- Witaj, młody książę! - rzekł Metalawos wesoło. - Czy nadal pragniesz iść na łowy, czy też mróz zagna cię na powrót do chaty?
Lecz widząc, że obaj są w pełnym uzbrojeniu, gdyż szli na łowy z włócznią, łukiem i mieczem, a jedynie tarcze pozostawiali w osadzie, powstał i narzucił futrzaną opończę, trącając Kamona, który także uniósł się.
Niemal u bramy osady dołączył do nich syn królewski Me-sen, który znał otaczające osadę lasy lepiej niźli oni, a także kryjówki zwierza i drogi jego.
Gdy przeszli pomostem na pokryty śniegiem ląd, słońce wstało już i dzień rozpoczął się jasny i pogodny. Uderzył lekki podmuch wiatru. Lecz mróz zdawał się łagodniejszy z każdą upływającą chwilą i nie szczypał odkrytych twarzy.
Początkowo szli rozmawiając wesoło i podbiegając dla rozgrzania nóg, lecz wkrótce zagłębili się w wysoki cichy bór i umilkli.
Idący przodem Me-sen nie odrywał oczu od śniegu wypatrując śladów zwierzęcych, które biegły krzyżując się w różnych kierunkach. Umiał poznać z ich wyglądu, jak dawno przeszło zwierzę, a nawet, czy było młode, czy stare, co wprawiało ich w podziw, gdyż żyjąc w krainach pozbawionych śniegu nie umieli z niego wiele wyczytać.
W pewnej chwili zatrzymał się i pochylił badając trop stada dzików, które brnęły ciężko w wysokich zaspach.
Dostrzec można było szerokie bruzdy tam, gdzie piersią i łbem przedzierały się przez śnieg.
Las był tu wysokopienny i wzrok sięgał dalej niźli w niskich, zarośniętych poszyciem zagajnikach i splątanej puszczy nad rzeką.
W pewnej chwili dostrzegli z dala małe stado saren, lecz nim ^dolali podejść, kierując się pod wiatr, szybkonogie zwierzęta zostały ostrzeżone słuchem lub dostrzegły ich, bowi?"1 nagle zaczęły biec skacząc z wysiłkiem przez zaspy i zapadając w nie niemal po pierś. Po chwili mroczna głąb lasu pochłonęła je.
- Czy podążymy za nimi? - zapytał Białowłosy wskazując stronę lasu, w której zniknęły sarny.
Me-sen przecząco potrząsnął głową. Uzbrojoną w lekki oszczep dłonią wskazał przed siebie.
Ruszyli dalej, okrążając wielkim łukiem jezioro i kierując się na powrót ku rzece na północy.
Las gęstniał i droga stawała się kręta, gdyż musieli obchodzić przysypane śniegiem pnie zwalonych drzew i gęsto rosnące kępy krzewów pokryte szronem. W pewnej chwili znaleźli się na zalanej słońcem roziskrzonej polanie i przystanęli. Miejsce było całkowicie osłonięte od wiatru. Dając im ręką znak, aby nie szli za nim, Me-sen ruszył ku środkowi polany i zatrzymał się pochylony, spoglądając w dół.
Stali zwróceni ku słońcu, przysłaniając oczy i patrząc zanim.
I nagle po raz pierwszy od wielu dni Białowłosy poczuł, że padający mu na lica promień słońca niesie z sobą ciepła.
Mimowolnie dotknął dłonią policzków, obawiając się, czy nadmierne zimno nie spowodowało, że stały się one niewrażliwe na chłód, jak to się przydarzyło kilku innym żeglarzom ze złym skutkiem, bowiem w miejscach owych powstały im rany, które trzeba było leczyć długo odwarem z ziół przygotowanym przez stare niewiasty, pozostałe w osadzie.
Lecz nie, ciepły promień dotknął obnażonej dłoni. Białowłosy uniósł rękę ku słońcu.
był szalony? - rzekł Metalawos cicho i z przejęciem. - Gdyż wydaje mi się, że słońce tej krainy, które niosło nam dotąd chłód straszliwy, poczyna przygrzewać?!
Spojrzeli po sobie ze zdumieniem i radością, nie dowierzając swym zamysłom.
- Spójrzcie! - Kamon uniósł obie dłonie ku górze wskazując niebo. Zadarli głowy.
- Cóż dostrzegłeś? - spytał Perilawos. Niebo było błękitne i jasne, a nad głowami płynął jeden, zawieszony wysoko niewielki, samotny obłok.
- Wiatr! - Kamon nie opuszczał rąk. - Czyż nie dostrzegacie, skąd napływa owa chmurka?!
I wówczas pojęli go, a w serca ich wstąpiła niespodzianie wielka radość.
Bowiem wiatr, który od wielu dni gnał mroczne śnieżne nawałnice z północy i wschodu, pchał łagodnie ów obłoczek nadbiegając z południa!
W milczeniu spoglądali na przepływającą małą chmurkę, a później unieśli zwinięte w pięść dłonie i przyłożyli je do czoła, pozdrawiając ją. Albowiem była gościem z dalekiej ojczyzny i niosła zapowiedź wiosny.
Wpatrzeni w nią nie usłyszeli cichego nawoływania Me-sena. Stał pośrodku polany przyzywając ich gwałtownymi ruchami rąk.
Zbliżyli się z wolna, ciągle jeszcze rzucając spojrzenia ku niebu, i zatrzymali się.
Ślady były głębokie i nierówne, jak gdyby zwierzę szło zatrzymując się i przysiadając. Wpatrywali się w nie, nie pojmując, jakie stworzenie je pozostawiło. Sprawiały wrażenie, jak gdyby odcisnął je gruby, bosy człowiek. o krótkich, zakrzywionych palcach: lecz wiedzieli, że żaden z ludzi takich tropów nie mógł pozostawić.
Oczy ich zwróciły się ku Me-senowi. Stał wskazując kierunek, gdzie niknęły tropy. Powiedział coś w swej mowie, lecz nie pojęli go. Wyprostował się więc i wyszczerzywszy zęby uniósł ramiona kołysząc głową ku przodowi i na boki.
- Niedźwiedź! - zawołał Białowłosy.
On jeden z nich, mieszkając u podnóża gór trojańskich, widział kilkakroć z dala owego straszliwego zwierza. Inni jedynie słyszeli o nim.
Spojrzeli po sobie, lecz Me-sen ruszył już, położywszy uprzednio dłoń na ustach. Szedł wolno, rozglądając się.
Minęli gęsty zagajnik, który zwierzę obeszło kierując się ku północy. Patrząc na biegnący przed nimi widoczny głęboko w śniegu ślad, Białowłosy dostrzegł, że niedźwiedź szedł jak gdyby chwiejnie, zataczając małe półkola i przysiadając od czasu do czasu, gdyż pozostawił w śniegu dwa wielkie zagłębienia, a na brzegach ich nieco ciemnej sierści. Lecz nie był przecież ranny, bowiem pozostawiłby ślady krwi.