Выбрать главу

    A syn królewski bez słowa i nie odwracając się już ku nim ruszył w las śladem biegnącym obok ich śladów i odchodzącym ku wschodowi.

    Zbliżyli się i spojrzeli. Ślad ów należał do człowieka. Pozostawiając niedźwiedzia, udali się za niknącym już wśród ośnieżonych krzewów poszycia Me-senem.

    - Czemuż tak ściga ów trop? Mógł to być przecież któryś z naszych towarzyszy... - rzekł Perilawos półgłosem. - Lub jeden z jego ludu?

    - Zapewne pragnie ujrzeć go i przekonać się, że nie jest to obcy przybysz...

    Kamon zrównał się z nim. Metalawos i Białowłosy postępowali o kilka kroków z tyłu rozglądając się bacznie, choć także nie pojmowali, czemu Me-sen idzie za owym śladem. Bo jakiż wróg mógłby dotrzeć do owej krainy na krańcu świata w porze tak straszliwych chłodów i zawiei?

    W pewnej chwili Me-sen zatrzymał się. Gdy podeszli, dostrzegli, że ślad zatoczywszy łuk, towarzyszy w pewnym oddaleniu ich własnym, widocznym z dala śladom.

    Ruszyli z wolna i teraz dopiero zaczęli odczytywać dzieje tropu: człowiek ów postępował zapewne nie tracąc ich z oczu i trzymając się pomiędzy nimi a rzeką. Szedł od drzewa do drzewa i najwyraźniej krył się, gdyż ślady wskazywały, że przystawał, a później pod osłoną pni i krzewów pokrytych śniegiem jak kopce, przemykał się dalej.

    Doszli wreszcie do miejsca, gdzie świeża krew i zdeptany śnieg świadczyły o ich zmaganiu się z niedźwiedziem. Człowiek ów przypatrywał się walce z dala, stojąc za drzewem. Musiał tam być długo, gdyż wydeptał stopami zagłębienie, a gdy odeszli, ruszył za nimi.

    W pewnej chwili towarzyszący im z dala ślad skręcił nagle ku wschodowi kierując się ku rzece.

    Postępowali za nim ostrożnie, aż wreszcie ujrzeli w dole szerokie, pokryte śniegiem zamarznięte koryto. Wyraźny ślad biegł przez nie prosto ku drugiemu brzegowi i niknął tam w lesie.

    Patrzyli nań, ukryci za drzewami na skraju lasu, starając się nie czynić najmniejszego szmeru, gdyż człowiek ów nie mógł być daleko.

    Me-sen dał im znak, aby cofnęli się, co uczynili bez słowa i ruszyli w głąb lasu rozmyślając nad tym, kim jest ów obcy. Pojęli, że nie mógł to być nikt z zamieszkujących osadę wojowników.

    Powrócili do zabitego niedźwiedzia i zabrali go, lecz szli teraz cisi i czujni, rozglądając się. Me-sen dał im znak, że pragnie ruszyć przodem i po chwili oddaliwszy się pospiesznie zniknął w lesie, kierując się ku osadzie.

    Gdy znaleźli się wreszcie nad jeziorem, dostrzegli dwóch ludzi, którzy minąwszy bramę, skierowali się po ośnieżonym pomoście w stronę lasu i zniknęli w nim. Uzbrojeni byli w łuki i lekkie oszczepy.

    Ciągnąc nadal swą zdobycz weszli na pomost. Brama otworzyła się i zamknęła za nimi. Stali przy niej czterej wartownicy uzbrojeni w długie oszczepy.

    Wewnątrz osady wszyscy wylegli z chat. Książę wraz z Terteusem, królem i Me-senem stali przed domostwem królewskim rozmawiając. Towarzyszył im stary Nasios, a naokół gromadzili się uzbrojeni wojownicy.

    Na widok nadchodzących wszyscy ruszyli ku nim i otoczyli sanie z gałęzi, podziwiając zabitego niedźwiedzia.

    - Syn królewski - rzekł Terteus - przyniósł nam wieść o śladach obcego człowieka, napotkanych przez was w lesie.

    - To prawda... - Karnon wskazał ruchem ręki jezioro. - Szedł on za nami, a później podążył za rzekę, a my zawróciliśmy.

    - Czyż wszyscy ci wojownicy uzbroili się na wieść, że jeden obcy pojawił się w okolicy?

    Książę, który pochylił się nad leżącym niedźwiedziem i przypatrywał mu się ze zdumieniem i grozą, wyprostował się.

    - Obawiają się, że nie przybył tu sam, bowiem nie sposób przypuścić, aby w porze zimowej ktokolwiek mógł przebyć samotnie lasy i krążyć wokół osady.

    - Kimże więc jest?

    - Może on być synem dzikiego wędrownego plemienia łowców leśnych, gdyż, jak powiada król, krążą one po bezkresnych borach tego północnego świata i jeśli natrafią na słabo bronione siedziby ludzkie, napadają na nie mordując mieszkańców i rabując wszystko, co mogą unieść. Dlatego wysłał dwu zręcznych młodzieńców, aby wybadali ślady za rzeką i naokół jeziora. Gdy powrócą, dowiemy się, co ślady owe mogą oznaczać. Lecz nim to nastąpi, nakazał swym wojownikom stanąć pod bronią, a ja uczyniłem podobnie z naszymi, bowiem nie wiadomo, co może grozić tej osadzie, mniej obronnej o tej porze, gdyż nie chronionej wokół wodami jeziora.

    Lecz młodzieńcy owi nie powrócili, a gdy nastała noc, w serca wszystkich wśliznął się niepokój.

    Z południa nadbiegał ciepły, rosnący wiatr. Śnieg zmiękł. Niebo zachmurzyło się i znikły gwiazdy. Kilku wojowników z osady, a wraz z nimi Metalawos i Białowłosy, pragnęło wyruszyć na poszukiwania, lecz król nakazał im czekać do świtu, bowiem młodzieńcy owi mogli zapędzić się daleko w ślad za obcym i być może spędzili noc ' w lesie, jeśli z dala dostrzegli, że należy on do wędrownego plemienia, którego zamiary chcieli lepiej poznać.

    Ułożyli się więc do snu, pozostawiając gęste straże przy bramie, na drewnianej wieży i od strony zamarzniętego jeziora, gdyż noc była nieprzenikliwa i gdyby wróg pragnął podejść niepostrzeżenie do osady, mógłby to uczynić.

    Białowłosy śnił o niedźwiedziu. Widział przed sobą zbliżające się potworne, brunatne cielsko, pragnął cofnąć się i osłonić mieczem, lecz nie mógł się poruszyć. Niedźwiedź uniósł się na tylne łapy i runął na niego. Poczuł szarpnięcie i zbudził się z okrzykiem trwogi.

    - Wstawaj! - zawołał cicho Terteus.

    Chłopiec ocknął się i rozejrzał nie mogąc pojąć, gdzie się znajduje. Po chwili oprzytomniał i dostrzegł Perilawosa opasującego się pospiesznie i wsuwającego miecz do pochwy. Odruchowo sam sięgnął po oręż.