Uśmiechnął się i uniósł miskę ku wargom, a pozostali uczynili to samo.
Lecz gdy tylko pokrzepiony miodem Metalawos wyszedł, Terteus wstał i wraz z Perilawosem i Białowłosym udał się do księcia, który właśnie dźwignął się z posłania.
Mimo że bogom podobny Widwojos zajmował osobną, najlepszą izbę w chacie królewskiej, jednak niewiele różniła się ona od innych, zajmowanych przez załogę Angelosa.
Gdy weszli. Białowłosy pomyślał, jak bardzo zmienił się ów potomek bogów od chwili, gdy okręt oderwał się od nadbrzeża w Amnizos i skierował dziób ku północy. Pięknie utrefione ongi i przeplecione złotą nicią czarne włosy opadały teraz luźnymi puklami na ramiona nie pokryte już cienką jak pajęczyna, błękitną, wyszywaną złotymi liliami materią, lecz prostą, płócienną tuniką. Oblicze miał ogorzałe, a rysy jego zaostrzyły się. Nie był to już ów wytworny, znużony możnowładca, syn królów i bogów, przechadzający się z wolna pośród wodotrysków i kwiatów pałacu swych przodków, lecz przywódca wojowników, który sam się stał wojownikiem. I o dziwo, zdawało się, że bogom podobny Widwojos nie cierpi dzięki owej narzuconej mu losem przemianie.
Uśmiechnął się i pozdrowił ich skinieniem, a objąwszy ramieniem syna, zapytał:
- Czemuż to niemal nie widzę cię od chwili, gdy zawitaliśmy do tego grodu na palach? Czyżby tak cię zdziwiło widowisko, które zesłali nam bogowie w postaci owej przemiany w kamień wody i świata, który z zielonego stał się nagle biały? - Odsunął go od siebie i przyjrzał mu się. - Jeśli przeżyjemy tę wyprawę i droga nasza zaprowadzi nas na powrót ku ojczyźnie, być może Kreta otrzyma wreszcie władcę, na którego od dawna czeka. Pragnąłbym dożyć chwili, gdy mój boski brat pojmie, jak źle uczynił wysyłając nas na pewną śmierć, która być może okaże się nowym życiem dla nas obu!
- Jeśli miałbym kiedykolwiek rządzić naszym ludem - rzekł Perilawos - nie siedziałbym bezczynnie w pałacu pośród tłumu zniewieściałych pochlebców, lecz pragnąłbym stać się władcą mórz takim, jakim był nasz przodek Minos, gdy prowadził swe czarne okręty przeciw owej wyspie, która odtąd stała się ojczyzną naszego rodu. Lecz zanim to nastąpi, jeśli nastąpi kiedykolwiek, musimy unieść głowy nasze z tych stron i uwieńczyć zwycięsko tę wyprawę, choć wszyscy pojmujemy, że już sam powrót będzie triumfem. Z tym właśnie przybywamy do ciebie, mój boski ojcze.
I powtórzyli księciu to, co rzekł im Metalawos. A gdy to uczynili, postanowiono, że bogom podobny Widwojos zapyta o to króla osady, a do chwili, gdy uzyska szczerą, wiarygodną odpowiedź, załoga będzie się miała na baczności, nie rozstając z orężem i nie rozchodząc bez potrzeby, lecz czuwając w chatach i bacząc, czy uzbrojeni mieszkańcy nie gromadzą się zbyt blisko.
I tak tegoż dnia, gdy król osiedla gościł boskiego Widwojosa, ów zapytał go ustami starego Nasiosa, który siedział na ławie pomiędzy nimi, znając mowę ich obu:
- Czemuż to nie widzę owych pięknych dziewcząt, córek twoich, które tak wdzięcznie usługiwały nam wczoraj?
Władca osady zdawał się być zakłopotany tym pytaniem, lecz odparł szczerze:
- Bowiem jest was tu wielu mężczyzn, którzy przybyli bez kobiet i muszą długi czas spędzić wśród nas. A wiedzą wszyscy, że tam, gdzie obcy przybysze zamieszkują pośród jakiegoś ludu, muszą wybuchać spory i niesnaski. jeśli nie przywiedli z sobą żon swych i córek. Taka jest natura człowieka. Chcąc więc uniknąć sporów i walk pomiędzy naszymi i waszymi młodzieńcami uznałem, że najlepiej będzie, jeśli dziewczęta nasze i młode niewiasty odejdą do osady rządzonej przez pokrewny nam ród, a znajdującej się o dwa dni drogi stąd na zachód. Władcą jej jest brat matki mojej i pod jego strażą będą one równie bezpieczne jak tu. A i ty, książę, weselszy będziesz widząc, że młodzieńcy wasi i nasi podczas długich wieczorów wspólnie zabawiają się w zgodzie i przyjaźni pieśnią, za dnia zaś łowami, a także innymi zajęciami godnymi mężów, nie mając przyczyn do swarów...
- Jeśli taka jest przyczyna ich odejścia, słusznie uczyniłeś, królu, bowiem niewiasty bywają źródłem zła, nawet gdy same go nie pragną - rzekł Widwojos. - Lecz czemu rzekłeś, że długo pozostaniemy w twej gościnie, jak gdybyś wiedział, że inaczej być nie może? Choć jest nam ona wielce miła i chętnie spędzilibyśmy tu wiele dni, radując się twoją uprzejmością, musimy jednak podążyć dalej, gdy tylko minie ów straszliwy chłód, który ściął jezioro i pokrył śniegiem ziemię. Zważ, że czeka nas długa jeszcze droga i sami nie wiemy, którędy ona prowadzi i kiedy powrócić uda nam się do opuszczonego przez nas świata, leżącego daleko na południu. Pragniemy więc wyruszyć nie zwlekając ani o dzień dłużej, niźli to będzie konieczne.
Król osady uśmiechnął się. Nie był jeszcze człowiekiem starym i w przeciwieństwie do wygolonych Kreteńczyków nosił długie wąsy, opadające po obu stronach ust. Odziany był w prostą szatę z grubego płótna tak jak i pozostali mieszkańcy owej wioski na palach. I jak oni był jasnowłosy.
- Starzy ludzie powiadają u nas, że daleko na południu świat kończy się za jednym z czterech mórz... - rzekł wesoło. - Wierzyliśmy w to od wieków, a gdy odpłyniecie, zapewne znów w to uwierzymy. Mówią u nas, że świat cały oblany jest czterema rzekami, które wpadają do czterech mórz, a dalej jest kres wszystkiego. Tam właśnie słońce znika po zachodzie zapadłszy w głębinę i oświetla oblicza umarłych, gdyż oni żyją w owej otchłani żywotem cieni niepowrotnych. A przenoszą promienny jego krąg na swych barkach przez ową krainę dwa słoneczne bobry aż ku miejscu, gdzie wstaje co dnia na wschodzie. Cóż więc jest na południe od krainy, którą zamieszkujesz, książę?
- Morze, a za nim inne krainy, suche i gorące... - odparł Widwojos.
- A jeszcze dalej?