Zamilkł i mocniej ścisnął włócznię w dłoni, gdyż wydawało mu się, że za chwilę człowiek w złocistym pancerzu da znak i cała owa nawałnica koni i ludzi runie, aby ich stratować i zetrzeć z powierzchni ziemi.
Lecz wódz wstrzymał konia, a na ów znak tysiące jeźdźców i koni zamarło. Patrząc nań Terteus dostrzegł, że odwrócił się i zapewne rzekł coś, lecz dźwięk jego głosu zagłuszyły fale rzeki.
Spomiędzy szeregów wyjechał siwy starzec o długiej, białej brodzie i zbliżywszy się do wodza pochylił, tak że głowa jego dotknęła szyi konia.
chwilę, a później starzec począł zbliżać się ku okrętowi. Był nie uzbrojony.
- Nie gódźcie w niego z łuków! - zawołał Terteus. - Lecz baczcie na tamtych, gdyż może być to podstęp...
Starzec zbliżył się, a gdy koń jego zatrzymał się o kilka kroków przed murem kreteńskich tarcz, zawołał ochrypłym, łamiącym się głosem, lecz mową. którą umieli pojąć, gdyż wielce była zbliżona do ich własnej, a Białowłosego wprawiła w wielkie zdziwienie, gdyż poznał w niej swą mowę rodzinną. Człowiek ów bowiem mówił jak Trojanin.
- Kim jesteście, pyta pan i król mój, i czemu wtargnęliście do jego krainy?
- Zezwól mi odpowiedzieć mu, boski książę... -rzekł Terteus, a widząc przyzwalający ruch głową Widwojosa, odparł szybko: - Jesteśmy wysłannikami wielkiego króla Krety i nie pragnęliśmy wtargnąć do krainy waszego władcy. Płyniemy na północ poszukując ojczyzny bursztynu, a nie chcemy uczynić tu żadnej szkody. Pragniemy krainę waszą opuścić w największym pośpiechu, jak to król twój i pan sam może osądzić, gdyż oto przeciągnąć pragnęliśmy nasz okręt, aby oddalić się stąd.
Stary człowiek odjechał i najwyraźniej powtórzył owe słowa królowi. Po chwili powrócił i wstrzymał konia.
- Pan mój rzekł, że jesteście w jego mocy. Jeśli skinie dłonią, wojownicy jego zabiją was i ciała wasze wrzucą do rzeki, aby odeszły tam, skąd przybyły. Lecz jest was wielu młodych i zdrowych, pragnie więc, abyście odrzuciwszy oręż padli na kolana uniósłszy ręce i dali się spętać. Wówczas sprzeda was do krainy Thi znajdującej się na wschodzie, a w zamian otrzyma wiele naczyń i paciorków szklanych, w których lubuje się jego serce. Tak możecie uratować wasz żywot... - Urwał na krótką chwilę i dokończył szybko: -Możecie uwierzyć tym jego słowom, bowiem znani ich dobrze. Pojmali mnie oni przed wieloma laty, gdy okręt bogom podobnego króla Tenedos, na którym płynąłem, rozbił się u ich wybrzeży. Przebywam odtąd w ich niewoli, a nie zabili mnie, abym znając ich mowę mógł układać się z kupcami trojańskimi, z którymi czasem pragną wymienić swe dobra, choć czynią to niechętnie, gdyż nienawidzą cudzoziemców. Cóż mam odrzec memu władcy?
Umilkł, patrząc wyczekująco.
Terteus spojrzał na księcia, który zwrócił udręczone wejrzenie na swego syna.
- Czemuż patrzysz tak na mnie, mój boski ojcze? - rzekł Perilawos ze spokojem. - Jeśli pragnąc uratować mój żywot, przystaniesz na tę straszliwą hańbę, jakiej nie zaznał nigdy żaden potomek Byka, ja sam tu sobie śmierć zadam przed twym obliczem, rzucając się na miecz, abym będąc potomkiem królów nie musiał być sługą niewolników!
Widwojos odetchnął głęboko. Przymknął oczy, lecz otworzył je zaraz.
- Rzekłeś, synu mój!
I sam odpowiedział starcowi.
- Zanieś władcy twemu słowa Widwojosa, księcia kreteńskiego! Powiedz mu, że synowie Krety nie zaprzedają się w niewolę! A jeśli pragnie uderzyć na nas, niechaj wie, że wiele kobiet zapłacze dziś w jego krainie, gdyż na brzegu tym padnie połowa jego wojowników, nim nas zwycięży!
- Powtórzę mu słowa twoje, książę! - Starzec pochylił głowę i zawrócił. Patrzyli, gdy powtarzał królowi słowa Widwojosa, a później odjechał, by zniknąć między szeregami.
Oczekiwali, że władca owej krainy niezwłocznie da znak swym wojownikom, lecz stał on nadal nieruchomo przypatrując się okrętowi.
Później odwrócił się i zapewne wydał rozkaz, gdyż szeregi jeźdźców poczęły się cofać nieco, jak gdyby pragnąc zyskać więcej miejsca, by konie mogły nabrać szybkości.
Król przejechał ku prawemu, wspartemu o rzekę skrzydłu półksiężyca swych wojowników. Terteus dostrzegł, że stojące twarzą ku Kreteńczykom szeregi, zwracają się w tym samy kierunku. Pojął teraz, co tamten pragnie uczynić, i serce w nim upadło, choć nie dał tego poznać po sobie.
- Natrą oni na nas z boku, boski książę... - rzekł zwracając się ku Widwojosowi. - A nie uderzą wprost, gdyż trudno by im było pognać cwałem konie na leżący okręt, o który jesteśmy wsparci. Straciliby impet, a przerażone przez naszych łuczników konie wraz z tymi, które zginęłyby od naszych włóczni, osłoniłyby nas swymi ciałami i pomogły nam odeprzeć drugie uderzenie. Poprowadzi on ich z boku, aby przelatując przed nami od lewej naszej ku prawej, obsypali nas gradem strzał i oszczepów. I ma słuszność, gdyż tak wielu ich jest, że wkrótce nas wygubią!
Zaledwie wyrzekł te słowa, gdy król uniósł rękę i pierwsi jeźdźcy z okrzykiem ruszyli wymijając Angelosa i miotając w przelocie oszczepami, a za nimi popędzili inni, wyjąc, rażąc z łuków i ciskając swe włócznie o krzemiennych grotach na oślep w mur mijanych tarcz. Białowłosy, który tkwił z łukiem w dłoni na burcie leżącego okrętu, wypuścił strzałę, nałożył drugą, a zaledwie zdążył nałożyć trzecią, dostrzegł młodzieńca w złotym pancerzu, zapewne syna królewskiego, lecz nim puścił cięciwę, przesłonili go inni jeźdźcy.
Ktoś krzyknął. Jedna z tarcz kreteńskich pochyliła się i runęła ku przodowi, a wraz z nią człowiek z oszczepem tkwiącym w boku. Szyk zwarł się ponad leżącym. Po chwili druga tarcza osunęła się w dół. Młody kreteński żeglarz z szyją przebitą strzałą, charcząc okropnie, uniósł dłonie ku gardłu i padł na wznak. I nad nim towarzysze zwarli tarcze.