Выбрать главу

    Że było ich stu, praca ta nie trwała długo i połowa załogi udała się wkrótce wzdłuż brzegu ścinając naręcza ostrych trzcin i miękkiej nadrzecznej łozy i wiążąc je w pęki. Pozostali oczekiwali w szyku bojowym, osłonięci tarczami, stojąc pomiędzy granicą traw a okrętem, na wypadek, gdyby niespodzianie uderzył nieprzyjaciel. Dwaj strażnicy stojący na wzgórku nie spuszczali oka ze stepu.

    Wreszcie nadeszła chwila, której Terteus najbardziej obawiał się w duchu, choć była nieunikniona. Część załogi chwyciła za liny, a pozostali stanęli z dwu stron trzymając wiosła, aby podeprzeć nimi kadłub skierowany dziobem ku wymoszczonej pękami świeżej wikliny drodze, którą miał przebyć.

    Na okrzyk Terteusa pociągnęli wspólnie i cały kadłub nieoczekiwanie łatwo wynurzył się z wody. Podbiegli wówczas stojący po bokach i podparli go, a później łagodnie ułożono okręt na boku, podkładając pęki wikliny.

    I tak rozpoczęła się ich wędrówka. Najpierw przenieśli o kilkadziesiąt kroków pithosy z jadłem, maszt i cały dobytek, a później wolno, krok po kroku, pochylony okręt począł sunąć po ziemi.

    Wreszcie znaleźli się nad pierwszymi skałami zapory. Wiatr zmienił nieco kierunek i wiał od rzeki, rzucając im w oblicza strzępy piany i rozpyloną jak mgła wodę.

    Terteus nie usłyszał okrzyku, gdyż grzmot fal głuszył wszelkie inne dźwięki, lecz kątem oka dostrzegł, że obaj strażnicy stojący na wzgórzu rzucili się biegiem ku swoim.

    - Stać! - krzyknął wypuszczając linę i chwytając za leżącą o kilka kroków tarczę i włócznię.

    Nie rzekł słowa więcej, gdyż wszyscy pojęli jego ruch. Nim biegnący dopadli okrętu, załoga stała już gotowa do boju, wsparta plecami o pochylony czarny kadłub. Przed  nimi migotały spoza zetkniętych z sobą tarcz wysunięte ku | przodowi złociste ostrza ciężkich włóczni.

    Łucznicy wspięli się na okręt i zajęli miejsca, osłonięci  sterczącą ukośnie burtą, tak że jedynie głowy ich w połyskujących hełmach były widoczne. Dłonie trzymające łuki, wsparte o krawędź burty, znieruchomiały. Strzały czekały na lekko napiętych cięciwach.

    Dwaj strażnicy podbiegli i stanęli przed Widwojosem, który mając po prawej syna swego Perilawosa, a po lewej Terteusa, zajął miejsce pośrodku szyku, w jednej dłoni trzymając uchwyt tarczy, a w drugiej podwójny kamienny topór. Był synem królów Krety i jeśli miał paść w tym boju, pragnął zginąć ściskając go w ręce.

    - Powstali z traw wraz z końmi! - zawołał jeden ze strażników dysząc ciężko. - Nie było ich, a pojawili się spod ziemi!

    - Wielu ich jest? -zapytał szybko Terteus spoglądając przed siebie. Wydawało mu się, że dostrzega poruszenie na stepie, choć falujące trawy nadal przesłaniały widok.

    - Mrowie! - odparł drugi. - Gdy ukazali się, było to tak, jak gdyby cały step ożył!

    I miał słuszność, gdyż stojąc w milczeniu i patrząc przed siebie, ujrzeli wreszcie rozstępujące się trawy. Przed nimi pojawiły się gęste, zbite szeregi jeźdźców na małych, brunatnych koniach, jakich dotąd nie widzieli.

    Nie uderzyli oni z wrzaskiem i nie ruszyli bezładnie pędem ku okrętowi, jak tego w duszy pragnął Terteus, lecz z wolna tworzyć poczęli wielkie półkole na kształt księżyca w nowiu, opasując Angelosa. Uzbrojeni byli jedynie w łuki i lekkie oszczepy, nie mając innego oręża, jak osądził Terteus przyglądający się im z dala. Na głowach mieli wysokie czapki ze skóry zwierzęcej, które kołysały się, gdy konie podchodziły stępa.

    Załoga Angelosa czekała w milczeniu. Nagle Terteus zawołał tak, aby wszyscy go usłyszeli:

    - Niełatwo im przyjdzie uderzyć na nas, gdyż będąc na koniach nie mogą runąć wprost na okręt i ostrza naszych włóczni, a z tyłu i po bokach broni nas i drogę im przegradza rozwścieczona rzeka. Nie traćcie więc ducha, gdyż wasze spiżowe włócznie i miecze wyprawią mrowie ich całe do Krainy Mroku, nim dobiorą się do nas!

    Mówiąc to wiedział jednak, że na nic zdały się te słowa. Cóż mogło poradzić stu ludzi skazanych na bój przeciw tysiącom wrogów, choćby gorzej uzbrojonych, lecz mogących przypuszczać jedno natarcie po drugim, aż obrońcom omdleją ręce i miecze wypadną z dłoni? Lecz jeśli bogowie postanowili, że tu muszą umrzeć, niechaj choć zabiorą z sobą tylu wrogów, by cienie bohaterów w owej krainie, z której się nie powraca, zakrzyknęły z podziwu, gdy pojawią się tam skrwawieni. Nie był wart grobu ów, który darmo sprzedawał swój żywot.

    Wielkie półkole zacieśniło się z wolna, zbliżając ku okrętowi. Przymrużywszy oczy Terteus dostrzegł pośrodku dwu jeźdźców, którzy jechali nieco przed innymi i odznaczali się bogatszym ubiorem. Jeden z nich miał na piersi pancerz ze złotych, naszywanych na skórzany kaftan łusek i złocisty wieniec, opasujący czapkę tuż nad czołem jak korona.

    Terteusowi wydało się, że poznaje go. Był to ów człowiek, który wczoraj spoglądał z wierzchołka urwiska za odpływającym okrętem. Drugi jeździec także miał złoty pancerz, lecz nie nosił wieńca i w przeciwieństwie do pierwszego nie wydawał się dojrzałym mężem, lecz wyrostkiem zaledwie, osiągającym wiek młodzieńczy.

    - Czy widzisz, boski książę? Musi to być władca owego ludu, a ów drugi jest zapewne synem jego.

    Widwojos nic nie odrzekł, gdyż pomyślał o swym własnym synu i nagła rozpacz ścisnęła jego serce.

    - Nie wypuszczajcie strzał na darmo! -zawołał w ciszy Terteus nie odwróciwszy głowy, lecz zwracając się do łuczników. - Czekajcie, aż ruszą przeciw nam i przybliżą się, a mierzcie uważnie, aby każdy wasz grot odnalazł swego wroga!