Gdy nadszedł świt, ujrzeli ową krainę, której ukazanie się przepowiedział im sędziwy Nasios. Początkowo nad brzegami rzeki pojawiły się pojedyncze wielkie drzewa i małe zagajniki, jedne o zielonych jeszcze, inne o czerwieniejących liściach, później było ich coraz więcej, aż wreszcie rozległy nurt rzeki wszedł w bory tak gęste, że patrząc na zarośnięte wikliną i zaroślami brzegi trudno było poznać, gdzie kończy się woda, a gdzie poczyna ziemia. Dalej nie było widać nic prócz wysokich pni i splątanych nad nimi ogromnych koron dębów, lip i innych drzew, których imion nie znali, gdyż widzieli je po raz pierwszy.
Lecz nim to nastąpiło, mogli przekonać się, jak-wiele słuszności było w ostrzeżeniu starego Nasiosa.
Oto gdy mijali granicę stepu i płynąć poczęli wzdłuż brzegów porośniętych rzadkim jeszcze lasem, ujrzeli
mrowie jeźdźców stojących nieruchomo i spoglądających ku nim w milczeniu.
Gdy Angelos zrównał się z owym niemym wojskiem, pokrywającym brzeg gęsto jak zmęczona szarańcza, która opadła niezliczonymi rojami na ziemię, dostrzegli Kreteńczycy stojącego po kolana w wodzie starego wysokiego człowieka spoglądającego ku nim.
Był zupełnie nagi, prócz wąskiej opaski na biodrach. W wysoko uniesionych rękach trzymał kamień. Dalej nieco, na koniach i w złocistych pancerzach, stali: król i syn królewski.
Załoga Angelosa przypatrywała się ze zdumieniem nagiemu człowiekowi, gdyż odległość była zbyt duża, aby mógł on ugodzić ich owym niewielkim odłamkiem skały, nie mogącym nikomu wyrządzić szkody.
Lecz nie pragnął on zgoła uczynić tego.
Wpatrując się płomiennym wzrokiem w przepływający okręt, zawołał coś wielkim głosem i unosząc wysoko kamień, cisnął go w wodę tuż przed sobą.
- Cóż uczynił ów człowiek? - spytał Terteus zwracając się do starca.
- Rzucił na nas wielkie przekleństwo! - Nasios markotnie pokiwał głową. - Wezwał swych bogów, aby okręt ten zniknął w falach podobnie jak ów kamień, by nigdy się już nie ukazać oczom żywych!
- Okażmy wzgardę jego barbarzyńskim klątwom! - rzekł Terteus, lecz w głosie jego nie było zwykłej pewności. Po chwili dodał: - A czy znasz sposób lub zaklęcie, by odczynić owo przekleństwo?
- Mówią, że gdy wbić oręż w powierzchnię rzeki, przekleństwo utraci moc, bowiem nie przyjmie ona tego, kto ją zrani.
Terteus zawahał się i nagle sięgnął po leżący u burty oszczep. Uniósł go w górę.
- Nie czyń tego! - zakrzyknął Nasios. - Gdy rzucisz nim w wodę, wypłynie! Uczyniony jest z drzewa!
Terteus rozejrzał się bezradnie. Uniósł rękę, a później opuścił ją do pasa i wyrwawszy z pochwy swój miecz z lśniącego brązu pochylił się nad burtą i pełnym zamachem ramienia cisnął go w fale, ostrzem w dół.
da otworzyła się i zamknęła. Szeregi milczących wojowników na brzegu były już daleko za nimi. Być może nie dostrzegli niczego?
Terteus wyprostował się i dotknął pustej pochwy kołyszącej się na skórzanym pasie.
- Straciłem dobry miecz! - Roześmiał się, a wraz z nim inni, którzy dostrzegli, co uczynił, i pojęli znaczenie jego uczynku.
Gdyż, choć umieli spokojnie patrzeć w oczy stokroć liczniejszemu wrogowi i nie lękali się śmierci w boju, jednak obawiali się złych, niewidzialnych mocy, jakie może wyzwolić nienawiść. A oto dzięki roztropności Terteusa straszliwe przekleństwo spoczęło na dnie rzeki wraz z jego mieczem, aby nigdy im już nie zagrozić.
Rozweseliło ich to, gdyż poczytali owo wydarzenie za dobrą wróżbę, więc wypłynąwszy w krainę borów podnieśli starą pieśń o bohaterach i bogach, którzy ich kochają.
Późnym popołudniem na lewym brzegu rzeki pojawiła się rozległa polana, wzniesiona nieco wyżej niźli otaczający ją las. Przybili w jej pobliżu do lądu i rozpaliwszy ogień, poczęli piec ptaki wodne, upolowane rankiem, a niektórzy rozeszli się, aby zabić jakieś nadające się do spożycia zwierzę leśne, jeśli natrafią na nie. Wszelako książę nakazał, aby połowa załogi nie rozstając się z orężem, trzymała straż przy okręcie, a pozostałym zezwolił odejść nie samotnie, lecz po czterech, aby łatwiej im było stawić opór lub wycofać się ku swoim, gdyby pojawił się niespodzianie nowy, nie znany nieprzyjaciel.
Lecz nie napotkali nikogo, prócz sarny, którą ustrzelili z łuku /dobili oszczepem.
A gdy najedli się i ugasili dokładnie ognisko, jak to mają w zwyczaju rozbójnicy morscy, gdy zawiną do nieznanych brzegów, a nie pragnąc, aby bez potrzeby mógł ktoś dostrzec z dala dym, wybrali najwyższe miejsce na polanie, tuż obok niewielkiego strumienia, który spływał do rzeki i tam pochowali dwu towarzyszy, a później usypali nad nimi wysoki kopiec ziemny godny bohaterów poległych w boju i okryli go kamieniami.
Miejsce to wydawało się im dobre, by spędzić tu noc, więc opuszczali je z żalem. Nie pragnęli jednak zakłócać snu umarłym, którzy pierwszą noc mieli spędzić w ziemi i których dusze zapewne przebywały w pobliżu ciał. Gdyż nie od razu odchodzą one do Krainy Mroków, lecz czekają, by ujrzeć, jakim pogrzebem je uczczono.
Następnego dnia o świcie rzeka skręciła ku północnemu zachodowi i płynęli nią później w owym kierunku przez dni trzy, nieustannie pod prąd, jak od początku swej śródlądowej podróży, nie napotykając śladu człowieka i nie widząc otaczającego świata, zakrytego nieprzebytą ścianą drzew i gęsto splątanych zarośli.
Gdy na piąty dzień nadciągnęły chmury, spadł zimny deszcz, a powierzchnia szeroko rozlanej rzeki powlokła się mgłą tak gęstą, że okręt sunął w niej po omacku i powoli, a ludzie na dziobie wytężali wzrok, by ostrzec sternika, gdyby nagle pojawiła się jakaś przeszkoda: niektórzy poczęli mówić półgłosem, że pewnie oto zbliżają się ku granicy świata, gdzie nie żyje już żadna istota ludzka, a olbrzymie bory pokryte mrocznym nieprzeniknionym oparem ciągną się aż ku owej straszliwej krawędzi. Za nią, być może, zieje niezgłębiona przepaść, a mogła ona także być właśnie ową bramą Krainy Mroków, siedziby tych, którzy już odeszli i oczekiwali ich przybycia. Wówczas spotkaliby znów Kastorosa i obu wczoraj poległych, lecz nie ujrzeliby już nigdy Krainy Żywych.