Starzec powtórzył jego słowa. Młody książę skinął głową na znak, że pojmuje. Później powiedział kilka stów.
- Zapytuje on, czego pragniecie?
- Pragniemy, aby wasi ludzie przenieśli nasz okręt wokół owych skał i wirów, aż ku miejscu, gdzie rzeka znów poczyna płynąć bez przeszkód. To wszystko.
Znów starzec przemówił krótko, a młodzieniec w złotym pancerzu odparł coś wskazując swego ojca.
- Mówi on, że ludzie jego z łatwością mogą to uczynić. Lecz cóż będzie, jeśli znalazłszy się bezpiecznie na okręcie zabijecie ojca jego i umkniecie rzeką, na której lud jego, nie mając okrętów, nie będzie mógł was doścignąć?
- Rzeknij mu, że nie żywiliśmy nienawiści do ojca jego i nie żywimy jej. Po cóż mielibyśmy go zabijać? Pragniemy jedynie przeprawić się na północ ku naszemu celowi. A nie jest nim zabijanie obcych królów, choćby byli tacy dzicy i plugawi jak ów tu! Niechaj uwierzy nam, skoro nie ma innego wyboru. Gdyż jeśli nam nie uwierzy i każe wojownikom swym powtórnie uderzyć na nasz okręt, wówczas zginiemy zapewne, zbyt wielka bowiem jest przewaga wroga. Lecz nim świśnie pierwsza strzała w tym boju, przysięgam na bogów i cienie mych ojców, że jego ojciec zginie pierwszy spośród wszystkich walczących! A czymże jest dla niego nasz żywot, skoro opłacić go musi śmiercią ojca swego, a kraina ta śmiercią swego króla?
Starzec ponownie powtórzył jego słowa. Młody książę bez wahania skinął głową i znów rzekł kilka słów.
- Mówi on, że jeśli nie uczynicie mu krzywdy, każde wasze życzenie będzie spełnione! Terteus zastanawiał się przez chwilę.
- Czy wiesz, starcze, jakie ludy zamieszkują krainę n; i północy, przez którą płynie ta rzeka?
- Wiem, panie. Choć nie żyją one w przyjaźni z królem, na którego gardle miecz opierasz teraz, wszelako znałem wielu jeńców przywiedzionych stamtąd i poznałem dość dobrze ich mowę.
- Jeśli jest tak - rzekł Terteus - przekaż owemu młodemu księciu, że mam i drugie żądanie: aby oddał cię w darze boskiemu Widwojosowi. A on ci zwróci wolność, której nie miałeś już ujrzeć.
Starzec uniósł dłoń do czoła i milczał przez chwilę. Później zapytał zduszonym głosem.
- Czy prawdę mówisz, panie?
- A czyż czas tu na żarty, stary człowieku? A nie czynię tego jedynie dla ciebie, lecz po to, byś wspomógł nas, gdy napotkamy owe ludy. Często bowiem ludzie muszą umierać dlatego jedynie, że nie umieją rzec, czego pragną, w mowie dla innych zrozumiałej. Lecz mów owemu młodemu księciu, aby nie zwlekał! A my udamy się przodem z ojcem jego i będziemy czekali, aż przywiodą nam nasz okręt! A niechaj nie próbują żadnych podstępów, gdyż nie damy sobie wydrzeć ich króla!
- Nie uczynią oni tego, bowiem władca u nich jest jakoby bogiem, a wszyscy pozostali są jedynie sługami jego, gotowymi na śmierć na jedno skinienie jego! Mając go, wszystkiego moglibyście od nich żądać!
- Tym lepiej!
I cofnął się ku swoim, którzy nadal stali w szyku oparłszy dolne krawędzie tarcz o ziemię. Łucznicy z wolna zaczęli zsuwać się z okrętu na ziemię.
Nie wypuszczając barbarzyńskiego króla z żelaznego uścisku swego ramienia i nadal trzymając miecz w pogotowiu, Terteus stanął przed księciem i jego synem.
Skinął nisko głową.
- Bądź pozdrowiony, boski książę! Bowiem niezmierzona jest łaska, jaką otaczają cię bogowie! Nie wierzyłem, że ktokolwiek z nas żyć jeszcze będzie, nim zajdzie słońce.
- To prawda... - rzekł cicho Widwojos. - Stała się rzecz przedziwna. Sam jej jeszcze nie pojmuję i jestem jako ów, który śni i lęka się straszliwego przebudzenia.
- Zginęlibyśmy wszyscy bez ratunku, gdyby nie Harmostajos! - rzekł Perilawos.
- Któryż to z nich? - zapytał książę, gdyż choć znał każdego wioślarza swej załogi, przebywając tak długo z nimi na jednym okręcie, jednak imiona wielu były mu . nadal obce.
- Ów, który stanął tam z boku i ogląda swą tarczę podziurawioną grotami strzał.
- Zbliż się, młodzieńcze! - zawołał książę i Harmostajos uniósł głowę.
Podszedł i przyłożywszy pięść do czoła stanął w milczeniu, gdyż nie godzi się odezwać będąc przed obliczem potomka bogów, jeśli ów nie zada pytania.
- Harmostajosie, dzielny żeglarzu! - rzekł Widwojos donośnie, aby wszyscy go usłyszeli. - Odwaga twa uratowała dziś okręt i towarzyszy twoich od niechybnej śmierci. A także, choć wiedzą to jedynie bogowie, być może ocaliłeś od zagłady święty ród Byka! Godny jesteś miana bohatera i sławiących twe męstwo pieśni, których tak miło słuchać w długie wieczory zimowe! Abyś pamiętał zawsze ów dzień, ja, książę Widwojos, syn Minosa władcy świata, daję ci znak, który ty i synowie twoi okazywać będziecie ku chwale swego rodu jako dowód zasług twych dla królestwa Krety!
I zdjąwszy z szyi żelazny łańcuch z małym wisiorem uczynionym na podobieństwo podwójnego topora, zawiesił go na szyi młodzieńca.
- Panie mój... - wyszeptał Harmostajos. Uniósł zwiniętą w pięść dłoń do czoła i opuściwszy ją odszedł ze zwieszoną głową.
Szedł, nie wiedząc, dokąd oczy niosą, aż natrafił na burtę okrętu i stanął przed nią. Ujął łańcuch w dłonie, raz jeszcze przyjrzał mu się i ostrożnie, z czcią położył go sobie na piersi.
A później ukrył nagle twarz w dłoniach i rozpłakał się jak dziecko.
- Harmostajosie - usłyszał za sobą okrzyk Terteusa.
Uniósł szybko głowę, lecz mało mógł dostrzec załzawionymi oczyma.
- Czy pragniesz tu pozostać mniemając, że ów schwytany przez ciebie król okaże ci wdzięczność na swym dworze, czy też pragniesz odejść z nami?
Przetarł oczy i ujrzał, że załoga Angelosa, otoczywszy lasem włóczni władcę wrogiego ludu, poczyna oddalać się wzdłuż brzegu, kierując się w górę rzeki.