Выбрать главу

i ja sądzę, boski książę-rzekł Terteus-lecz nie pragnąłem, abyś nie był świadom wszystkich wieści, które dochodzą do mych uszu. Mimo to pamiętając, że na morzu widywałem kilkakrotnie białe, lecące z niebios płatki, gdy przyszły chłody, a także wspominając białe, lodowe czapy śnieżne na górach w Grecji i północnych krainach znanego świata, rozmyślałem nad tym, czy tu nie moglibyśmy napotkać tego samego, lecz w groźniejszej postaci? Bo któż z nas wie, co kryją owe niezbadane krainy?

    - Cokolwiek kryją, nie mogę uwierzyć, aby rzeki, jeziora, a nawet morze samo przemienić się miały w lód! - Bogom podobny Widwojos potrząsnął głową. - Cóż uczyniłyby wówczas zwierzęta i ludzie zamieszkujący te krainy?

    - Nie wiemy przecież, boski książę, czy ludzie lub zwierzęta zamieszkują je?

    - Któż, w takim razie, zbiera ów bursztyn? Terteus nie odrzekł nic na to pytanie, gdyż nie wiedział, co odrzec. Począł schodzić za księciem w dół ku okrętowi i rzece, która przebłyskiwała w dole przez konary nadbrzeżnych drzew. Idąc nie uśmiechał się. Bowiem nie sądził, aby stary Nasios był niespełna rozumu, a noce stawały się coraz chłodniejsze. Lecz zapewne książę  w jednym miał słuszność: owa wieść o wodzie, przemieniającej się w kamień, musiała przecież być bajką! Nic takiego nie mogło się wydarzyć w świecie od lat nieskończonych rządzonym jednakimi prawami bogów.

    Lecz świat ów nie był całkiem bezludny, a przekonali się o tym już po zachodzie słońca. Płynęli aż do zmierzchu, rozglądając się za miejscem, gdzie okręt mógłby przybić swobodnie i znaleźliby jakieś odkryte suche miejsce dla spędzenia nocy przy wielkim ognisku, gdyż miał słuszność Terteus mówiąc, że chłód przed świtem bywał teraz dojmujący. A że mieli jedynie opaski na biodrach, tuniki z cienkiej wełny i płaszcze, nie licząc skórzanych pancerzy obszywanych płytkami z brązu, w których nie dało się spać, gdyż były niewygodne - odczuwali chłód tym ostrzej. Marzły im także obnażone nogi obute jedynie w skórzane sandały wiązane wysokimi sznurami sięgającymi kolana.

    Tak więc płynęli, już po zmroku, rozglądając się za zaciszną polaną, oddaloną nieco od rojącej się wieczorami od komarów rzeki, gdy nagle ujrzeli wysoki, wysunięty nad wodą cypel, na którym płonął wielki ogień, rzucając krwawe blaski na spokojną, szeroko rozlaną toń.

    Z dala dostrzegli jedynie czerwone, strzelające w górę płomienie, lecz nie mogli poznać, czym się one żywią i czy są sprawą rąk człowieczych. Terteus nakazał więc Eriklewesowi, aby skierował okręt w pobliże brzegu.

    Płynąc tuż przy granicy trzcin Angelos zwolna przybliżał się do owego miejsca. Wkrótce dostrzegli na tle ognia poruszające się cienie ludzkich postaci i dobiegł ku nim chór głosów złączonych w pieśni, której kilka stów wypowiadanych dźwięcznie w nieznanej mowie powtarzało się nieustannie, wznosząc i opadając wolno, jak gdyby ludzie ci pragnęli ukołysać się sami do snu.

    Wielki biały księżyc w pełni stał nad rzeką oświetlając cypel, wznoszący się na nim biały kamienny słup, ułożony przed nim wysoki stos płonących pni drzewnych i stojących naokół śpiewających ludzi.

    Tyle mogli dostrzec z dala. Terteus uniósł rękę. Okręt zwolnił i zatrzymał się kołysząc lekko wśród uśpionych trzcin.

    - Cóż czynią ci ludzie? - zapytał szeptem, pochylając się ku staremu Nasiosowi. - Czy pojąłeś słowa ich pieśni?

    - Żegnają swego króla... - odparł starzec cicho. - Jest to bowiem noc ostatniej pełni, nim opadną liście z drzew i nastanie zła pora. Zabiją go dziś, aby dusza jego strzegła ich, póki nie nadejdzie wiosna. Wówczas wyprawią się, by schwytać drugiego króla i znów go zabiją jesienią...

    - Schwytać? - zapytał Widwojos. - Czyżby musieli porywać swych królów?

    - Słyszałem, że wiosną wyprawiają się oni w daleką drogę i porywają młodzieńca z obcych stron. A gdy powracają z nim do owej wioski, czynią go mężem niewiasty, która jest prawdziwym ich władcą. Mieszka on z nią, lecz trzymany jest pod czujną strażą, a podobno poją go nieustannie wywarem z miodu i ziół, aby nie zapragnął uciec. W ciągu całego owego czasu, nim nadejdzie jesień, oddają mu cześć królewską. Taki ma być obyczaj wielu leśnych plemion w tej krainie.

    - Mniemam, boski książę, że trzeba nam albo uderzyć na nich i porwać któregoś, aby był nam przewodnikiem, albo też podpłyniemy otwarcie ku ich przystani pod owym cyplem, by wypytać ich o świat otaczający rzekę, który rozciąga się przed nami, gdyż muszą wiedzieć oni więcej o nim niż my! A być może lepiej uderzyć na nich teraz, gdy nie spodziewają się nieprzyjaciela i zajęci są owym królem? Wybilibyśmy ich wszystkich bez trudu i zawładnęli ich dobytkiem. A pewien jestem, że potrzeba nam już mąki, ziarna i grubszych szat, gdyż marzniemy nocami!

    Młody rozbójnik morski wypowiedział owe słowa szeptem, lecz oczy mu zabłysły.

    Widwojos potrząsnął przecząco głową.

    - Wiem, Terteusie, że jesteś synem króla niewielkiej wysepki i ród twój zapewne szukał chwały i dobytku uderzając na wsie i miasta nadmorskie, a także na samotne kupieckie okręty. Lecz nie będziemy tak czynili podczas tej wyprawy, gdyż płyniemy przez nieznany nam świat, nie wiedząc, czyją i jak wielką zemstę możemy na siebie sprowadzić. A jeśli będziemy walczyć, uczynimy to wówczas, gdy któryś z owych ludów okaże nam wrogość i zechce nas zabić lub zawładnąć naszym okrętem. Masz słuszność, że trzeba nam zawinąć tutaj, gdyż starzec, któremu przywróciliśmy wolność, zna ich mowę i będziemy mogli wypytać ich o ludy, mogące napotkać nas w drodze, a także o inne sprawy.

    Terteus nie odrzekł nic. A choć przyznał w duchu słuszność księciu, gdy ów mówił z niechęcią o ściąganiu na siebie zemsty teraz, kiedy znajdowali się w obcej krainie, jednak pojmował, że zapasy ich były na wyczerpaniu. A skoro nie wieźli towarów, które mogli wymienić, musieli przecież wszystko zdobyć, złowić lub upolować. Lecz nie on był wodzem tej wyprawy, a zresztą wszystko było w rękach bogów.