Выбрать главу

    - Roztropnie to rzekłeś! - Książę skinął głową i spojrzał na Terteusa, gdyż nauczył się porozumiewać z nim bez stów w sprawach związanych z wyprawą.

    - I ja tak mniemam, boski książę... -Terteus zbliżył się do słupa i przeciął mieczem najpierw sznur krępujący nogi stojącego, a później węzeł na jego rękach i ramionach.

    Uwolniony postąpił krok ku przodowi, zachwiał się, a później uczynił rzecz, która zmroziła im krew w żyłach. Nie spojrzawszy na nich nawet wyminął księcia i ruszył prosto ku stosowi.

    I byłby znalazł w nim straszliwą śmierć, gdyby Perilawos nie oprzytomniał pierwszy i skoczywszy za nim nie chwycił go z tyłu w pół. Młodzieniec szarpnął się z całej mocy i byłby, być może, wpadł w płomienie z trzymającym go kurczowo młodym księciem, gdyby nie przyskoczyli inni i nie obezwładnili go.

    - Zwiążcie go ponownie - rzekł Terteus - i zanieście na okręt! A Białowłosy, skoro pragnął, abyśmy go zabrali z sobą, niechaj trzyma przy nim straż! Lecz bacz, by razem z tobą nie skoczy} do wody i nie utonął, gdyż niewiele sobie ceni swój żywot, jak można sądzić z tego. co tu ujrzeliśmy!

    Białowłosy i dwaj inni żeglarze odeszli ku okrętowi, prowadząc więźnia pod ramiona. Po chwili znów utracił siły, więc musieli go niemal wlec, aż spętanego przywiązali do ławy, a Białowłosy siadł przy nim, zerkając raz na swego więźnia, to znów w górę, gdzie załoga Angelosa rozeszła się po chatach osady.

    Choć bogom podobny Widwojos nie pragnął wojny ni rabunku, lecz że mieszkańcy opuścili swe domostwa pozostawiając w nich cały dobytek, Terteus za jego przyzwoleniem nakazał, aby zaniesiono na okręt wiele pęków pięknie wyprawionych skór zwierzęcych, a także pękate gliniane naczynia z ziarnem i parę worów suszonego mięsa, które wydało im się smaczne, choć ususzono je nie dodając soli. Zwyczaj ów uznali Kreteńczycy za równie zdumiewający, co godny podziwu.

    - Dziwi mnie, skąd małe to plemię ma ów zapas ziarna? - rzekł Terteus. - Gdyż wokół ich siedzib nie widać żadnych ziem uprawnych...

    Stali właśnie w jednej z chat, największej, i przyświecali sobie płonącą gałęzią, przyniesioną z ogniska. W chacie nie było niczego, prócz legowiska ze skór i paru glinianych naczyń ulepionych bez pomocy koła, lecz wypalonych dobrze i ozdobionych jak gdyby odciskiem sznura w mokrej jeszcze glinie. W jednym z naczyń znaleźli krzemienne groty od strzał, a w drugim kolistą zapinkę z brązu, lecz niezdarnie wykutą. Terteus rzucił ją na powrót w głąb garnka i wyprostował się.

    - Czy przepędzimy tu noc, boski książę? Czy też odbijemy i poszukamy innego miejsca? Jeśli w pobliżu nie mają innej osady, to policzywszy chaty i ich wielkość rzec można, że nie żyje tutaj więcej niż trzystu ludzi, a to wraz z kobietami i dziećmi. Pokonalibyśmy ich bez trudu, gdyby odważyli się powrócić i uderzyć na nas, choć część ludzi musiałaby czuwać nieustannie...

    - Noce są tu coraz dłuższe... –rzekł książę – więc wiele godzin dzieli nas jeszcze od świtu. Odpłyńmy, a gdy zniknie nam z oczu ów płonący stos, poszukamy miejsca na przeciwnym brzegu i tam spokojnie uśniemy. Cieszą mnie owe skóry, gdyż nie byłoby ich jak wyprawić na okręcie, choćbyśmy nawet upolowali dość zwierzyny.

    Opuścili więc osadę i zeszli do okrętu, lecz nim odbili, zepchnęli na wodę wszystkie leżące na piasku wydrążone łodzie, aby mieszkańcy nie mając ich, nie mogli wytropić miejsca, gdzie zawinął wielki obcy okręt.

    Nie byliby tak uczynili, gdyby wiedzieli, że plemię owo przez dni siedem błąkało się w trwodze z dala od swej siedziby, nim odważyło się powrócić na miejsce nawiedzone nocą przez ów straszliwy okręt spoglądając} ogromnymi oczyma boga-zwierzęcia. A zastawszy wypalony stos i przecięte więzy przy słupie, wznieśli ramiona ku słońcu, które czcili, radując się w podzięce, że oszczędziło ich żywot, a zadowoliło się jedynie ofiarą jednego człowieka, paru pęków skór i garnków ziarna. Odtąd co roku, gdy prowadzili na stos wiosennego króla, rzucali za nim w płomienie skóry i ziarno, bowiem pojęli, co cieszy boga najbardziej.

    Przez całą noc Białowłosy czuwał przy owym młodzieńcu, który rzucał się, jak gdyby był niespełna rozumu, próbując rozerwać krępujące go więzy i wykrzykując oderwane słowa w niezrozumiałej mowie. Nad ranem ucichł i zdawało się, że usnął. A gdy niebo poszarzało i żeglarze zaczęli podnosić się i przecierać zaspane oczy, gotując się do odpłynięcia, przebudził się i rozejrzał. Oczy jego pełne były lęku i zdumienia, lecz spoglądały, jak gdyby pojmował to, co wokół się dzieje.

    Białowłosy przywołał starego Ńasiosa, który pochylił się nad leżącym i przemówił do niego. On zwrócił ku niemu oblicze i odparł coś. Później wskazał oczyma więzy krępujące mu ręce.

    - Mówi, że śnił rzeczy straszliwe, i pyta, gdzie jest niewiasta, którą uczynili jego żoną. Pyta też, czemu skrępowaliście mu ręce i nogi, bowiem przysięga, że nie żywi wobec nas złych zamiarów i nie pragnie też uciec, a nie pojmuje, kim jesteśmy, gdyż usnął w królewskiej chacie przed wieczorem i przebudził się widząc nieznanych wojowników naokół. Błaga też, byśmy nie zabijali go, lecz uczynili niewolnikiem, gdyż dzielnie mógłby pracować przy wiośle, gdyby śmierć została mu oszczędzona.

    - Rzeknij mu o tym, coś widział wczoraj własnymi oczyma, Nasiosie. A dodaj też, że gdybyśmy nie przybyli, kości jego dopalałyby się dziś na owym stosie, na który z pewnością by go rzucili lub, co gorsza, w którego płomieniste wnętrze sam by się rzucił.

    - Tak uczynię, panie - rzekł Nasios i powrócił do pojmanego.

    Począł przemawiać do niego, a wówczas w oczach leżącego pojawiło się przerażenie. Wyrzucił z siebie szybko kilka słów ochrypłym głosem i urwał.

    - Przypomniał on sobie teraz wydarzenia nocy, lecz nie pojmuje niczego. Wie jedynie, że pragnął pójść w ogień, i lęka się tego, pojmuje bowiem, że sam chciał popełnić ów szalony postępek. Gdy przypomniał sobie o nim, odebrało mu mowę.