Zaledwie to wypowiedział, młody książę uniósł leżący na ziemi łuk, ukląkł i wymierzywszy w najbliższe stworzenie puścił cięciwę.
Strzała świsnęła ostro i wbiła się w bok leżącego potwora, który wydał z siebie wysoki, niemal ludzki głos i dźwignął na przednie kończyny, a później, znacząc ślad ciemną krwią buchającą z rany, ruszył niezdarnie ku brzegowi. Lecz dognała go druga strzała z łuku Białowłosego trafiając w połączenie głowy z szeroką przechodzącą w tułów szyję i wbiła się głęboko w miękkie ciało. Zwierzę wrzasnęło raz jeszcze i upadło. Dźwignęło się ponownie i runęło na bok, nieruchome. Nie drgnęło już.
Ukryci myśliwi czekali. Najbardziej zdumiało ich, że choć krzyk towarzysza wywołał niepokój pośród innych zwierząt, które poruszyły się i poczęły kręcić głowami, jak gdyby poszukując wzrokiem nieprzyjaciela, jednak żadne z nich nie uciekło nawet do wody, gdzie były szybkie i swobodne, wszystko bowiem wskazywało, że jest to ich żywioł przyrodzony.
Kamon wstał z mieczem w jednej ręce i włócznią w drugiej. Obaj jego towarzysze uczynili podobnie, zarzuciwszy łuki na ramię.
Ruszyli w dół ku spoczywającemu stadu nadal ostrożnie, lecz coraz pewniejsi siebie.
Zbliżywszy się do najbliższego zwierzęcia Kamon zatrzymał się. Spojrzał na niego i zawarczało niemal jak pies, szczerząc długie zęby i unosząc górną wargę, z obu stron której wyrastały długie, proste, szczeciniaste wąsy.
Kamon odskoczył o krok, a później pobiegł okrążając zwierzę od tyłu. Wziął krótki zamach. Włócznia utkwiła głęboko w szerokim grzbiecie. Przerzuciwszy miecz do prawej dłoni, ciął raz i drugi w głowę, aż krew trysnęła strumieniem na złocisty piasek.
Perilawos i Białowłosy szli tuż za nim, bacznie przyglądając się reszcie stada.
Na widok obcych nie znanych stworzeń zaczęło ono z wolna i niezdarnie podążać ku wodzie. Lecz nim tam dotarło, zdążyli jeszcze zabić kilka wielkich zwierząt, rąbiąc je mieczami i wbijając włócznie w gładkie powolne ciała.
Po chwili pozostałe były już w morzu i odpływały szybko, wynurzając głowy i oglądając się za siebie jak ścigani ludzie.
Wówczas myśliwi powrócili do leżących na brzegu ciał. Były to wielkie, ciężkie i niezwykle tłuste zwierzęta. Kiedy Białowłosy nożem rozpłatał jedno z nich, ujrzeli, że ma ono całe pokłady żółtawego tłuszczu na bokach i grzbiecie. Mięsa także musiało w nich być wiele. Nie znali jednak jeszcze jego smaku.
Pobiegli więc co sił do okrętu, przy którym ludzie zaczęli się już gromadzić na południowy posiłek. Gdy opowiedzieli o swej zdobyczy, załoga zasiadła przy wiosłach, pozostawiając jedynie kilku, aby przyprowadzili tych, którzy znajdowali się jeszcze w lesie polując. Z wól' na wiosłowali wzdłuż brzegu, aż natrafili na leżące w piasku widoczne z dala cielska.
Wszyscy dziwili się niezmiernie, prócz Terteusa, który - urodzony na małej wysepce pośród morza - widział kilkakrotnie podobne stworzenia, lecz pręgowane na biało i mniejsze. Zwano je w jego skalistej ojczyźnie Białymi Pannami i nie polowano na nie, bowiem krążyło od wieków podanie o pewnej bogini ściganej przez obcego boga, który żył na wybrzeżach Azji. Gdy dopadł ją i uczynił swą małżonką, ona nienawidząc przemocy utopiła się, lecz inni bogowie sztuką swą przemienili ją w Białą Pannę, a potomstwem jej były właśnie owe przedziwne stworzenia. Lecz tu, na barbarzyńskim morzu, cóż znaczyły domowe podania? Stworzenia te w niczym nie przypominały bogów. Było to mięso, wiele mięsa i tłuszczu!
Pozostali więc w miejscu owym cztery dni, wytapiając tłuszcz i przelewając go do wielkich dzbanów, gdzie zastygał. A piękna Wasan przyprawiała go znanymi sobie tylko ziołami, które znajdowała na skraju nadbrzeżnego lasu. Mówiła przy tym, że zioła owe chronią mięso przed szybkim gniciem, a także odbierają mu złą woń, która zawsze pojawia się w rybim mięsie po pewnym czasie. Ponieważ stworzenia owe żyły w wodzie, więc zapewne ich mięso i tłuszcz także winny być zmieszane z wywarem z owych roślin.
Białowłosy, który znał podobne sposoby zachowania rybiego mięsa, przyglądał się jej z ciekawością. Poszedł nawet do lasu, by odnaleźć zioła, po które zwykle posyłała go matka w czasie połowów. Lecz nie znalazł ich. Nie rosły w tej odległej krainie.
Tak więc, uczyniwszy sobie bogate zasoby mięsa i tłuszczu, a także wysuszywszy na słońcu wygładzone ostrymi kamieniami skóry owych zwierząt, które zdawały się bardzo silne i odporne, odpłynęli na zachód.
Brzeg skłaniał się łagodnie, lecz nieustannie ku południowi, więc serca w nich rosły, bowiem uwierzyli, że płyną wprost ku Bramie Świata, a stamtąd, jeśli wiatr będzie sprzyjający, mogą w ciągu dni dwudziestu dopłynąć do zachodnich wybrzeży Krety. Tak rzekł im Eriklewes który żeglował po wszystkich morzach, a jeśli nawet nie był gdzieś, znał wszystkie przystanie, miasta, cieśniny i wyspy z opowieści innych sterników.
A jeśli nie zechcą dopłynąć do rodzinnej wyspy, wiele znajdą zapewne w drodze wysepek i bezludnych wybrzeży o dogodnych przystaniach, gdzie będą mogli zawinąć i założyć królestwo, do czasu przynajmniej, aż bogom podobny Widwojos nie powróci do swego pałacu, by opasać skronie starą koroną Minosa. Myśląc o tym obiecywali sobie wiele. Czy był bowiem kiedy władca, który nie obdarował sowicie i nie nagrodził zaszczytami towarzyszy swych, z którymi odbył wielką i wiekopomną wyprawę?
A zresztą mieli bursztyn, mieli go już tak wiele, że sami nie wierzyli, aby mogło go tak wiele istnieć na całym świecie. Dwa ogromne pithosy, które dotychczas służyły im jako spichlerze do przechowywania ziarna, były go pełne po brzegi. Już to czyniło ich możnymi ludźmi, panami sadów, przestronnych domów, sług i niewolników, i przemienić musiało wkrótce w dostojników wiodących żywot pośród dostatków i otoczonych czcią ludzką. Bowiem głowy najchętniej i najniżej kłonią się przed bogactwem.