Выбрать главу

    Wszyscy, którzy usłyszeli jego słowa, wydali radosny okrzyk.

    Nie pojmowali jeszcze, gdyż bogowie nie odsłonili przed nimi zasłony, którą okrywają przyszłość, jak bardzo mylił się bogom podobny Widwojos.

    Czekało ich bowiem wiele jeszcze trudów, a kości niejednego miały spocząć w obcej ziemi, nim oczom pozostałych przy życiu ukazała się owa błękitna wodna równina, po której z rżeniem pędzą białogrzywe rumaki Posejdona.

ROZDZIAŁ DWUNASTY

Nie mścij się na duchu moim

Białowłosy siedział na pęku skór i spoglądał w ogień, którego białe języki strzelały wysoko w górę z otoczonego gliną paleniska i uciekały ku otworowi w dachu. Wiatr wył w górze i naokół chaty, wpędzając chwilami na powrót do izby dym ogniska. Wówczas Białowłosy i Terteus przecierali zaczerwienione, załzawione oczy i spoglądali na siebie w milczeniu. Drzwi zbite z grubo ociosanych bali skrzypnęły na skórzanych zawiasach i do izby wpadła wichura, a za nią wsunął się Perilawos. Oblicze miał zaczerwienione od chłodu, a płaszcz mokry.

    - Czemuż siedzicie tak wędząc się w dymie, a nie zasiadacie przy uczcie, którą ów barbarzyński wódz podejmuje mego czcigodnego ojca? Ulewa nie ustaje!

    Przysiadł obok nich i potrząsnął głową, z której sypnęły się wielkie krople. Kilka z nich wpadło do ognia i zniknęło z sykiem.

    - Od dwóch dni człowiek ów gości nas nie dając chwili wytchnienia... - mruknął Terteus. -To prawda, że raduje się z odzyskania syna, którego pożegnał na zawsze, jak się wydawało, gdyż zginął on wiosną na rzece, a powrócił teraz. Jednak, choćbym pragnął wielce najeść się tak, aby wystarczyło mi tego jadła na całą dalszą naszą wyprawę, nie uczynię tego, gdyż nie podołam.

    - To prawda - rzekł Białowłosy. - Lud ów wielce jest gościnny! - Westchnął.

    - Czy wiecie, co podały dziewczęta memu ojcu, który siedzi wraz z nimi w ich drewnianym megaronie? - Perilawos powiódł po nich rozbawionym spojrzeniem. - Suszone ryby z miodem dzikich pszczół! Razem, na jednej misce! I czy dacie wiarę, że jest to potrawa osobliwie smaczna, choć nie uwierzyłbym w to, gdybym sam jej nie spróbował!

    - Bogowie! -jęknął Terteus. -Kiedyż to się skończy? Czyżby ta nawałnica nigdy nie miała minąć?

    Wstał, podszedł do drzwi, uchylił je i cofnął się ku palenisku, biorąc kilka szczap drzewa. Stanął nad ogniem i położył je krzyżując, tak aby ogień ogarnął natychmiast jak największą ich powierzchnię. Płomienie buchnęły w górę i w izbie powidniało. Nie miała ona okien, a zresztą nawet gdyby znano je w osadzie, na zewnątrz był już mrok.

    Wiatr zawył znowu nad dachem krytym wikliną, przetykaną słomą.

    Ściany chaty uczynione były z grubych bali drzewa, obłożonych gliną. Wytrzymywały one dobrze napór wichury.

    Terteus siadł ponownie.

    - Spać także nie mogę! - rzekł z niechęcią. - Bowiem gdy wiatr uderza mocniej, a wszystko zaczyna dygotać i słyszę chlupot wody pod sobą, wydaje mi się, że cała ta wioska runie do jeziora wraz ze mną! Pół żywota spędziłem na okręcie, lecz nigdy jeszcze nie spałem w domostwie stojącym na wodzie!

    I miał słuszność, gdyż wszyscy ujrzeli podobny dziw po raz pierwszy, gdy wyruszywszy ku północnemu zachodowi od miejsca spotkania dwu rzek, wpłynęli późnym popołudniem w boczną, ukrytą pośród bagnistego lasu odnogę rzeczną i znaleźli się niespodzianie na otoczonym puszczą rozległym, krągłym niemal jeziorze, którego skrajem biegł długi pomost wsparty na wbitych w wodę palach. Pomost ów kończył się szeroką platformą unoszącą się nad wodami jeziora na wielu setkach podobnych pali. Stały na niej gęsto niskie domy tworzące dwie ulice i mały plac pomiędzy nimi. Cała ta wzniesiona na palach osada otoczona była ostrokołem, spoza którego wynurzały się jedynie dachy domów.

    Gdy Angeles pojawił się u wylotu jeziora, straż najwyraźniej ostrzegła mieszkańców, gdyż drewniany pomost łączący osadę z lądem uniósł się, podciągnięty sznurami, i cofnął, tworząc wielką wyrwę. Kilka małych łodzi znajdujących się na jeziorze co sił w wiosłach pomknęło ku osadzie.

    Wówczas młodzieniec, którego mieli na pokładzie, skoczył do wody i wpław dostał się na brzeg, a stamtąd ruszył pomostem ku wyrwie powstałej na nim przed bramą wodnego grodu. A choć szedł wolno, lękając się najwyraźniej, że nim go poznają, śmignie ku niemu strzała z którejś z wąskich strzelnic wyciętych w ostrokole, wołał jednak donośnie w mowie swojej, kim jest i unosił ręce, okazując, że nie dźwiga broni.

    Wówczas na niewielkiej drewnianej wieży pojawił się człowiek odziany w skórzany kaftan i czapkę obszywaną futrem. Przyłożył rękę do oczu i przez chwilę przypatrywał się stojącemu. Zawołał coś wielkim głosem.

    Z wolna pomost wraz z podtrzymującymi go sznurami opadł i młodzieniec wszedł furtą do wnętrza osady.

    Angelos stał pośrodku jeziora, a wszyscy żeglarze spoglądali na ów gród wodny, tak przemyślnie ukryty pośród lasów, że gdyby tysiące razy przepłynęli obok rzeką, nie wpadłoby im na myśl szukać zdobyczy wpływając w mroczną, porośniętą wodorostami odnogę rzeczną, która była ujściem owego jeziora ukrytego za ścianą drzew.

    Po pewnym czasie młodzieniec ukazał się na jeziorze w łodzi, a za nim siedział ów człowiek w skórzanym kaftanie, którego dostrzegli uprzednio.

    Skłonił się przed Widwojosem. Mówiąc, że jest głową rodu zamieszkującego gród, prosił ich, aby zezwolili mu okazać wdzięczność za ocalenie syna i zechcieli przybić swym wielkim okrętem wprost do pomostu i tam go przywiązali do pali. A sami niechaj przyjmą jego gościnę i zajmą chaty przeznaczone na spichrze i składy.