Okręt także ucierpiał owej zimy. Dno przeciekało i Terteus wraz z dwoma najbardziej doświadczonymi
żeglarzami uszczelniał go dwa dni nim orzekł, że są gotowi do odpłynięcia.
A gdy chwila owa nadeszła i zanurzyli wiosła w wodę, serca ich przepełniła radość, lecz pomieszana ze smutkiem, bowiem wiele dni spędzili w owej osadzie na palach, a oto żegnali na zawsze ów widok do którego zdążyli przywyknąć i ludzi, których poczciwość poznali, mieszkając pośród nich.
Gdy dziób skierował się ku rzece, pożegnali tez ostatnim spojrzeniem i uniesieniem rąk wysoki kopiec na brzegu jeziora, gdzie w kamiennym grobie spoczywali leżąc obok siebie ich czterej towarzysze, którzy już nigdy nie zasiądą z nimi przy wiosłach i nie połączą głosów swych z ich głosami w pieśni przy wieczornym ognisku na nie znanych jeszcze brzegach, ku którym zmierzali.
Następnego dnia osiągnęli skraj puszczy i zanurzyli się w krainę trzęsawisk, spędziwszy uprzednio noc w sąsiedniej, niewielkiej osadzie. Towarzyszył im w dalszej drodze młody Me-sen z czterema wojownikami, znającymi dobrze całą ową krainę, a wraz z nimi człowiek z owej drugiej osady. Dużą wydrążoną z jednego pnia łódź, którą mieli powrócić, przeprowadziwszy Angelosa przez wodne bezdroża, uczepiono na sznurze za okrętem. Wkrótce po odbiciu od brzegu Terteus pojął, że gdyby nie oni, okręt wraz z załogą zgubiony byłby bez ratunku wśród krzyżujących się, wezbranych, okrążających niezliczone wysepki nurtów.
Drugiego dnia w południe zanurzyli się w gęstą, ciemną mgłę. Nabrzmiałe wiosennym przyborem wody rzeki płynęły szeroko rozlane i powolne, wiatr ustał, a mroczne opary otoczyły Angelosa tak ciasno, że wioślarze zaledwie dostrzegali końce wioseł. Stojąc pośrodku okrętu nie można było dojrzeć jego dziobu. Angelos posuwał się powoli, przedzierając przez niewidzialną, szumiącą leniwie wodną równinę, a stery przejęli z rąk Eriklewesa mieszkańcy osady. Oni też wypatrywali przeszkód stojąc na dziobie, choć gdy mgła rozwiewała się chwilami, dostrzec można było jedynie płaski, niski krajobraz wodny, zarośnięty aż po widnokrąg trzciną i ogołoconymi z liści niskimi krzewami.
Spoza skłębionego obłoku białej mgły docierały przytłumione, blade promienie słońca, a cisza była wielka, gdyż nie słyszeli nawet krzyku ptaków wodnych, które może unikały tej posępnej krainy, a być może, wygnane\ zimą do cieplejszych okolic, nie powróciły tu jeszcze.
Po trzech dniach mgła ustąpiła, lecz nadal płynęli przez okolicę wielu grząskich jezior i stłumieni biegnących wśród nieskończonego, szumiącego morza trzcin. Otaczały one rzekę, tworząc wodny świat, aż po granicę widnokręgu pokryty błyskającymi szaro zwierciadłami nieruchomych wód, zielonkawych bagien i podmokłych wysepek, nad którymi stał ciężki opar bagienny nie rozwiewający się nigdy.
Pośród tego rzeka parła z wolna, zalewając szerokie, bagniste mielizny, tocząc mętne, muliste wody głównym, krętym korytem i niknąc w oddaleniu, gdzie oko nie napotykało żadnego drzewa ni wzgórza.
Gdzieniegdzie leżał jeszcze na płatkach topniejącego lodu śnieg, a choć zima ustąpiła już, chłód był nocami przejmujący i wioślarze szczękali zębami, dziękując bogom za to, że przezornie wzięli z sobą futra i skóry zwierzęce, które tak dobrze służyły im dotąd podczas minionych mroźnych miesięcy.
Więc choć Me-sen i pozostali wojownicy z osady na palach zachowywali spokój, jak gdyby nie dostrzegając grozy wiszącej nad widnokręgiem, niejeden z Kreteńczyków wpatrywał się w mijany krajobraz nasłuchując, czy nie usłyszy z dala łoskotu wód wpadających do ostatecznej otchłani, za którą nie mogło być nic, prócz śmierci.
Przez cztery dni i noce stopa żadnego z nich nie tknęła ziemi, a jednak na piąty dzień w południe, gdy słońce przebiło się przez rozsnuty nad morzem trzcin szary opar, dostrzegli niską, rozległą wyspę, a być może wysunięty przylądek przytykający do rzeki, na którym ukazały się drzewa, pozbawione jeszcze liści i szare jak cały otaczający świat, a jednak drzewa, wysokie i górujące nad płaskim krajobrazem.
Gdy zbliżyli się wiosłując z wolna i kierując dziób okrętu ku owemu lądowi, ujrzeli wielką, szeroko rozrzuconą wieś, a nad dachami jej wysokie błękitne smugi dymu, które, łagodny wiatr pochylał ku północy, rozwiewając je i mieszając z pasmami mgły osłaniającej wnętrze lądu.
Zatrzymali się w pewnej odległości od brzegu, a Me-sen wraz ze swymi współplemieńcami popłynął ku brzegowi wydrążoną łodzią.
Stojąc na podwyższeniu dziobu książę i Terteus patrzyli na szeroko rozrzucone niskie domy, z których wysypywali się ludzie i biegli ku granicy wód, by spojrzeć na zdumiewający, ogromny okręt, jakiego zapewne nikt tu nie widział i nie miał nigdy ujrzeć. Z dala mogli dostrzec, że część mieszkańców była uzbrojona, lecz drugą część, przeważającą, stanowiły kobiety i dzieci. Najwyraźniej nie obawiano się tu obcych najeźdźców. Zresztą wieś nie była nawet otoczona ogrodzeniem lub wałem ziemnym, co także zdawałoby się o tym świadczyć. Niezmierzone bagna i rozlane naokół wody krętych rzek i strumieni stanowiły twierdzę, przez której labirynt żaden wróg nie zdołałby się przedostać bez pomocy urodzonego tu przewodnika, który cały swój żywot spędził przemierzając te okolice. A były to bagna ogromne, wielkie niemal jak stepy, przez które płynęli jesienią po wielkiej rzece.
Łódź dobiła do brzegu. Wokół schodzącego na ląd Me-sena i jego towarzyszy zgromadził się tłum i przesłonił ich postacie ludziom patrzącym z okrętu.
Lecz najwyraźniej całą tę krainę zamieszkiwał jeden lud, a sąsiadujące osady nie pozostawały z sobą w wojnie i nienawiści, gdyż rozmowa na brzegu przebiegała spokojnie, jak gdyby mieszkańcy wsi znali przybyszów.
W pewnej chwili tłum rozstąpił się nieco i Terteus dostrzegł Me-sena ukazującego okręt wysokiemu siwemu człowiekowi, wspartemu na długiej wyrastającej mu nad głową lasce. Starzec ów stał nieruchomo, a otaczający tłum trzymał się w pewnym oddaleniu od niego, jak gdyby przez uszanowanie.