Выбрать главу

    Więc porwał swój wbity w ziemię oszczep i pobiegł za innymi.

ROZDZIAŁ JEDENASTY

Noce są tu coraz dłuższe

Zapytany o imię, starzec ów myślał długo, wreszcie rzekł, że w Troi zwano go Nasios. Przez cztery dziesiątki lat nie nazywał on siebie tym imieniem, a nie użył go także żaden z barbarzyńców, którzy go schwytali, więc kołatało się ono jedynie na dnie jego pamięci. Nie było więc niczego dziwnego w tym, że choć odzyskało wolność wraz z nim, nie mógł do niego przywyknąć.

    Początkowo był tak oszołomiony, że siedział na dziobie okrętu wpatrując się w wielki żagiel z wizerunkiem głowy Byka i nieustannie poruszał wargami, jak gdyby modląc się lub przemawiając do siebie. A że broda jego była długa i siwa, a wiek sędziwy, nikt nie śmiał przerwać jego samotnych rozmyślań. Czekali, że wreszcie przywyknie do swego nowego losu i przemówi do nich, co nastąpiło pod wieczór.

    Powstał wówczas i pokłoniwszy się nisko bogom podobnemu Widwojosowi, co było obyczajem, jakiego nabył przebywając wśród barbarzyńców, rzekł, że odradza, aby dobiwszy do brzegu pochowali dziś obu poległych, którzy leżeli obok. siebie pod wielkim masztem, spoglądając w niebo.

    - Cóż więc radzisz nam z nimi uczynić? - spytał zdumiony książę, a Terteus zmarszczywszy brwi, począł wpatrywać się z uwagą w oblicze starego człowieka sądząc, że nagła wolność, odzyskana po tak długim czasie, odebrała mu zmysły.

    - Pochowajcie ich, boski książę, tak jak nakazuje dzielność, którą okazali, i wasz dostojny obyczaj, lecz nie dziś. Znam bowiem ów lud i nie wierzę, aby król ten, którego zwą Sekh-Ser, co tłumaczy się na mowę naszą jako Siejący Zniszczenie, zniósł łatwo hańbę, jaka go spotkała. Gdy uwolniliście go będąc już na okręcie i kazaliście mu skoczyć z burty do głębokiej po pas wody, skrył się w niej wraz z głową, bowiem potknął się i padł jak długi przed całym swym zgromadzonym, oniemiałym ludem. Starałem się ujrzeć jego lico, gdy podtrzymywany przez swych wojowników wyszedł wreszcie na brzeg ociekając wodą. Ludzie wasi wybuchnęli śmiechem, lecz na rozkaz twój naparli wnet na wiosła, ile sil w ramionach, aby po odzyskaniu władcy żywego i zdrowego nie przyszła im chętka runąć ku okrętowi stojącemu na płytkich wodach. Zdołałem jednak ujrzeć jego oblicze, gdy zwrócił się ku nam. Straszliwa malowała się na nim nienawiść!

    - Mniemasz więc, starcze, że wojownicy jego nadal ciągną za nami lub przed nami, kryjąc się w stepie, a uderzą, gdy tylko postawimy nogę na lądzie?

    - Tak mniemam, panie. Albowiem czemużby mieli tego nie uczynić i popróbować raz jeszcze zadania wam klęski i wywarcia zemsty za ową hańbę? Król ich jest człowiekiem gwałtownym i okrutnym. Jedynie śmierć wasza mogłaby stłumić jego gniew!

    - Lecz cóż mamy uczynić z naszymi poległymi? Nie wrzucimy ich ciał do wody rybom na pożarcie - rzekł cicho Terteus - byli bowiem naszymi towarzyszami i padli  w boju!

    - Słusznie rzekłeś, dzielny żeglarzu. Lecz zechciej wysłuchać mnie do końca, gdyż pragnę jedynie wywdzięczyć się wam za największą łaskę, jaką jest wolność, choć  przyszła ona tak późno. Otóż lud ów jest ludem rozległych! stepów, a zmieniając ustawicznie siedziby, gna swe niezliczone stada z miejsca na miejsce, powracając jedynie! w porze chłodów do swych na pół wygrzebanych w ziemi,! uczynionych z plecionej wikliny i pokrytych mchem domów stojących w miejscu, którego prócz mnie nigdy nie ujrzały oczy cudzoziemca. Ziemie tego plemienia ciągną się od morza po granicę lasów na północy. Tam właśnie zmierzamy i jeśli wiatr nadal będzie sprzyjał, osiągniemy ją po wschodzie słońca. A choć bywa czasem, że po kilku zapuszczają się oni w nieprzebyte gęstwiny tych borów dla porwania kobiet któregoś z niezliczonych plemion lub dla schwytania niewolników, jednak puszcza ta jest tak gęsta i nieprzebyta, że kilkaset koni nie przedarłoby się przez nią nigdy tak szybko, jak to może uczynić wasz okręt, który płynąc wodami rozległej rzeki nie napotka tam przeszkód. Musi więc Sekh-Ser zatrzymać swych wojowników na granicy lasów i zawrócić, choćby miał spłonąć od trawiącego go pożaru zemsty.

    - Czy byłeś tam, starcze? - Terteus wskazał ręką rozległy leniwy nurt rozciągający się przed dziobem Angelosa.

    - Nie. Lecz wiele jest pośród nich niewiast, które uprowadzili stamtąd i trzymają u siebie, płodząc z nimi dzieci, choć biedaczki owe nie pragnęły tego, a zeszłej wiosny jedna z nich, schwytana, odebrała sobie żywot, wbiwszy po rękojeść we własne serce nóż kamienny. Znałem wielu spośród schwytanych ludzi puszczy i mówiąc z nimi wyuczyłem się też ich mowy, choć inna jest ona niż nasza, a także wiele różni się od mowy owego ludu, którego byłem niewolnikiem. Słyszałem też z ust owych nieszczęsnych jak ja niewolnic wiele opowieści o owej krainie leśnej, ku której zmierzamy. Nie ma tam wielkich ludów ani miast opasanych murem. Ludzie żyją tam w małych osadach wśród gąszczu lub nad brzegami rzek, jedni z dala od drugich, lecz bezpieczni, gdyż żaden najeźdźca nie wedrze się do ich królestwa. Po cóż by miał zresztą pragnąć je zdobyć, skoro nie znajdzie w nim żadnych łupów, prócz dzikich zwierząt i ryb, których wszędzie jest pod dostatkiem?

    - Cóż... - rzekł Widwojos. - Uczynimy, jak radzi twe doświadczenie. Dobra też jest owa wieść, że są to plemiona małe i rozrzucone z dala od siebie, gdyż widząc nasz wielki okręt z silną uzbrojoną załogą nie zechcą zapewne uderzyć na nas.

Z wszelką pewnością nie uczynią tego, panie. Nie słyszałem, aby żyło tam jakieś większe plemię, a musiałbym o nim usłyszeć. Lecz wiem, że wielu z nich jest rybakami, więc być może' napotkamy ich łodzie płynąc rzeką, jeśli na wasz widok nie zechcą skryć się przerażeni.

    Po krótkiej naradzie bogom podobny Widwojos i Terteus postanowili usłuchać starca i nocy tej okręt nie przybił do brzegu, lecz korzystając z blasku księżyca, znajdującego się niemal w pełni, płynął dalej pod żaglem, trzymając się nieustannie środka rzeki i nie zbliżając ku brzegom.