Spoglądali na niego w milczeniu.
Zamknął oczy i wydało im się, że umarł. Lecz otworzył Je po chwili. Widać było na licu walkę, którą toczył ze swą ostatnią słabością. Jak gdyby pragnął odsunąć nadchodzącą nieubłaganie śmierć, aby zdążyć powiedzieć wszystko. Patrzył na Terteusa.
- Wiem... jest ktoś... nie wiem kto... ma rozkaz... zabić... księcia i syna jego, gdyby udało im się ujść z Troi... Nie wiem kto... - powtórzył cicho. - lecz pan mój... Re-Se-Net wiedział i powtórzył mi... Abym ratował się, gdy to nastąpi, i wracał do Knossos... Pragnie wiedzieć... jak to się odbędzie... czy ród Byka zginie... Morderca nasłany przez Minosa... jest tu... z nami... jest tu...
- Któż to jest?! - zapytał Terteus pochylając się nad nim.
Byłby go pochwycił za ramiona i potrząsnął nim, lecz w porę ujrzał straszliwą ranę i pohamował się.
Dusza Orneusa gotowała się już do drogi. Otworzył usta.
- Nie mścij się... na mnie... pamiętajcie... rzekłem wam...
Uniósł powoli zdrową rękę ku licu i dotknął nią czoła pozdrawiając Wielką Matkę, do której powracał.
Krew ukazała się na wargach. Zakasłał i wyprężył się, a później ciało jego zwiotczało nagle i z szeroko otwartych oczu zniknęło życie.
Terteus dźwignął się ciężko i spojrzał na rozciągnięte u ich stóp zwłoki.
- Czyżby nadchodząca śmierć pomieszała mu zmysły? - rzekł niepewnie.
Lecz zarówno on jak i Białowłosy uwierzyli umierającemu.
- Aż tu sięgnęła jego moc... - rzekł chłopiec cicho. - Zapomniałem już o nim niemal, lecz odezwał się do mnie w tym odległym zakątku świata!
- Kto? - Terteus nie pojął go. Myślał o ostatnich słowach Orneusa.
- Sebek - rzekł Białowłosy. - Ów bóg z paszczą krokodyla, któremu byłem poświęcony.
- Lecz nie dosięgnął cię i oto sługa jego leży martwy, a ty żyjesz... -Terteus zniżył głos. - Cóż powiesz księciu?
- O nim czy o owym nasłanym mordercy, który kryje się pośród nas?
- O tym drugim! - Terteus niecierpliwie wzruszył ramionami. - Któż nim jest? Chłopiec potrząsnął głową.
- Orneus wiedział jedynie, że Minos posłał tamtego, aby wśliznął się do załogi Angelosa... Być może był jednym z tych, którzy zginęli...
- Niewielu nas zginęło... trzech jedynie, jeśli nie liczysz tych, którzy dziś padli... - Terteus zasępił się. - Jakby nie dość było niebezpieczeństw, które czyhają w otaczającym nas świecie! Cóż, jeśli mamy z sobą mordercę, witamy go co dnia, dzielimy się z nim jadłem i pokładamy w nim wiarę jak w każdym z nas!
- Jeśli jest on wśród nas, czemuż jeszcze nie zabił księcia lub syna jego? A nawet nie próbował tego uczynić skrycie, choć w podróży tej wiele miał sposobności, choćby dziś w boju, gdy nikt nie miał możności poznać wśród zamętu, kto i komu zadaje ciosy! Gdyby znalazł się u boku księcia i pchnął go szybko, nawet sam bogom podobny Widwojos konając nie wiedziałby, że ginie od kreteńskiego miecza!
- To prawda... - rzekł Terteus po namyśle. - Lecz może sądzi, że jeszcze nie pora uderzyć. Książę jest naszym wodzem i jego święty topór prowadzi nas do zwycięskich bojów. A gdy spojrzysz wstecz na naszą wyprawę, uwierzysz, że bogowie czuwają nad nim i odwracają od niego pewną śmierć, a wraz z nim i od nas. Być może więc morderca ów czeka i będzie czekał tak długo, aż znajdziemy się w świecie, w którym znane mu będą ścieżki powrotu do ojczyzny. Wówczas, powodowany lękiem, posłuszeństwem czy też nadzieją nagrody, wykona rozkaz króla, a Widwojos i syn jego nie ujrzą już więcej ojczystej przystani.
- Gdybyś nawet miał słuszność, a Orneus rzekł prawdę, cóż pragniesz uczynić? Jakże wykryjesz mordercę, póki nie uderzy? Czy sądzisz, że zdradzi ci swą tajemnicę, aby go załoga posiekała mieczami na strzępy i rzuciła je psom, odmawiając zwłokom jego pogrzebu, a duszy ofiar?
- To prawda... - Terteus westchnął. - Nie powie on nam tego... - Uniósł głowę. - Lecz miej otwarte oczy! Ja także będę czuwał.
- Czy ostrzeżemy księcia i Perilawosa? Terteus zawahał się.
- Odbierze im to spokój. Źle jest, gdy wódz nie ufa swym ludziom. A będzie widział w każdym z nich mordercę... póki nie przekona się, który jest nim naprawdę! - Roześmiał się ochrypłym, bezradosnym śmiechem. - Wstrzymajmy się nieco, bowiem wierzę, że póki nie zwróciliśmy dziobu okrętu naszego ku południowej stronie, człek ów nie uderzy. On także pragnie uratować swój żywot i ujść zdrowo z tych krain pełnych dziwów, a nie pomoże sobie, gdy zgładzi wodza wyprawy i jego syna, siejąc nieufność i nienawiść pomiędzy pozostałymi. Bogowie, a cóż to?
Uniósł głowę i spojrzał niemal z lękiem w pochmurne niebo. Białowłosy także to uczynił. Zmrużył oczy. Jedna kropla, druga, trzecia.
Uniósł pięść do czoła i pozdrowił niebiosa nad głową."
Bowiem stała się rzecz zdumiewająca. Na las, na jezioro, na domy osady, na żywych i umarłych począł padać deszcz.
TOM IV
Sam bądź księciem
ROZDZIAŁ PIERWSZY
Polubisz ofiarę, którą odrzucę
Sternik Eriklewes, który żywot cały spędził na morzu , wychudł i postarzał się wielce podczas owej zimy
W osadzie, ożył nagle, a oczy jego nabrały blasku, gdy wyprowadził Angelosa na jezioro po spłynięciu lodów.