Выбрать главу

    I oto byli tu nadal. Trzecia noc nadchodziła już, odkąd przybili do owego pomostu. Lecz nie odpłynęli jeszcze, bowiem gdy usnęli pierwszej nocy, zerwała się nawałnica i runął z niebios wielki deszcz. Wiatr zmienił się. Nisko pędzące ciemne chmury nadbiegły z północy, kładąc się niemal na wierzchołkach drzew otaczających jezioro i smagając je zimną ulewą.

    Załoga Angelosa spoglądała w mroczne niebo, ciesząc się w duchu, że oto mogą siedzieć w suchych izbach i grzać się przy ogniu, a nie wędrują odkrytymi wodami drżąc z chłodu. Bowiem ich nienawykłym do zimna ciałom więcej sprawiało ono cierpień niźli największe nawet zmęczenie przy wiosłach, nocleg na gołej ziemi, brak ciepłej strawy lub deszcz padający dniami całymi z niebios. W ojczyźnie ich, gdy wyciągano okręt na brzeg w obawie przed nadchodzącą porą wzburzonego morza, cieplej było znacznie niźli tu od kilku dni, choć według ich obliczeń na Krecie jesień rozpoczynała się dopiero.

    A z każdym dniem chłód rósł. Przekonani, że gdy minie idąca z północy nawałnica i znów zaświeci słońce, ciepło powróci wraz z jego pojawieniem się, czekali jedząc i pijąc do syta, i ciesząc się, że bogowie zezwolili im uratować owego młodzieńca, dzięki czemu byli tu gośćmi w czasie tak wielkiej niepogody.

    Ucieszyła ich też wieść o morzu na północnym zachodzie. Przepłynęli już zapewne niemal cały świat, więc do morza owego, leżącego na jego krańcu, nie mogło być daleko. Niektórzy obliczyli, że znajdą się tam za dni siedem lub dziesięć. Inni przypominali, że powracać będą z prądem rzek, więc droga powrotna zajmie im mniej czasu. Zapominali już z wolna o tym, że nie mają dokąd wracać.

    O tym samym rozmyślał zapewne teraz i Perilawos, gdyż rzekł:

    - Prawda to, że mają oni bursztyn. Małżonka owego wodza ma wielki naszyjnik z jego odłamków! Lecz co uczynimy z bursztynem, gdy znajdziemy jego ojczyznę?

    - Obyśmy tylko dopłynęli tam wreszcie... - mruknął Terteus wyciągając się na posłaniu ze skór. - Wówczas... - zastanowił się - wówczas zdobędziemy go tyle, by napełnić nim wszystkie pithosy Angelosa, i powrócimy do naszego świata. Wielkie to będzie bogactwo, zakupimy za nie wiele okrętów, uzbroimy je dzielną załogą, napadniemy na Minosa, stryja twego i wprowadzimy ciebie lub twego bogom podobnego ojca na tron! - Roześmiał się i siadł na posłaniu. - Cóż byś rzekł na to?

    - Nie wiem... - Perilawos potrząsnął głową. - Może ci się to wydać jedynie młodzieńczą, nie pojmującą porządku świata myślą, Terteusie, lecz nie pragnąłbym zostać królem Krety, gdybym miał przybyć do mego królestwa na czele obcych okrętów. Ów, który cudzoziemców sprowadza przeciw swoim, nie wart jest, aby zostać władcą.

    Terteus przez chwilę spoglądał na niego z uśmiechem, później oblicze jego spoważniało.

    - Pełne mądrości są twoje słowa, Perilawosie, choć nie wszyscy królowie tak mniemają, gdyż wielu było takich, których wypędzono, a powrócili wiodąc obce wojska.

    - Być może... - Perilawos znów potrząsnął głową. - Lecz Kreta, raz zdobyta przez obcych, nie byłaby już Kretą.

    - I to jest zapewne prawdą!

    Terteus wstał i narzucił na plecy futrzaną opończę, którą uczynił sobie sam, zszywając kilka skór zagrabionych w owej nadbrzeżnej osadzie.

    - Pójdę, by rzucić okiem na straże. Pewnie wszyscy skryli się i drzemią nie pragnąc wystawiać ciała na nieustanny deszcz i ów zimny wiatr. A przecież, jeśli jedni z nas mają spać spokojnie, inni muszą czuwać za nich!

    Podszedł do drzwi i otworzył je. Do izby znów wpadł zimny wicher i zakręcił płomieniem paleniska, który przygasł nagle i wybuchnął w górę.

    Lecz Terteus nie patrzył w ogień. Stał trzymając dłonią otwarte drzwi i spoglądał na maleńkie, białe, roztańczone płatki, które wypadały z ciemności, unosiły się przez chwilę w izbie i niknęły dotykając glinianej podłogi.

    - Cóż to jest? - zapytał Perilawos ze zdumieniem. - Czyżby ptak jakiś pogubił tu swe... - Nie dokończył. Zerwał się i podszedł ku drzwiom.

    Było ciemno, tak ciemno, że nie mogli dostrzec nawet ściany domu naprzeciw, stojącego po drugiej stronie wąskiej, wyłożonej palami ulicy. Lecz w owej maleńkiej rozjaśnionej odblaskiem ognia przestrzeni dostrzegli tysiące białych płatków, gnanych wichurą w ciemność i nadlatujących z niej.

    Gdy wysunęli się z izby, uczuli na licach i rękach ich zimny dotyk.

    - Śnieg! - rzekł Terteus. - Spotykałem go już na morzu! Pojawia się i topnieje, nim mu się dobrze przyjrzeć, choć na górach czasem umie leżeć długo!

    Lecz gdy rankiem następnego dnia wstali z posłania i otworzyli drzwi domu, serca zamarły im w piersi.

    Świat cały pokrywała biała powłoka, a z góry wicher niósł wraz z nowymi roztańczonymi tumanami białego pyłu ciemne, umarłe liście otaczających lasów. Opadały one pośród płatków zamieci i szeleściły gnane wichrem po wąskiej uliczce między ścianami niskich domów.

    Wraz ze śniegiem wciskało się im pod kaftany przerażające zimno, jakiego nigdy dotąd nie zaznali. Szczypało w odkryte uszy i dłonie, przenikając do głębi.

    Gdyż roku owego, wraz z wczesnym nadejściem zimy, uderzył wielki mróz i chwycił całą ową rozległą połać świata. A choć nie wiedzieli o tym, biały płaszcz okrył także wierzchołki wzgórz Krety i pojawił się także na krótko na dachach pałaców świętego Knossos.

    Wśród wycia lodowatej nawałnicy Terteus z grozą pomyślał o tym, że być może liny okrętu nie wytrzymały i wicher porwał go na jezioro. Ruszył szybko, zapominając o chłodzie, a Białowłosy pobiegł za nim czując, jak mróz chwyta go za nogi i wpija się w nie, gryząc niemal jak dzikie, głodne zwierzę.

    Terteus dopadł bramy grodu i uniósł ciężki rygiel, zamykający małą furtę prowadzącą na pomost. Otworzył ją.