Szli dalej, szybko i cicho, nie schodząc z tropu. Wreszcie, gdy minęli małą polanę i ponownie zanurzyli się w wysokopiennym borze, Me-sen zwolnił i szedł teraz ostrożnie, krok za krokiem, pochylony nisko, ściskając oszczep w dłoni i od czasu do czasu odwracając się, aby ruchem ręki powstrzymać pozostałych. Najwyraźniej pragnął, aby trzymali się nieco za nim. /
Wreszcie zatrzymał się. Zbliżyli się powoli i przystanęli, wstrzymując oddech.
Niedźwiedź szedł niespiesznie, na czterech łapach, unosząc ciemną głowę, jak gdyby węsząc. Zbliżał się do gęstego zagajnika brzozowego. Najwyraźniej nie odkrył ich obecności lub nie znając ludzi nie bał się nikogo i niczego w lesie, gdyż wspiął się na tylne łapy i począł drapać pazurami korę, najwyraźniej poszukując pod nią młodych soków bądź czyniąc to dla innej przyczyny, której nie mogli odgadnąć.
Me-sen skinął głową i rozłożył ramiona na kształt półkola, wskazując oczyma niedźwiedzia. On jeden, znając obyczaje tego zwierza, pojmował, że ów przebudził się dopiero ze snu i zapewne w ciele jego nie drzemią jeszcze potężne moce, które uczyniłyby go tak strasznym wrogiem w niewiele dni później.
Ruszyli, oddaleni od siebie o kilka kroków, zbliżając się z wolna ku niedźwiedziowi, który usłyszał ich i obróciwszy głowę spojrzał małymi oczyma, ukrytymi niemal w gęstym futrze. Z piersi jego wydobył się cichy, ostrzegawczy pomruk, lecz nie zwrócił się ku nim, a ruszył w zagajnik, oddalając się.
Wówczas Me-sen podbiegł kilka kroków i wziąwszy szeroki rozmach, cisnął za nim swym lekkim oszczepem.
Białowłosy widział drzewce lecące niemal prosto ku oddalającemu się cielsku. Wydawało mu się, że syn królewski chybił, lecz włócznia spotkała niedźwiedzia i wbiła się w jego kark.
Usłyszeli nagły, straszliwy ryk i wielkie zwierzę zrobiwszy szybki zwrot, uniosło się na tylne łapy. Lecz najwyraźniej oszczep wbił się głęboko, gdyż niedźwiedź sięgnął łapą za plecy, kręcąc się w koło i rycząc nieustannie.
Perilawos podbiegł ku niemu, cisnął swą ciężką włócznią bojową o spiżowym ostrzu i odskoczył w tył, cofając się pośpiesznie ku stojącym, łon ugodził celnie. Włócznia wbiła się w brzuch zwierzęcia.
Niedźwiedź ryknął znowu, wyrwał włócznię i wlokąc za sobą wbity w kark oszczep ruszył ku ludziom, pędząc szybciej, niźli mogli się tego spodziewać. Z rany w brzuchu tryskała krew.
Szedł wprost na Białowłosego, który czekał z nastawioną włócznią i nagłą trwogą w sercu, bowiem wiedział, że choćby uderzył najcelniej, nie powstrzyma pędzącego ogromnego cielska.
W tejże samej chwili dostrzegł Metalawosa o potężnych ramionach i Kamona, którzy z krzykiem uderzyli na niedźwiedzia z dwu stron, kłując go włóczniami i odskakując pospiesznie.
Wówczas uniósł swój oręż i cisnął z wszystkich sił mierząc w pierś zwierza. Ów zawahał się i uniósł na tylne łapy zwracając ku Metalawosowi, będącemu najbliżej.
Białowłosy widział lecącą włócznię i zacisnął zęby, gdy uderzyła pierś zwierzęcia. Lecz niedźwiedź wyrwał ją, runął ku przodowi i dopadł Metalawosa, który osłoniwszy się włócznią wbił ją głęboko w jego pierś tuż obok miejsca, gdzie uderzyła poprzednia.
Zaparłszy się obu nogami próbował utrzymać napierające zwierzę. Lecz nawet jego wielka siła była przeciw mocy potwora nie większa niźli siła dziecka. Włócznia wygięła się i pękła z trzaskiem.
Metalawos uskoczył. Niedźwiedź rozwarł straszliwie ramiona i patrzący zamarli sądząc, że nic nie uratuje dzielnego żeglarza. Lecz oto nagle wielki zwierz opadł na łapy, a później dźwignął się jak ranny człowiek i sięgnął ku piersi, jak gdyby pragnąc powstrzymać krew buchającą z niej i uciekającą wraz z życiem.
Me-sen, Białowłosy i Perilawos przypadli z wyciągniętymi mieczami, a Kamon zabiegł z tyłu i trzymając włócznię oburącz, uderzył z wszystkich sił w kark zwierzęcia.
I wówczas niedźwiedź po raz ostatni straszliwym wysiłkiem wyprostował się na dwóch łapach, zastygł w mgnieniu oka i nagle zwalił się bezwładnie w śnieg.
Lecz żył jeszcze i długo lękali się podejść do niego, choć bowiem ciało potwora przebiegały przedśmiertne drgawki i leżał na boku, a oczy jego zaszły śmiertelną mgłą, jednak nadal wodził z wolna głową szczerząc ogromne żółte zęby. Z piersi jego wraz z krwawą pianą niósł się rzężący warkot.
Aż wreszcie wyprostował się, głowa opadła i znieruchomiał.
Zbliżyli się i Metalawos ciął straszliwie w kark zwierzęcia, a później uderzył znowu i głowa potoczyła się w śnieg znacząc go ciemną, czerwoną krwią. Wówczas dopiero podeszli i oglądali go, dziwiąc się straszliwym zębom i potężnym pazurom.
Później ucięli kilka wielkich gałęzi i ułożywszy na nich zabitego zwierza, poczęli ciągnąć go ku jezioru, powracając własnym śladem. Serca mieli wesołe, gdyż wielkiego pokonali przeciwnika, a przy tym mróz zelżał i świat cały odmienił się.
Stojące wysoko słońce zaczęło dogrzewać, a z drzew opadały grube kiście śniegu, spędzane jego ciepłym promieniem.
Ciągnęli więc ciężkie cielsko żartując i poganiając się nawzajem wesołymi okrzykami jak ci, którzy wiodą objuczone osły lub konie. Lecz że nie widzieli przyczyny do pośpiechu, a zabity niedźwiedź nie był lekki i z trudem wlekli go wymijając zwalone pnie, wykroty leśne i zaspy, odpoczywali więc kilkakrotnie i wolno postępowali ku osadzie.
W pewnej chwili Me-sen zatrzymał się, puścił gałąź i odszedł kilka kroków w bok, unosząc rękę na znak, aby zamilkli.
Stali spoglądając na niego i nie pojmując, czego poszukuje, gdyż po upolowaniu tak wspaniałego zwierza nie pragnęli dalszych łowów na nikczemniejsze stworzenia. Lecz dostrzegając, że Me-sen zerwał nagle łuk z ramienia, uczynili podobnie.