Lecz młodzieniec znów począł mówić. I wówczas zbierający się naokół niego przebudzeni już, choć zaspani żeglarze dowiedzieli się, że jest synem człowieka z dalekiej osady nadrzecznej, o którym mówił, że jest,, głową", więc być może był wodzem lub królem. Porwano go, gdy w łodzi samotnie łowił ryby na rzece. Czterej ludzie w dwu wydrążonych łodziach otoczyli go, a że nie miał broni, pojmali go i popłynęli z nim szybko w dół rzeki. Płynęli przez wiele dni... - Ukazał ilość ich unosząc palce obu rąk. - I wreszcie znalazł się w owej osadzie, gdzie ku zdumieniu jego rzekli mu, że będzie ich królem. Odtąd każdego ranka wypijał napój podawany przez niewiastę daną mu za żonę i nie pragnął uciekać. Nie odstępował go jednak nigdy uzbrojony wojownik, a on sam nie mógł tknąć żadnego oręża i nie mógł zajmować się żadną pracą. Jadł jedynie, pił i był małżonkiem owej królowej, która nie była już niewiastą młodą. Osada nie była wielka, choć w lesie na rozległej polanie znajdowało się ich pole uprawne. Siali tam ziarno w miejscu, gdzie las wypalano ogniem. Tam też znajdowały się ich stada owiec i świń, a jeśli uciekli na widok okrętu, tam musieli się schronić, gdyż obcy nie znaleźliby drogi do owego miejsca, ukrytego wśród nieprzebytej puszczy.
Rozwiązali jego pęta i zapytali, czy pragnie wrócić z nimi do rodzinnego domu, gdyż płyną w górę rzeki na północ, kierując się zapewne ku miejscu, gdzie został porwany.
Zerwał się wówczas i wyciągnął ręce ku wschodzącemu słońcu.
Stary Nasios rzekł, że dziękuje on swemu bogu, stworzycielowi blasku, ciepła i życia, za to, iż wyrwał go mocą swą z mroków śmierci!
Terteus chciał rzec, że nic słońce, lecz oni, kreteńscy żeglarze, uratowali go, bo gdyby nie przybyli na czas do owej osady, oczy jego nie ujrzałyby już więcej wschodu swego boga. Lecz nie rzekł mu nic i ukradkiem przyłożył dłoń do czoła, gdyż nie wydawało mu się niemożliwym, aby słońce nie mogło być prawdziwym bogiem innego ludu, choć nie było jego własnym. Lecz czcił je jako źródło wszelkiej światłości zawieszone przed wiekami na niebiosach przez Wielką Matkę świata.
Odbili płynąc pod wielkim żaglem szybko, wiatr bowiem dął porywisty i okręt pruł powierzchnię rzeki pochylając się lekko na boki i jęcząc w spojeniach. Dnia tego przebyli więcej drogi niźli w ciągu dwu poprzednich.
Trzeciego dnia przed zmrokiem minęli rozwidlenie wód, gdyż do rzeki, którą płynęli, wpadała z północnego wschodu druga, niosąc z sobą niemal potowe jej nurtu. Nic wpłynęli na nią, lecz ruszyli dalej przy lewym brzegu, trzymając się drogi ku północy.
Młodzieniec, którego wieźli z sobą, ucieszył się tym mówiąc, że osada jego leży także na rozwidleniu dwu rzek, lecz czeka ich jeszcze długa droga. Jak długa, nie wiedział, gdyż podczas podróży w dół rzeki leżał skrępowany na dnie łodzi i nie liczył dni.
Tego dnia po raz pierwszy dostrzegli, że las przerzedza się. Ujrzeli falujące, pokryte wrzosowiskami wzgórza. Rzeka także stała się węższa i żeglować po niej trzeba było uważniej. Na dnie pojawiły się płycizny widoczne z dala, gdyż woda nad nimi zmieniała barwę.
I wreszcie, gdy minął jeszcze dzień jeden, ujrzeli drugie rozwidlenie wód. Dwie rzeki spotykały się tu: jedna o korycie bardziej rozległym płynęła z północnego wschodu, a druga węższa z północnego zachodu.
Przybiwszy do brzegu, którego wysunięty piaszczysty jęzor rozdzielał obie rzeki, odbyli naradę przywoławszy owego młodzieńca.
Rzekł on, że zamieszkuje w osadzie, znajdującej się niedaleko stąd, a wie o tym dobrze, gdyż lud jego jest ludem rybackim i on sam często zapuszczał się aż do tego miejsca wraz z innymi. Na znak, że mówi prawdę, powiódł ich w głąb lądu i ukazał im ślady ognisk, tam gdzie zwykle obozowali rybacy z jego plemienia. O drugiej rzece, płynącej z północnego wschodu, niewiele umiał rzec. Słyszał jedynie, że żyją tam plemiona posługujące się inną mową, choć nigdy nie widział żadnego człowieka stamtąd.
I wówczas książę zadał mu owo pytanie. A kiedy później wspomnieli tę chwilę, dziwili się wszyscy wielce, że nikt mu go nie zadał wcześniej.
Bogom podobny Widwojos zwrócił się do Nasiosa i rzekł:
- Spytaj go, czy wie, co to morze lub czy słyszał o nim?
A kiedy starzec powtórzył pytanie, młodzieniec skinął głową i odparł coś. Mówił dość długo, wskazując ręką zachód. Wreszcie umilkł.
- Panie - rzekł sędziwy Nasios. - Mówi on, że choć nie widział nigdy morza, wie, że jest to wielka woda bez kresu. A słyszał o niej od ludzi, którzy raz w roku pojawiają się u nich i za pięknie wyprawione skóry dzikich zwierząt oraz kościane sierpy, groty i ostrza przywożą im sól. Powiadają oni, że sól tę otrzymują od innego ludu, który z kolei otrzymuje ją od plemienia sąsiadującego z tymi, które przywożą sól znanymi sobie drogami leśnymi lub wodą od tych, którzy ją warzą. A pochodzi ona z morza, do którego dążyć trzeba na zachód, a później skierować się ku północy!
Zapadła cisza. Książę splótł ręce i ponownie zadał pytanie.
- Zapytaj go, czy jedynie sól przywożą do jego osady owi kupcy, gdyż tak ich trzeba zwać zapewne?
Młodzieniec zmarszczył brwi, jak gdyby pragnął przypomnieć sobie, i niemal natychmiast znów przytaknął ruchem głowy. Słuchali, gdy mówił do Nasiosa.
- Powiada on, że czasem przywożą ozdoby z brązu, kolczyki lub spinki, lecz że zbyt wiele skór i grotów chcą otrzymać za każdą z owych ozdób, mało ich sprzedają w jego osadzie. Mówi także, że przywożą paciorki żółte, które choć równie drogie, podobają się jego ludowi, gdyż jest to kamień, w który zaklęto blask ich boga, słońca, jaśniejący na niebiosach.
- Czy słyszysz! ? - rzekł cicho bogom podobny Widwojos do stojącego przy nim Terteusa. Z rozjaśnionym obliczem zwrócił się ponownie ku młodzieńcowi. - Niechaj bóg twój jak najdłużej świeci nad twą głową, lepszej bowiem wieści nie słyszeliśmy od dawna! A więc owo morze na północy istnieje! Jeśli prawdą jest to, co rzekł, a owe złociste paciorki są tym, czym pragniemy, aby były, wierzę, że wyprawa nasza wkrótce dotrze do celu!