- Czy wicher nie zerwał dachu nad nim?
- Nie! - Z wolna sięgnął ku głowie i zdjął kaptur ze skór tak zimnych, że zachrzęściły, gdy cisnął je na legowisko. - Obłoki śnieżne odeszły i widać gwiazdy, a wiatr także ucichł... Lecz okręt jest zasypany tak, że gdyby nie blask owych gwiazd, nie odnalazłbym go, choć stoi tak blisko.
Czwartego dnia po nadejściu mrozów Terteus za zgodą króla, z pomocą całej załogi i młodzieńców z osady, dźwignął okręt, wyrąbując lód wokół burt toporami. Ustawili go wówczas na zamarzniętej powierzchni jeziora tuż obok domów, tak aby gęsty las osłonił go od północnego wiatru. A gdy to uczynili, podparli mocno Angelosa, otoczyli płotem z wikliny i nakryli dachem, aby śnieg nie przysypał go zupełnie. Wszystko, co dało się unieść, zabrali z sobą do chat, sprawiając wielką radość królowi odnalezionymi dzbanami białej soli kreteńskiej. Zdawało się, że dla ludu owego, zagubionego pośród niezmierzonych borów na krańcach świata, sól ta większą ma wartość niźli kruszce, zresztą niemal mu nie znane. Nie mówiąc o najdroższym z metali, żelazie, którego niewiele można było ujrzeć i na Krecie, nie było w całej osadzie przedmiotów ze srebra lub złota, a jedynie kilka toporków i grotów strzał z brązu, zapewne wymienionych z kupcami, a mających inny kształt niźli te, które załoga Angelosa znała dotąd.
- Bierzcie! - rzekł Perilawos wyrzucając nożem na glinianą misę placki i pochylając kociołek, aby oblać je gorącą oliwą.
Zasiedli i odcinając nożami kawałki, gdyż były one zbyt gorące, dmuchali na nie i unosili ku ustom.
- Świt wstanie niebawem... - Perilawos ziewnął i sięgnął po naczynie z wodą. Przechylił je i wypił kilka łyków. Spojrzał na Białowłosego. - Jeśli tchnienie twoje odtajało, cóż byś rzekł, gdybyśmy rankiem poszli na łowy do lasu? Zbyt długo trwała zawieja i trzymała nas pod dachem! Jeśli nie wyjdę dziś z chaty, niechaj nie ujrzę rodzinnych brzegów!
Białowłosy skinął głową i spojrzał na Terteusa. który zdawał się nie słuchać ich, zajęty jedzeniem. Usłyszał jednak.
- Idźcie! - mruknął z pełnymi ustami. - Młodzieńcy z osady także zapewne dziś wyruszą, bowiem nie ma już świeżego mięsa. - Urwał, a później dodał: - Czyście dostrzegli, że światłość dnia zdaje się coraz dłuższa, a noce krótsze?
- Czy pragniesz rzec, że ta straszliwa pora zbliża się ku końcowi? - Perilawos wzruszył ramionami. -Chłód zdaje się większy, niźli był wprzódy...
Zamilkli.
- A przecież nadejdzie dzień - rzekł Terteus cicho - gdy na jeziorze ożyją wody, a okręt nasz zakołysze się i ruszy. Zagłębimy wówczas wiosła w wodzie, która przestanie być kamienna, a osada ta pozostanie za nami. Sam nie wiem, jak długo tu jesteśmy...
Westchnął. Wiele już dni minęło, odkąd lód skuł jezioro, tak wiele, że dawny świat począł wydawać się im nieprawdziwy jak ciepły, pełen kwiatów i barw sen, z którego budzili się każdego ranka pośród białej, zimnej pustyni smaganej północnym wichrem.
Białowłosy otarł palce w gruby skórzany kaftan i wstał. Podszedł do drzwi, uchylił je i zamknął.
- Świta już - rzekł podchodząc do ściany, aby zdjąć z niej wiszący na kołku łuk. Napiął cięciwę i puścił. Zabrzęczała cicho.
- Nie wyruszę dziś z wami... - Terteus znowu westchnął. - Albowiem, jeśli prawdą jest, co mówią ludzie tutaj, ciepło nadejdzie wkrótce. Trzeba rozłożyć żagiel na śniegu i naprawić, gdyż nie uczyniliśmy tego wcześniej... Oby nadszedł już wreszcie dzień, gdy gotować będziemy się do drogi!
Z niecierpliwością ścisnął dłonie, aż zbielały mu palce. Straszliwa była ta bezczynność. Wiedział, jak trudno będzie ponownie poprowadzić okręt, gdy wsiądzie nań załoga odwykła od wioseł i wysiłku. Gdyby nie łowy, które były jedyną ich rozrywką, pora ta przemieniłaby zapewne dusze ich w dusze niewiast. Spali zwlekając się na posiłki lub nucili pieśni wieczorami przy ognisku. To samo zresztą czynili młodzieńcy z osady, z którymi coraz łatwiej było się Kreteńczykom porozumieć, gdyż z wolna poczęli pojmować ich mowę.
Wydawało się, że z otaczającego świata zatopionego w mroku i śmierci spływa na ludzi drętwota, pogrążając ich w półśnie. Zdawali się obojętni na wszystko, prócz tego jedynie, aby nie zabrakło im jadła. Lecz cóż stanie się, gdy. natrafią po wyruszeniu na niebezpieczeństwa większe niźli te, które napotkali dotychczas?
Niemal ze smutkiem pomyślał, że w tym zagubionym zakątku świata nic nie zmusza ich, by chwycili za broń i walczyli o życie, co kazałoby im przypomnieć sobie, że są mężami.
Nawet na łowy szli niechętnie. Zresztą zwierzyny było w okolicy tak wiele, że ubicie paru saren lub zastawienie sideł na zające nie sprawiało trudności. Choć mróz nie ustępował, a cała otaczająca jezioro kraina zamarła pod lodową powłoką, ludzie z osady twierdzili, że pora ta nie jest surowsza niźli inne, poprzednie, a nawet łagodniejsza nieco.
Lecz to wydawało się Kreteńczykom nie do wiary. Czyż mogła istnieć pora bardziej nieprzyjazna człowiekowi?
Białowłosy i Perilawos wyszli z chaty. Powietrze było mroźne, lecz wydało im się, że mróz zelżał nagle.
Wąska uliczka, biegnąca od bramy do maleńkiego placu na krańcu osady, była niemal pusta. Nad pokrytymi śniegiem spadzistymi dachami unosił się gdzieniegdzie dym. Perilawos minął największy podłużny budynek, gdzie dawniej znajdowały się składy żywności, a teraz spało pokotem pięćdziesięciu żeglarzy Angelosa, i zbliżył
się do jednej z małych chat, także przeznaczonych dla gości. Miała ona wąską sień, z której wchodziło się na prawo i lewo do kilku maleńkich izdebek. Zajrzał do jednej z nich.
Karnon i Metalawos, odziani już, siedzieli po obu stronach paleniska, ostrząc miecze na płaskich kamieniach, które polewali nieustannie wodą z glinianego dzbanka.