nas obu, jeśli ostrzeżona załoga zepchnie okręt na wodę i ucieknie? Gdybym był nim... - podniósł głos, gdyż ryk spienionych fal począł zagłuszać jego słowa - zaczekałbym, aż będę miał wszystkich żeglarzy na lądzie wraz z ich okrętem...
Jeszcze kilka kroków i ujrzeli przed sobą rzekę, widoczną na całej długości aż po granice widnokręgu. Na ów widok serce zamarło w piersi Białowłosego!
Na całej szerokości koryta parła ona wspinając się z hukiem na poszarpane głazy leżące w jej łożysku, przebijała przez nie potokami wytryskującymi w górę i walącymi w dół pośród rozbryzgów piany, a fale jej biegły ku sobie, zderzając się, rozpryskując jak żywe istoty, w drodze ku dalekiemu morzu. Wyglądało to jak straszliwa bitwa wojsk walczących zajadle, pośród ogłuszającego wrzasku i szczęku oręża. A nad całą powierzchnią ulatywały tysiące rzecznych ptaków, najwyraźniej czatując na ryby zagnane tu prądem i roztrzaskane o podwodne skalne iglice.
Owa rycząca grobla biegła przez całą szerokość rzeki, dalej woda zdawała się uspokajać nieco, lecz jeszcze dalej widać było drugą, szeroką wstęgę białych pian, a za nią trzecią. Było ich razem siedem. W wielkim oddaleniu mogli dostrzec błękitny nurt, odbijający bezchmurne niebo.
- Widzisz?! - Terteus wyciągnął rękę. -Tam musimy zawlec Angelosa, jeśli chcemy płynąć dalej. Wierzyłem, że być może to jedynie kilkadziesiąt skał, przez które rzeka przedrzeć się musi nie znajdując innej drogi. Lecz, jak widzisz to sam, musimy okręt przeciągnąć wodą, aż tam... - Wskazał miejsce tuż przed skalną groblą, gdzie niski łagodnie opadający brzeg pozwoliłby wyciągnąć okręt na ląd. Fale nie uderzały tu też z taką wściekłością, gdyż nurt kierował się ku środkowi rzeki. - A -stąd przetoczymy go lub przeciągniemy, podkładając maty z wikliny, której mamy pod dostatkiem, a, jak sądzę, musimy tak uczynić, gdyż nie ma tu nigdzie drzew, jakich moglibyśmy użyć, by obciosać je i uczynić z nich okrągłe kloce do podłożenia pod kadłub. Szczęściem brzeg tu niewysoki i stu ludzi winno podołać tej pracy, jeśli wrogowie zezwolą na to... - dokończył posępnie.
- A jeśli znajdujemy się już poza granicami ich siedzib i zadowolili się przepędzeniem nas, widząc, że nie pragniemy napaść ich lub pozostać tu dłużej?
- I tak być może... - rzekł Terteus, jednak w głosie jego nie było przekonania. Spojrzał na Białowłosego. - Lecz nie mów nikomu o tym, com ci rzekł teraz. Gdyż innej drogi nie mamy. Jeśli zawrócimy i wypłyniemy znów na owo morze, cóż dalej? Czy będziemy szukać innych, przy jaźnie j szych rzek i gościnniejszych ludów? Wszędzie lękają się i nienawidzą obcych przybyszów, uzbrojonych i płynących wielkim okrętem. Albowiem mało kto przybywa do obcych krain w dobrych zamiarach, a zwykle czyni to, by gwałtem lub podstępem uzyskać łup i niewolników. I cóż by nam jeszcze pozostało, prócz tego? Czy próbować raz jeszcze przepłynąć cieśniny trojańskie i znaleźć się ponownie na morzu, gdzie Minos zwiedziałby się o naszym powrocie? Tu nie wiemy jeszcze, jaki los nas czeka, lecz tam mielibyśmy pewność, że prędzej czy później odnajdzie on nas. A choć zadrwiliśmy sobie z niego raz, jednak jest on najpotężniejszym z królów i władcą mórz, a okręty jego i wojska są nieprzeliczone! - Machnął ręką uzbrojoną w oszczep. - Wszystko jest w ręku bogów; a naszą sprawą będzie teraz jak najlepiej przygotować się do owej przeprawy.
Wszedł na małe wzniesienie torując sobie drogę pośród traw, które rozpoczynały się kilkadziesiąt kroków od brzegu.
Białowłosy ruszył za nim. W pewnej chwili drgnął, lecz szelest, który usłyszał, pochodził od stada kuropatw, które prysnęły idącym spod nóg i znikły rozpierzchnąwszy się wśród traw.
- Tędy będzie szła nasza droga... - Terteus wskazał ręką. - A jest tam jedynie niewielki wzgórek opadający ku rzece. Nie da się go ominąć. Później, jeśli owe wody" które wydają się nam spokojne z dala, znajdziemy nie najeżone skałami, spuścimy okręt na wodę i pożeglujemy ku północy!
Lekkim krokiem zbiegł z pagórka i ruszyli ku swoim. Po krótkiej naradzie część załogi ponownie wsiadła na okręt, rzuciwszy linę, którą chwyciło dwudziestu ludzi.
Z wolna, ocierając się chwilami o dno i kołysząc na małych falach nadbiegających od ryczącego nurtu, Angelos począł posuwać się ku przodowi tuż przy brzegu.
Wreszcie dotarli do miejsca, które poprzednio upatrzył Terteus, i rzucono drugą linę. Wioślarze wciągnęli wiosła, położono maszt, aby okręt łatwiej mógł utrzymywać równowagę, i ludzie wyskoczyli na brzeg.
- Cią - gnij! Cią - gnij! - Wolno pociągany miarowymi ruchami obu lin Angelos wysunął się połową swej długości na brzeg. Białowłosy zdumiał się widząc, jak wiele maleńkich stworzeń morskich przylgnęło do kadłuba pod linią zanurzenia. Kilku ludzi wzięło się do zeskrobywania ich mieczami, aby zmniejszyć ciężar, a inni poczęli wyładowywać cały dobytek okrętu, wyniósłszy uprzednio maszt i oba złożone żagle.