Выбрать главу

    Lecz następnego dnia zaświeciło słońce i lęk opuścił ich serca.

    Rzeka nadal prowadziła wprost ku północnemu zachodowi, a rozległe i głębokie jej koryto, leniwie tocząc czyste wody ku odległemu morzu, pozwalało Angelosowi posuwać się szybciej, niźli to przypuszczał Terteus, gdy postanowili na nią wpłynąć.

    Prąd, choć przeciwny, nie był zbyt silny i zrównoważony sprzyjającym południowym wiatrem. Tak więc posuwali się pod żaglem, a załoga, pracująca przy wiosłach jedynie część dnia, była wypoczęta i coraz lepszej myśli. Bogowie zdawali się czuwać nad księciem Widwojosem i jego wyprawą.

    A choć płynęli niestrudzenie, las nie kończył się. Budziło to w nich zdumienie, gdyż nie sądzili, aby gdziekolwiek mogła rosnąć puszcza tak rozległa.

    Po południu dostrzegli wierzchołek zalesionego wzgórza, wyrastającego w pobliżu rzeki, a gdy zawinąwszy do brzegu Terteus wraz z księciem, Perilawosem i kilku innymi wdrapał się na nie chcąc pojąć, gdzie się znajdują, oczom ich ukazała się nieskończona kraina lasów, nie przecięta żadną wielką polaną, stepem lub nagą wyniosłością. Rozlewała się ona jak okiem sięgnąć i zdawała nie mieć końca. Na zachodzie świat wznosił się nieco i kończył zamglonym pasmem gór, a może była to jedynie lesista wyżyna? Nie mogli tego dostrzec, gdyż odległość była zbyt wielka.

    Przez krainę ową płynęła rzeka, kierując się nadal ku północnemu zachodowi, szerokim łożyskiem, zarosłym wokół borami. I ona niknęła w mgle oddalenia.

    - Jeśli pragnęliśmy dopłynąć do morza, które znajduje się na północy, nie uczynimy tego ni dziś, ni jutro! - zawołał pogodnie Perilawos. - Mniemać można, spoglądając na krainę, która rozciąga się przed naszymi oczyma, że wiele jeszcze dni będziemy płynąć pośród lasów!

    - To prawda - rzekł Terteus. - Choć nikt nie nakazuje nam pośpiechu, wolałbym widzieć nasz okręt u brzegów morskich niźli na rzekach, po których posuwać się on musi powoli i ostrożnie jak młody koń po pastwisku ogrodzonym płotami, nie mogąc w pełni korzystać ze swych rączych nóg. Na otwartym morzu nie musimy się bowiem lękać żadnej, największej nawet floty. Nie ma wroga, który mógłby nas doścignąć, jeśli zasiądziemy wszyscy do wioseł i podniesiemy nasz wielki żagiel! A drogę po tej rzece raz już niemal przypłaciliśmy życiem.

    Bogom podobny Widwojos uśmiechnął się lekko.

    - Zrozumiała jest twa troska, lecz czyż to nie ty mówiłeś mi nieraz, że wszystko jest w ręku bogów?

    - I wierzę w to nadal, boski książę. Lecz wiem, że najbardziej lubią oni chronić tych dzielnych, którzy są również roztropni. A frasuje mnie rzecz pewna, której nie umiem dobrze pojąć.

    - Cóż takiego?

    Widwojos raz jeszcze rzucił okiem na rozległy, otaczający ich świat, a później zaczął schodzić pośród splątanych gałęzi krzewów poszycia lasu.

    - To, boski książę - odparł Terteus ruszając za nim - że choć według mych obliczeń w krainie twojej i w całym znanym mi dotąd świecie jest późne lato, które wkrótce przemieni się w porę deszczów, tu noce są coraz zimniejsze. I nie wiem, czy krainy, ku którym płyniemy, nie są ową mroźną pustynią nocy, o której mówią pieśni? Gdyż wówczas na nic zdałaby się cała dzielność i przemyślność człowiecza, bo, jak powiadają, nie masz tam życia, a żywa istota, która by się tam zabłąkała, musi zginąć.

    - Czemuż tak sądzisz? - Widwojos odwrócił się i spojrzał ku niemu ze zdumieniem. - Czyż nie dostrzegłeś, jak wiele baśni, których wysłuchaliśmy przed wyruszeniem w drogę, okazało się jedynie baśniami? Nie widzę naokół nas krainy śmierci, lecz las, być może większy niźli te, które znałem dotąd, i nieco inny, lecz daleki on jest od obrazu owej krainy mroźnej nocy i wiekuistej śmierci! Ptaki śpiewają tu, ryby pluskają w rzece, a puszcza pełna jest zwierzyny.

    - Wiem, boski książę, i widzę to także. Lecz mówiłem dziś z Nasiosem. Stary on jest i nie kłamie, bo po cóż miałby kłamać nam, dobroczyńcom swoim, którzy wyrwaliśmy go z niewoli? Pytałem go, czy nie słyszał o wielkim morzu na północ od tej krainy, na którego brzegach rodzi się bursztyn? Rzekł mi na to, że nigdy podczas wielu dziesiątków lat, które spędził w niewoli owego dzikiego ludu, nikt nie wspomniał o morzu na północy. Jeśli istnieje ono naprawdę i rodzi się w nim bursztyn, musi leżeć bardzo daleko stąd, tak daleko, że żadna wieść o nim nie przedarła się tu. Lecz to nie wszystko, gdyż rzekł mi o innych wieściach, jakie dotarły do niego. Mówi, że na północy rozciągają się wielkie nagie przestrzenie pokryte przez większą część roku śniegiem. Życie budzi się tam jedynie na krótko wiosną, trwa przez lato, gdy ziemia rodzi kwiaty i dojrzewają owoce, lecz później ginie cała zieleń, a ziemia kryje się w zimnym mroku i zamiera. Rzekł też, że w owym czasie rzeki wszystkie... - Terteus zawahał się - ... jeziora i wszelakie inne wody także umierają i przemieniają się w kamień!

    - W co się przemieniają? - Widwojos przystanął i uśmiechnął się. - I dałeś mu wiarę?

    - Nie, boski książę! Lecz nie mogę rzec, abym mu całkiem nie dał wiary. Wieści owe mogą być przesadzone, jak to bywa, lecz mniemam, że każda z nich zawiera ziarno prawdy. Lecz zapewne przekonamy się wkrótce o ich prawdziwości lub o tym, że są zmyślone.

    - Z wszystkich zmyślonych opowieści, jakie słyszałem - rzekł Widwojos wesoło - ta o wodzie przemienionej w kamień najmniej podobna jest prawdzie! Jakże woda, która miejsca swego nic zna ni kształtu, a przelewa się między palcami, gdy ją zaczerpniesz, może stać się kamieniem? W rzeczy samej. Terteusie, starzec ów rozum ma przytępiony latami i miesza mu się w nim wszystko bez żadnego ładu.