Выбрать главу

    Terteus, któremu strzała zdarła skórę z policzka, wbijając się w deski okrętu za jego plecami, otarł spływającą krew przedramieniem i z rozpaczą patrzył na nadciągające nowe tłumy jeźdźców.

    Położenie obrońców było straszliwe, gdyż nie mogli użyć swych długich włóczni i mieczy, bowiem wróg nie stawał do walki pierś w pierś, lecz raził ich z dala przelatując przed kreteńskim szeregiem. A choć łucznicy trafili już kilku jeźdźców i leżeli oni w pyle tratowani przez innych, jednak Terteus wiedział, że nim słońce minie połowę drogi dzielącej je od zachodu, nikt z załogi Angelosa nie pozostanie przy życiu.

    "A gdy zostanie nas jedynie garstka... - pomyślał - wówczas zeskoczą z koni i rzucą się, aby zakłuć oszczepami owych pozostałych przy życiu..."

    I cicho prosił bogów, aby dane mu było zginąć wcześniej.

    Jedna fala jeźdźców po drugiej przelatywała z wyciem przed okrętem i oto dostrzegł, że sam władca, który zdała przyglądał się walce, dając włócznią znaki do natarcia coraz to nowym zastępom, nagle spiął konia i ruszył wraz z innymi.

    Zapewne i on był wojownikiem stepowym, więc choć nosił królewski złoty wieniec, nie mógł długo trzymać się z dala, gdy rozgorzało w nim pragnienie boju.

    "Jeśli znajdzie się przede mną, cisnę włócznią i obym wziął go z sobą do Krainy Mroków!" - pomyślał Terteus wytężając wzrok i wychyliwszy głowę ponad . tarczę, w której tkwiło już kilka strzał.

    Nagle ujrzał tuż przed sobą jeźdźca w złotym pancerzu, lecz w tej samej chwili przesłonili go inni bojownicy.

    Pośród setek pędzących koni, w chmurze strzał i pod gradem lecących oszczepów, wszystko mieszało się w oczach. Ujrzał jedynie, na mgnienie oka, że król ów uniósł trzymany w ręku oszczep. Terteusowi mignął jego złoty wieniec, zamachnął się włócznią wkładając w rzut całą siłę ramienia. Nie rzucił jednak, gdyż nagle nastąpiła rzecz niepojęta.

    Barbarzyński władca wyleciał nagle w górę, jak gdyby oderwała go od grzbietu konia jakaś straszliwa, niewidzialna siła. Przez czas długi jak wieczność zdawał się trwać zawieszony w powietrzu i nagle runął na ziemię, lecz nie dotknął jej jeszcze, gdy owa niepojęta moc pociągnęła go bliżej ku Kreteńczykom i ciało jego potoczyło się ku nim przed kopytami pędzących koni.

    Nadbiegający jeźdźcy z okrzykiem trwogi wstrzymali wierzchowce, pragnąc ratować króla, lecz z szeregu kreteńskiego wyskoczył jak błyskawica smukły, zwinny młodzieniec, porwał leżącego na ręce i wpadł z nim poza szereg tarcz, nim ktokolwiek zdołał mu przeszkodzić. ?

    - Nie zabijać go! - ryknął Terteus i skoczył ku leżące" mu, nad którego głową roześmiany, lecz z dziko płonącymi oczyma Harmostajos unosił krótki miecz.

    Terteus podbił mu rękę i powtórzył okrzyk. Trzymając króla za kołnierz skórzanego kaftana jedną ręką, a drugą unosząc nad jego gardłem miecz, wysunął się przed swoich ludzi i stanął odkryty.

    Zapadła zupełna cisza. Tłum jeźdźców wpatrzony w swego króla cofnął się. Terteus zawołał:

    - Żyje on, lecz jeśli któryś z was rzuci oszczepem lub wypuści ku nam strzałę, odetnę mu głowę na oczach całego jego ludu!

Zapomniał, że nie mogli pojąć jego słów. Lecz najwyraźniej pojęli wymowę miecza, wiszącego nad gardłem władcy, gdyż zamarli w bezruchu. Z tyłu cisnęli się inni i cała równina przed Angelosem, tak niedawno jeszcze wypełniona bitewnym zgiełkiem, ucichła.

    Terteus spojrzał w oblicze jeńca. Obawiał się, że zginął on spadając z konia lub może rażony strzałą z okrętu. Lecz dostrzegł, że ciało barbarzyńskiego władcy opasuje pętla z cienkiego, mocnego sznura przyciskająca mu ramiona do tułowia, tak że nie mógł drgnąć. Oddychał ciężko i oczy miał przymknięte.

    Zapewne utracił przytomność ducha uderzając o ziemię, gdy spadł z konia, lecz rany żadnej na jego ciele nie można było dostrzec.

    W tej samej chwili król otworzył oczy. Były one małe i dzikie, a spoglądały groźnie, choć czaiło się w nich zdumienie. Chciał wyswobodzić się, lecz sznur nie puścił, a Terteus ukazał mu trzymany w dłoni miecz i lekko oparł jego ostrze o szyję władcy.

    Wówczas król znieruchomiał.

    - Harmostajosie, Harmostajosie! -wyszeptał do siebie Terteus. Dostrzegł już bowiem teraz, że za królem wlecze się długi koniec sznura. A któż inny mógłby w takim zgiełku rzucić pętlę i chwycić na nią władcę wielkiego ludu, aby go wyrwać spośród jego wojsk?

    Uniósł głowę.

    Wojownicy barbarzyńscy cofnęli się spoglądając w niemym przerażeniu na obcego żeglarza, którego uniesiony miecz wciąż jeszcze wisiał nad szyją ich króla. Najwyraźniej nie wiedzieli, co czynić.

    W tej samej chwili Terteus ujrzał owego młodego wojownika w złotym pancerzu, który zapewne był synem królewskim. U jego boku zbliżał się stary trojański niewolnik, który uprzednio do nich przemawiał.

    Barbarzyński książę zeskoczył z konia i podszedł wraz ze starcem, lecz na rozkaz Terteusa dwaj Kreteńczycy zagrodzili im drogę.

    - Zagroź mu - rzekł Terteus spokojnym donośnym głosem - że jeżeli choć jeden z tysięcy owych wojowników wypuści ku nam strzałę lub rzuci oszczepem, władca wasz zginie bez zwłoki! Niechaj cofną się i czekają!

    Starzec odwrócił się i szybko rzekł coś do młodego księcia, który z kolei uniósł ręce i dał swym wojskom znak, aby odstąpiły, co też uczyniły w pośpiechu.

    A gdy znalazły się o kilka długości rzutu włócznią, Terteus znów zwrócił się do starca.

    - Czy to syn owego króla?

    - Tak, panie.

    - Rzeknij mu więc, że może uratować żywot ojca swego, jeśli spełni to, czego pragniemy. A nie będzie to zbyt wiele.